Ale pierwszy raz wyartykułował to tak wyraźnie i bez kokietowania, że on wprawdzie potępia agresję i się od niej odcina, ale starszych i zasłużonych nie można oceniać. Tym razem się nie odciął, ale wyraził solidarność z "prześladowanym przez agresywną dziennikarkę".
Właśnie przypomniało mi się, jaka afera była po Dornowych "ścierwojadach".
Ja w tym całym oświadczeniu Tuska widzę inny przełom z zakresu komunikacji społecznej. On de facto udzielił członkom swojej partii przyzwolenia na atakowanie i obrzucanie obelgami dziennikarzy, którzy ośmielą się zadawać niewygodne pytania.
Ciekawa jestem, co media na to. Jeżeli go chwalą za odwagę i stanowczość w obronie "zasłużonego opozycjonisty z czasów PRL", to znaczy, że kolejna granica została przekroczona.
Myślę tylko, że oni wszyscy (piarowcy i media) pokładają zbyt dużą wiarę w uwielbienie wyborców PO do Tuska. Ci, których ja znam, już zaczynają jawnie wieszać na nim psy.
No właśnie. Ciekawie tak z perspektywy czasu popatrzeć na te ludzkie wybory i na to, dokąd ich one doprowadziły.
A tych zmęczonych żołnierzy (w perspektywie polityki) mnóstwo mamy teraz w telewizji. Czy oni myślą, jak się zachowają w pamięci potomnych?
Bardzo to jest zastanawiające, dlaczego ta sytuacja wywołała tyle emocji.
Opinia Księdza, że "przez ostatnie lata, straciliśmy to co było zawsze najcenniejsze – umiejętność spokojnego, realnego odbierania rzeczywistości", jest tu chyba najlepszym wyjaśnieniem.
Oj, dolełeś jeszcze oliwy do ognia dzisiejszym tekstem. Jestem przekonana, że tak trzeba. Wyjaśniłeś już swój koncept na sto sposobów - jeżeli ktoś nie chce tego zrozumieć, to już jego problem.
Napisałaś, że metafora Cię zniechęciła do zakupu książki, czyli uznałaś, ze rzutuje ona na ocenę całej twórczości Toyaha. Lepiej więc byłoby, żeby z niej zrezygnował.
Prawdziwy twórca przenigdy czegoś takiego nie zrobi, bo gdyby słuchał każdego krytycznego głosu, to zatraciłby istotę swojego pisarstwa.
A poza tym ta metafora jest naprawdę bardzo dobra i została przez Autora zdekonstruowana - chodziło o życie w wymiarze dwuletniego dziecka.
Tutaj zdaje się, nikt oprócz nas nie rozumie, że można dyskutować z poglądami autora, ale nie środkami wyrazu, które autor zastosował, bo ma je głęboko przemyślane i nie użył ich sobie tak po prostu, żeby zszokować czytelnika. Były mu potrzebne jak konstrukcja i świetnie tę role spełniły.
Żądanie, żeby autor zmienił metaforę, bo się źle kojarzy, to podważenie podstaw jego kompetencji pisarskich.
W pewnym sensie też jestem nauczycielem. Ale wiem, o jakie "nauczycielstwo" (mentalne) Ci chodzi w odniesieniu do komentatorów i do takiego się nie poczuwam.
Denerwuje mnie, że oni nie łapią największej wartości pisarstwa Toyaha, czyli metafor sytuacyjnych i czepiają się słów. To tylko potwierdza tezę, że dobra literatura nie jest dla każdego.
Dobra, ostatnie słowo.
Nie uważam, że ten film jest w całości zły. Mieści się doskonale w konwencji gatunku i jako kino akcji ma przyciągnąć widza. Tylko jeżeli już reżyser zdecydował się na autentyczne sceny z prezydentem Sakaszwilim, to uczciwość wymagałaby, aby wątek historyczny został potraktowany poważnie.
Wiem, że się tutaj nie dogadamy, bo mamy inne spojrzenie na kino.
