W 1944 roku na Podhalu rozbił się, wcześniej trafiony i uszkodzony amerykański B-17. Załoga opuściła pokład na kilka minut przed uderzeniem kadłuba w ziemię. Z relacjii naocznych świadków, którzy w tym czasie pracowali w polu, samolot zmierzał przechylony prawym skrzydłem ku ziemi. Zanim rozbił się na lekko wznoszącym się z naprzeciwka terenie, zatoczył dwa koła, następnie na długości ok. 100 m wyorał prawym skrzydłem pogłębiającą się skibę i wbił się dziobem w biegnący w poprzek nasyp kolejowy. Zderzenie z nasypem wyrzuciło bombowiec w powietrze, tu rozpadł się na kilka większych części, które przeleciały lub potoczyły się nawet do 300 metrów i zajęły się ogniem. Jedynie część ogonowa, która w momecie rozerwania kadłuba i skrzydeł w powietrzu, była najwyżej, spadła prawie nienaruszona tylko 10-15 metrów za nasypem. Smuga dymu unosiła się jeszcze na drugi dzień po katastrofie.
Po przeczytaniu tekstu niewypowiedzianego przemówienia, chciałbym zwrócić uwagę na pewien fakt, który nie został poruszony dotychczas w żadnej wypowiedzi w tym miejscu. Oto przedostatni akapit przemowy zaprzecza poniekąd postawionym tutaj tezom i raczej świadczy o wręcz odwrotnych chęciach prezydenta Kaczyńskiego. Mimo, że znienawidzony i nie zaproszony, jedzie i zamierza przedstawić wolę pojednania, także, choć może nie w pełnym wymiarze, bycia i funkcjonowania razem:
„Katyń stał się bolesną raną polskiej historii, ale także na długie dziesięciolecia zatruł relacje między Polakami i Rosjanami. Sprawmy, by katyńska rana mogła się wreszcie w pełni zagoić i zabliźnić. Jesteśmy już na tej drodze. My, Polacy, doceniamy działania Rosjan z ostatnich lat. Tą drogą, która zbliża nasze narody, powinniśmy iść dalej, nie zatrzymując się na niej ani nie cofając.”
Oczywiście ten urywek poprzedzony jest nieprzyjemną prawdą, która od dawna kole oczy wielkiego sąsiada, ale, z którą prezydent koniecznie i po raz kolejny chciał skonfrontować Rosjan. Wiedział, że powtarzając wielokrotnie prawdę o mordzie będzie znienawidzony, ale też wiedział, że wcześniej, czy później, po tamtej stronie odezwą się głosy, których siła zmieni zachowanie przedstawicieli władzy. Sprawa miała nabierać rozgłosu z każdą mijającą rocznicą katyńską.
Równocześnie, Kaczyński podpowiada potomkom ojców pomordowanych (czyt. nam, Polakom), że powoli nadchodzi czas, kiedy tragedia sprzed 70 lat, która jest już wystarczająco zakorzeniona w naszych umysłach, nie zrodziła nowej fali nienawiści dwóch narodów, która od wieków cyklicznie przeżywa wzloty i upadki. Sam poświęcił się temu dziełu, które niejako stało się jednym z jego celów, ale wiedział, że zakończyć je mogą dwie nacje.
Sam koniec, o tym prezydent też doskonale wiedział, z pewnością nie byłby ujmującym uściskiem ze łzami w oczach, bo przecież rozgrzeszenie wszelkich błędów, które mimo wspólnych korzeni, upodobań lub tradycji zdarzały się częstokroć w naszej historii, nie może całkowicie powstrzymać uprzedzeń, które przekazały nam objawienia choćby nowej historii.
Uważam jednak, opierając się na tym krótkim fragmencie przemówienia, odważnemu wytykaniu błędów i uporczywym nakłanianiu do prawdy, że mimo tych różnic i kontrowersji między dwoma narodami, które miały miejsce na przestrzeni piastowania przez niego urzędu, również Kaczyński dążył do pojednania.
@masaj 2010-04-19 15:07
@Ciekawa dyskusja na lotnictwo net
@Przemówienie Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego
„Katyń stał się bolesną raną polskiej historii, ale także na długie dziesięciolecia zatruł relacje między Polakami i Rosjanami. Sprawmy, by katyńska rana mogła się wreszcie w pełni zagoić i zabliźnić. Jesteśmy już na tej drodze. My, Polacy, doceniamy działania Rosjan z ostatnich lat. Tą drogą, która zbliża nasze narody, powinniśmy iść dalej, nie zatrzymując się na niej ani nie cofając.”
Oczywiście ten urywek poprzedzony jest nieprzyjemną prawdą, która od dawna kole oczy wielkiego sąsiada, ale, z którą prezydent koniecznie i po raz kolejny chciał skonfrontować Rosjan. Wiedział, że powtarzając wielokrotnie prawdę o mordzie będzie znienawidzony, ale też wiedział, że wcześniej, czy później, po tamtej stronie odezwą się głosy, których siła zmieni zachowanie przedstawicieli władzy. Sprawa miała nabierać rozgłosu z każdą mijającą rocznicą katyńską.
Równocześnie, Kaczyński podpowiada potomkom ojców pomordowanych (czyt. nam, Polakom), że powoli nadchodzi czas, kiedy tragedia sprzed 70 lat, która jest już wystarczająco zakorzeniona w naszych umysłach, nie zrodziła nowej fali nienawiści dwóch narodów, która od wieków cyklicznie przeżywa wzloty i upadki. Sam poświęcił się temu dziełu, które niejako stało się jednym z jego celów, ale wiedział, że zakończyć je mogą dwie nacje.
Sam koniec, o tym prezydent też doskonale wiedział, z pewnością nie byłby ujmującym uściskiem ze łzami w oczach, bo przecież rozgrzeszenie wszelkich błędów, które mimo wspólnych korzeni, upodobań lub tradycji zdarzały się częstokroć w naszej historii, nie może całkowicie powstrzymać uprzedzeń, które przekazały nam objawienia choćby nowej historii.
Uważam jednak, opierając się na tym krótkim fragmencie przemówienia, odważnemu wytykaniu błędów i uporczywym nakłanianiu do prawdy, że mimo tych różnic i kontrowersji między dwoma narodami, które miały miejsce na przestrzeni piastowania przez niego urzędu, również Kaczyński dążył do pojednania.