Natomiast jedną rzecz uważam za nadużycie z Twojej strony. Nie wiem, jak można pisać, że to jest film o prezydencie Kaczyńskim, skoro jego nazwisko nie pada tam ani razu. I to właśnie najbardziej mnie wzburzyło w Twojej notce.
Cieszę się, że film powstał. Złości mnie tylko, że tak fatalnie został okrojony w warstwie historyczno-dokumentacyjnej.
Mimo zastrzeżeń polecam go wszystkim.
Mam nadzieję, że moja dyskusja z Toyahem przyczyni się do tego, że ileś osób się na niego wybierze chociażby po to, by wyrobić sobie własne zdanie.
A co do pamięci o Lechu Kaczyńskim w Polsce, to już się zmienia w świadomości ludzi. Zachowania władz samorządowych też się zmienią wraz z przesileniem politycznym, które musi nastąpić.
Zaparłam się, ponieważ nie śledzę amerykańskiego kina wojennego. Widziałam może kilka takich filmów, dlatego nie czuję się ekspertem.
Kojarzę tylko, że zawsze są dzielni amerykańscy chłopcy radzący sobie w każdej sytuacji. Czasami zostają zdradzeni przez polityków i wtedy jest kłopot. Zdarza się, że w tle pojawia się wojenna miłość.
W filmie, o którym dyskutujemy, występują wszystkie te schematy. Dzielni amerykańscy chłopcy to w tym wypadku korespondenci wojenni (bo żołnierzy być nie mogło). Pewną namiastką są sympatyczni gruzińscy komandosi ratujący z opresji dzielnych chłopców. Komandosi w zupełnie beznadziejnej sytuacji postanawiają walczyć aż do śmierci, ale nieoczekiwanie życie zostaje im darowane przez nawróconego przywódcę ukraińsko-ruskich oprawców.
Jest też miłość, która rozkwita w sytuacji ekstremalnego zagrożenia życia.
Te schematy są po prostu tandetne. Jeżeli to ma być najlepszy amerykański film wojenny, to ja dziękuję, daruję sobie inne.
Na ten film wybrałam się z powodu Gruzji i naszego Prezydenta. Gruzja owszem była, piękna i realistyczna. Natomiast prezydent Kaczyński zamajaczył gdzieś na scenie i to tylko my mogliśmy się domyślić, że to był on.
Chwała polskiemu dystrybutorowi za te wstawki dokumentalne, bo może też niektórym widzom polskim otworzą oczy.
Ja nie chcę tutaj uchodzić za totalnego krytyka tego filmu. Cieszę się, że jest, że możemy go sobie obejrzeć, a przede wszystkim możemy wysłuchać heroicznego przemówienia naszego Prezydenta. Realistyczne pokazanie wojny, całej grozy sytuacji i tego niesamowitego opuszczenia Gruzji przez cały świat pokazuje w pełni, jakim wyczynem była wtedy misja Kaczyńskiego i prezydentów Ukrainy, Litwy, Łotwy, Estonii (nie wiem, kogo jeszcze).
To przemówienie na wiecu w Tibilisi pokazuje nam dobitnie, dlaczego nasz Prezydent musiał zginąć. Putin takich rzeczy nie wybacza. Miał Gruzję w garści, propaganda światowa działała jak należy, a tu mu mąciciel z Polski pomieszał szyki.
Ja tylko uważam, że końcówka filmu jest totalnie zjechana i to na skutek późniejszej ingerencji. Nie wiem jakie względy (pewnie polityczne) zadecydowały, że wszystkie nakręcone sceny fabularne z aktorem grającym prezydenta Kaczyńskiego zostały wycięte.
Dla osób, które jeszcze filmu nie widziały:
W filmie są dwa równoległe wątki:
1) wątek fabularny - kino akcji, przedstawiające losy amerykańskich reporterów wojennych i gruzińskiej dziewczyny - wątek główny doprowadzony od początku do końca
2) wątek historyczny - oparte na faktach sceny z prezydentem Sakaszwilim (zagranym genialnie przez Andy'ego Garcię) pokazujące, jak błaga świat o pomoc, a wszyscy wielcy tego świata mają go w głębokim poważaniu; no i tutaj aż się prosiło, żeby pociągnąć ten wątek zgodnie z faktami i pokazać, że jacyś przywódcy europejscy jednak posłuchali tego błagania i mimo groźby zestrzelenia przez rosyjskie bombowe przylecieli do Tibilisi. W filmie tego nie ma.
Jest za to pokazana absurdalna sytuacja, że Tibilisi otoczone jest ze wszystkich stron przez wojska rosyjskie, które nagle stwierdzają (nie wiadomo dlaczego), że dosyć już tego zabijania, a prezydent Sakaszwili wygłasza płomienne przemówienie, że Gruzja jest wolna.
Dlatego nie uważam, że to jest dobry film, bo jeden z głównych wątków został tak okrojony, że ktoś, kto nie ma pojęcia o tej wojnie, nie zrozumie w ogóle, co się stało, albo sobie pomyśli, że Rosjanie - jak już sobie postrzelali i pozabijali ludność cywilną - to się nawrócili, bo to w gruncie rzeczy dobrzy ludzie.
To jest film, który się dobrze ogląda.
Prawdę historyczną pokazuje wybiórczo, tzn. pokazuje, że Rosja była w tej wojnie okrutnym agresorem, a Gruzja była zupełnie osamotniona. Dobrze jest oddany w tym filmie tragizm położenia Sakaszwilego.
Natomiast zupełnie nie można się dowiedzieć z fabuły, dlaczego ofensywa rosyjska została powstrzymana.
Końcówka filmu jest zupełnie beznadziejna. Jest wspomniana już przeze mnie tandetna scena, w której dowódca najemników puszcza wolno nie tylko amerykańskich reporterów, ale i gruzińskich komandosów. A potem nagle przenosimy się do Tibilisi na wiec, na którym prezydent Sakaszwili wygłasza płomienne przemówienie, coś tam wspomina o 5 europejskich prezydentach (nie pada ani jedno nazwisko, ani nazwa kraju), widzimy na scenie 5 statystów, ale to Sakaszwili jest bohaterem, który zapewnił Gruzji wolność.
Więc nie wmawiaj mi i innym czytelnikom, że to jest film o prezydencie Kaczyńskim.
Ja rozumiem, ze Twoja emocjonalna reakcja wynika z dokumentalnych wstawek dodanych do filmu. Mnie też one wzruszyły. Ale mieli je okazję zobaczyć tylko polscy widzowie.
Amerykański czy nawet europejski widz nie dowiedział się z filmu, kto naprawdę uratował wtedy Gruzję. Taka to jest prawda historyczna.
W tym filmie to nie Rosjanie są barbarzyńcami, ale najemnicy, którzy gwałcą i mordują, a najbardziej czarną postacią spośród nich jest Kozak, czyli Ukrainiec.
Tam jest wprost powiedziane, że ta horda najemników jest dobrze opłacana przez władze Rosji, bo szlachetni rosyjscy żołnierze nie chcą się parać czarną robotą.
No a już tak tandetnego finału marszu armii najemników nie można sobie było wyobrazić: dowódca nagle szlachetnieje, stwierdza: "Dość zabijania" i daruje życie dzielnym amerykańskim reporterom, których przez pół filmu ścigał. Można odnieść wrażenie, że cała ruska ofensywa zakończyła się dlatego, że dowódca najemników wyszlachetniał.
A nazwisko prezydenta Kaczyńskiego w samym filmie nie pada ani razu. Taką tam mamy prawdę historyczną.
Film jest poświęcony pamięci amerykańskich reporterów wojennych. Jest też mowa w dedykacji o prezydencie Kaczyńskim, ale nie mam pewności, czy ta dedykacja nie została dodana dla polskiego widza.
W tytule znacznie przesadziłeś. To nie jest film o Lechu Kaczyńskim, tylko o dzielnych amerykańskich reporterach, którzy z narażeniem życia chcieli przekazać światu prawdę. Taki wniosek się narzuca przeciętnemu widzowi amerykańskiemu, który nie ma pojęcia o sytuacji geopolitycznej.
Wszystkie sceny z prezydentem Kaczyńskim, granym przez aktora, zostały wycięte. W związku z tym widz amerykański nie ma pojęcia, skąd na wiecu w Tibilisi wzięli się jacyś bliżej nieokreśleni prezydenci i co oni tam w ogóle robili.
Sceny dokumentalne z prezydentem Kaczyńskim zostały dodane przez polskiego dystrybutora. Owszem, są one poruszające, ale tylko dla nas.
Widz zagraniczny nie ma żadnych szans, aby się dowiedzieć, że Gruzja została uratowana dzięki inicjatywie naszego Prezydenta.
Byliśmy na tym filmie w towarzystwie czterech osób na sali. Trochę to przygnębiające, ale tak bywa w multipleksach.
Ja nie uważam, że to jest świetny film i że oddaje w pełni prawdę historyczną. Dobrze, że powstał, ale nie podoba mi się, że wszystkie sceny z naszym Prezydentem zostały wycięte. Był tam podobno wątek fabularny, Kaczyńskiego grał aktor, ale wszystko zostało usunięte. W związku z czym, w ogóle z filmu nie wynika, skąd na wiecu w Tibilisi wzięli się jacyś bliżej nieokreśleni prezydenci. Te dokumentalne wstawki z prezydentem Kaczyńskim zostały dodane przez polskiego dystrybutora.
Widz amerykański nie miał zatem żadnych szans, żeby się dowiedzieć o roli Kaczyńskiego w uratowaniu Gruzji przed totalną inwazją. Dowiedział się za to o wybitnej roli dzielnych jak zawsze amerykańskich reporterów, dzięki którym świat poznał prawdę o "konflikcie gruzińskim".
Byliśmy na tym filmie w towarzystwie czterech osób na sali. Trochę to przygnębiające, ale tak bywa w multipleksach.
Ja nie uważam, że to jest świetny film i że oddaje w pełni prawdę historyczną. Dobrze, że powstał, ale nie podoba mi się, że wszystkie sceny z naszym Prezydentem zostały wycięte. Był tam podobno wątek fabularny, Kaczyńskiego grał aktor, ale wszystko zostało usunięte. W związku z czym, w ogóle z filmu nie wynika, skąd na wiecu w Tibilisi wzięli się jacyś bliżej nieokreśleni prezydenci. Te dokumentalne wstawki z prezydentem Kaczyńskim zostały dodane przez polskiego dystrybutora.
Widz amerykański nie miał zatem żadnych szans, żeby się dowiedzieć o roli Kaczyńskiego w uratowaniu Gruzji przed totalną inwazją. Dowiedział się za to o wybitnej roli dzielnych jak zawsze amerykańskich reporterów, dzięki którym świat poznał prawdę o "konflikcie gruzińskim".
Świetny tekst. Szczególnie podoba mi się zdanie o sercu czytelnika. Masz rację, że wszystkie te wykreowane ikony współczesnej polskiej prozy nie są w stanie tego serca zdobyć, bo im na nim zwyczajnie nie zależy. Myślą, że - jak w polskim kinie - wystarczy parę razy rzucić mięsem, wywalić bebechy, dosypać szczyptę ironii i kilka dowcipów spod budki z piwem, a sukces gwarantowany. Zresztą wiedzą, że cokolwiek nie napiszą, agorowy salon ich pochwali, a może i nagrodą jakąś sypnie. Nie wzięli tylko pod uwagę tego, że czytelnik tylko raz da się zwieść reklamą i głośną nagrodą. Więcej nie będzie się katował, chyba że jest snobem, który musi się pochwalić w towarzystwie, że czytał najnowszego Kuczoka.
Myślę sobie, że gdyby oni prowadzili blogi, to nie byliby w stanie utrzymać żadnego czytelnika dłużej niż tydzień. Blogi odsłoniłyby tę pustkę jeszcze bardziej niż pseudoliteratura.
@Krzysztof
Właśnie przypomniało mi się, jaka afera była po Dornowych "ścierwojadach".
@Krzysztof
Ciekawa jestem, co media na to. Jeżeli go chwalą za odwagę i stanowczość w obronie "zasłużonego opozycjonisty z czasów PRL", to znaczy, że kolejna granica została przekroczona.
Myślę tylko, że oni wszyscy (piarowcy i media) pokładają zbyt dużą wiarę w uwielbienie wyborców PO do Tuska. Ci, których ja znam, już zaczynają jawnie wieszać na nim psy.
A Rudecka pewnie zachwycona.
Toyah & Ksiądz
A tych zmęczonych żołnierzy (w perspektywie polityki) mnóstwo mamy teraz w telewizji. Czy oni myślą, jak się zachowają w pamięci potomnych?
@Krzysztof
Opinia Księdza, że "przez ostatnie lata, straciliśmy to co było zawsze najcenniejsze – umiejętność spokojnego, realnego odbierania rzeczywistości", jest tu chyba najlepszym wyjaśnieniem.
Oj, dolełeś jeszcze oliwy do ognia dzisiejszym tekstem. Jestem przekonana, że tak trzeba. Wyjaśniłeś już swój koncept na sto sposobów - jeżeli ktoś nie chce tego zrozumieć, to już jego problem.
@Bożena
Prawdziwy twórca przenigdy czegoś takiego nie zrobi, bo gdyby słuchał każdego krytycznego głosu, to zatraciłby istotę swojego pisarstwa.
A poza tym ta metafora jest naprawdę bardzo dobra i została przez Autora zdekonstruowana - chodziło o życie w wymiarze dwuletniego dziecka.
@Coryllus
Żądanie, żeby autor zmienił metaforę, bo się źle kojarzy, to podważenie podstaw jego kompetencji pisarskich.
@Coryllus
Denerwuje mnie, że oni nie łapią największej wartości pisarstwa Toyaha, czyli metafor sytuacyjnych i czepiają się słów. To tylko potwierdza tezę, że dobra literatura nie jest dla każdego.
@Dyskutanci
Teksty zaprawione ironią nie są dla Was, bo ich nie zrozumiecie.
@Krzysztof
Ależ Ty się sprężyłeś. Gratuluję.
@Krzysztof
Nie uważam, że ten film jest w całości zły. Mieści się doskonale w konwencji gatunku i jako kino akcji ma przyciągnąć widza. Tylko jeżeli już reżyser zdecydował się na autentyczne sceny z prezydentem Sakaszwilim, to uczciwość wymagałaby, aby wątek historyczny został potraktowany poważnie.
Wiem, że się tutaj nie dogadamy, bo mamy inne spojrzenie na kino.
Natomiast jedną rzecz uważam za nadużycie z Twojej strony. Nie wiem, jak można pisać, że to jest film o prezydencie Kaczyńskim, skoro jego nazwisko nie pada tam ani razu. I to właśnie najbardziej mnie wzburzyło w Twojej notce.
@Bazyl
Mimo zastrzeżeń polecam go wszystkim.
Mam nadzieję, że moja dyskusja z Toyahem przyczyni się do tego, że ileś osób się na niego wybierze chociażby po to, by wyrobić sobie własne zdanie.
A co do pamięci o Lechu Kaczyńskim w Polsce, to już się zmienia w świadomości ludzi. Zachowania władz samorządowych też się zmienią wraz z przesileniem politycznym, które musi nastąpić.
@Krzysztof
Kojarzę tylko, że zawsze są dzielni amerykańscy chłopcy radzący sobie w każdej sytuacji. Czasami zostają zdradzeni przez polityków i wtedy jest kłopot. Zdarza się, że w tle pojawia się wojenna miłość.
W filmie, o którym dyskutujemy, występują wszystkie te schematy. Dzielni amerykańscy chłopcy to w tym wypadku korespondenci wojenni (bo żołnierzy być nie mogło). Pewną namiastką są sympatyczni gruzińscy komandosi ratujący z opresji dzielnych chłopców. Komandosi w zupełnie beznadziejnej sytuacji postanawiają walczyć aż do śmierci, ale nieoczekiwanie życie zostaje im darowane przez nawróconego przywódcę ukraińsko-ruskich oprawców.
Jest też miłość, która rozkwita w sytuacji ekstremalnego zagrożenia życia.
Te schematy są po prostu tandetne. Jeżeli to ma być najlepszy amerykański film wojenny, to ja dziękuję, daruję sobie inne.
Na ten film wybrałam się z powodu Gruzji i naszego Prezydenta. Gruzja owszem była, piękna i realistyczna. Natomiast prezydent Kaczyński zamajaczył gdzieś na scenie i to tylko my mogliśmy się domyślić, że to był on.
Chwała polskiemu dystrybutorowi za te wstawki dokumentalne, bo może też niektórym widzom polskim otworzą oczy.
@Krzysztof
To przemówienie na wiecu w Tibilisi pokazuje nam dobitnie, dlaczego nasz Prezydent musiał zginąć. Putin takich rzeczy nie wybacza. Miał Gruzję w garści, propaganda światowa działała jak należy, a tu mu mąciciel z Polski pomieszał szyki.
Ja tylko uważam, że końcówka filmu jest totalnie zjechana i to na skutek późniejszej ingerencji. Nie wiem jakie względy (pewnie polityczne) zadecydowały, że wszystkie nakręcone sceny fabularne z aktorem grającym prezydenta Kaczyńskiego zostały wycięte.
Dla osób, które jeszcze filmu nie widziały:
W filmie są dwa równoległe wątki:
1) wątek fabularny - kino akcji, przedstawiające losy amerykańskich reporterów wojennych i gruzińskiej dziewczyny - wątek główny doprowadzony od początku do końca
2) wątek historyczny - oparte na faktach sceny z prezydentem Sakaszwilim (zagranym genialnie przez Andy'ego Garcię) pokazujące, jak błaga świat o pomoc, a wszyscy wielcy tego świata mają go w głębokim poważaniu; no i tutaj aż się prosiło, żeby pociągnąć ten wątek zgodnie z faktami i pokazać, że jacyś przywódcy europejscy jednak posłuchali tego błagania i mimo groźby zestrzelenia przez rosyjskie bombowe przylecieli do Tibilisi. W filmie tego nie ma.
Jest za to pokazana absurdalna sytuacja, że Tibilisi otoczone jest ze wszystkich stron przez wojska rosyjskie, które nagle stwierdzają (nie wiadomo dlaczego), że dosyć już tego zabijania, a prezydent Sakaszwili wygłasza płomienne przemówienie, że Gruzja jest wolna.
Dlatego nie uważam, że to jest dobry film, bo jeden z głównych wątków został tak okrojony, że ktoś, kto nie ma pojęcia o tej wojnie, nie zrozumie w ogóle, co się stało, albo sobie pomyśli, że Rosjanie - jak już sobie postrzelali i pozabijali ludność cywilną - to się nawrócili, bo to w gruncie rzeczy dobrzy ludzie.
@Krzysztof
Prawdę historyczną pokazuje wybiórczo, tzn. pokazuje, że Rosja była w tej wojnie okrutnym agresorem, a Gruzja była zupełnie osamotniona. Dobrze jest oddany w tym filmie tragizm położenia Sakaszwilego.
Natomiast zupełnie nie można się dowiedzieć z fabuły, dlaczego ofensywa rosyjska została powstrzymana.
Końcówka filmu jest zupełnie beznadziejna. Jest wspomniana już przeze mnie tandetna scena, w której dowódca najemników puszcza wolno nie tylko amerykańskich reporterów, ale i gruzińskich komandosów. A potem nagle przenosimy się do Tibilisi na wiec, na którym prezydent Sakaszwili wygłasza płomienne przemówienie, coś tam wspomina o 5 europejskich prezydentach (nie pada ani jedno nazwisko, ani nazwa kraju), widzimy na scenie 5 statystów, ale to Sakaszwili jest bohaterem, który zapewnił Gruzji wolność.
Więc nie wmawiaj mi i innym czytelnikom, że to jest film o prezydencie Kaczyńskim.
Ja rozumiem, ze Twoja emocjonalna reakcja wynika z dokumentalnych wstawek dodanych do filmu. Mnie też one wzruszyły. Ale mieli je okazję zobaczyć tylko polscy widzowie.
Amerykański czy nawet europejski widz nie dowiedział się z filmu, kto naprawdę uratował wtedy Gruzję. Taka to jest prawda historyczna.
@Krzysztof
Tam jest wprost powiedziane, że ta horda najemników jest dobrze opłacana przez władze Rosji, bo szlachetni rosyjscy żołnierze nie chcą się parać czarną robotą.
No a już tak tandetnego finału marszu armii najemników nie można sobie było wyobrazić: dowódca nagle szlachetnieje, stwierdza: "Dość zabijania" i daruje życie dzielnym amerykańskim reporterom, których przez pół filmu ścigał. Można odnieść wrażenie, że cała ruska ofensywa zakończyła się dlatego, że dowódca najemników wyszlachetniał.
A nazwisko prezydenta Kaczyńskiego w samym filmie nie pada ani razu. Taką tam mamy prawdę historyczną.
Film jest poświęcony pamięci amerykańskich reporterów wojennych. Jest też mowa w dedykacji o prezydencie Kaczyńskim, ale nie mam pewności, czy ta dedykacja nie została dodana dla polskiego widza.
@Krzysztof
@Krzysztof
Wszystkie sceny z prezydentem Kaczyńskim, granym przez aktora, zostały wycięte. W związku z tym widz amerykański nie ma pojęcia, skąd na wiecu w Tibilisi wzięli się jacyś bliżej nieokreśleni prezydenci i co oni tam w ogóle robili.
Sceny dokumentalne z prezydentem Kaczyńskim zostały dodane przez polskiego dystrybutora. Owszem, są one poruszające, ale tylko dla nas.
Widz zagraniczny nie ma żadnych szans, aby się dowiedzieć, że Gruzja została uratowana dzięki inicjatywie naszego Prezydenta.
@Krzysztof
Ja nie uważam, że to jest świetny film i że oddaje w pełni prawdę historyczną. Dobrze, że powstał, ale nie podoba mi się, że wszystkie sceny z naszym Prezydentem zostały wycięte. Był tam podobno wątek fabularny, Kaczyńskiego grał aktor, ale wszystko zostało usunięte. W związku z czym, w ogóle z filmu nie wynika, skąd na wiecu w Tibilisi wzięli się jacyś bliżej nieokreśleni prezydenci. Te dokumentalne wstawki z prezydentem Kaczyńskim zostały dodane przez polskiego dystrybutora.
Widz amerykański nie miał zatem żadnych szans, żeby się dowiedzieć o roli Kaczyńskiego w uratowaniu Gruzji przed totalną inwazją. Dowiedział się za to o wybitnej roli dzielnych jak zawsze amerykańskich reporterów, dzięki którym świat poznał prawdę o "konflikcie gruzińskim".
@Krzysztof
Ja nie uważam, że to jest świetny film i że oddaje w pełni prawdę historyczną. Dobrze, że powstał, ale nie podoba mi się, że wszystkie sceny z naszym Prezydentem zostały wycięte. Był tam podobno wątek fabularny, Kaczyńskiego grał aktor, ale wszystko zostało usunięte. W związku z czym, w ogóle z filmu nie wynika, skąd na wiecu w Tibilisi wzięli się jacyś bliżej nieokreśleni prezydenci. Te dokumentalne wstawki z prezydentem Kaczyńskim zostały dodane przez polskiego dystrybutora.
Widz amerykański nie miał zatem żadnych szans, żeby się dowiedzieć o roli Kaczyńskiego w uratowaniu Gruzji przed totalną inwazją. Dowiedział się za to o wybitnej roli dzielnych jak zawsze amerykańskich reporterów, dzięki którym świat poznał prawdę o "konflikcie gruzińskim".
@Coryllus
Myślę sobie, że gdyby oni prowadzili blogi, to nie byliby w stanie utrzymać żadnego czytelnika dłużej niż tydzień. Blogi odsłoniłyby tę pustkę jeszcze bardziej niż pseudoliteratura.