Wszyscy tak o modernizacji, cieszą się na głosowanie przez Internet itd., a tymczasem przegapiono niby drobną, acz niepokojącą rzecz. Oto niedawno, bez wielkiego hałasu, niepostrzeżenie (np. w projekcie zmiany ustawy o grach hazardowych) zostaje do polskiego prawa włączone hasło "sieć Internet". (To trochę co innego niż "sieć internetowa" czy "strona internetowa", które są bardziej niewinne.)
Dla typowego człowieka nie ma tu żadnego problemu: "sieć Internet to sieć Internet" brzmi jego mądrość, ale już dla informatyka rzecz wcale nie jest oczywista, bo on musi to nieco lepiej rozumieć. Wie on dobrze, że zadanie "sprawdzić, czy komputer jest podłączony do Internetu", jeśli ma być zlecone programowi, jest właściwie niewykonalne, jest zupełnie niealgorytmiczne; nie wiadomo, jak to zrobić... Co innego sprawdzić, czy jest podłączony do *sieci* (np. na kablu skrętkowym). Albo do jakiegoś serwera przez *modem*. To jest proste. Ale czy ta sieć jest Internetem? Tu zaczynają się schody.
Bo też co to jest Internet? Można by przyjąć, że jest to ta sieć, w której rezyduje strona microsoft.com i jeszcze kilka innych, co jest może jakimś sensownym przybliżeniem. Z tym, że jest to zastępowanie jednej kazuistyki jeszcze gorszą kazuistyką. Prawo polskie staje się wtedy własnością korporacji amerykańskiej i jej doraźnych posunięć: to jest niedobre. (Nawet gdyby przyjąć, że to ta sieć, w której jest sejm.gov.pl, i tak prawo polskie i życie narodu stałoby się zakładnikiem doraźnych decyzji jakichś informatyków, którzy mogliby inwigilować *dowolną* sieć, jeśli tylko wstawią do niej swoją stronę). To trochę tak, jakby w prawie umieszczać imię i nazwisko konkretnej żyjącej osoby jako specjalnie uprzywilejowanej albo specjalnym obowiązkiem obciążonej - albo inaczej, jakby dawać nazwę przypadkowej prywatnej firmy, żeby dać jej specjalne przywileje lub obowiązki. Nie chodzi tylko o to, że tak się nie robi; ale i o to, że to jest rzecz przemijająca, być może chwilowe zjawisko: cóż, jeśli jakiś kawałek odłamie się od "Internetu"? Jeśli to będzie duży kawałek?
Można już sobie wyobrazić tysiące pomysłów, jak obejść takie prawo, z których najprostszy to przeprowadzanie gier hazardowych przez połączenie modemowe na specjalny numer - które to połączenie, rzecz jasna, nie przynależy do "sieci Internet". (Dawniej to się nazywało BBS-y). Jeżeli zdefiniują to trochę inaczej, to i trochę inaczej przeprowadzi się "inicjację hazardową", ale i tak prędzej czy później gry będą możliwe i legalne...
To są prywatne urządzenia i prywatne sieci; że ktoś je łączy z innymi sieciami to nie zmienia istoty rzeczy. Rząd próbuje wydawać ustawy i rozporządzenia na temat, który w ogóle nie jest jego działką i do rządzenia którym nie zostali powołani.
@Alan83
Dla typowego człowieka nie ma tu żadnego problemu: "sieć Internet to sieć Internet" brzmi jego mądrość, ale już dla informatyka rzecz wcale nie jest oczywista, bo on musi to nieco lepiej rozumieć. Wie on dobrze, że zadanie "sprawdzić, czy komputer jest podłączony do Internetu", jeśli ma być zlecone programowi, jest właściwie niewykonalne, jest zupełnie niealgorytmiczne; nie wiadomo, jak to zrobić... Co innego sprawdzić, czy jest podłączony do *sieci* (np. na kablu skrętkowym). Albo do jakiegoś serwera przez *modem*. To jest proste. Ale czy ta sieć jest Internetem? Tu zaczynają się schody.
Bo też co to jest Internet? Można by przyjąć, że jest to ta sieć, w której rezyduje strona microsoft.com i jeszcze kilka innych, co jest może jakimś sensownym przybliżeniem. Z tym, że jest to zastępowanie jednej kazuistyki jeszcze gorszą kazuistyką. Prawo polskie staje się wtedy własnością korporacji amerykańskiej i jej doraźnych posunięć: to jest niedobre. (Nawet gdyby przyjąć, że to ta sieć, w której jest sejm.gov.pl, i tak prawo polskie i życie narodu stałoby się zakładnikiem doraźnych decyzji jakichś informatyków, którzy mogliby inwigilować *dowolną* sieć, jeśli tylko wstawią do niej swoją stronę). To trochę tak, jakby w prawie umieszczać imię i nazwisko konkretnej żyjącej osoby jako specjalnie uprzywilejowanej albo specjalnym obowiązkiem obciążonej - albo inaczej, jakby dawać nazwę przypadkowej prywatnej firmy, żeby dać jej specjalne przywileje lub obowiązki. Nie chodzi tylko o to, że tak się nie robi; ale i o to, że to jest rzecz przemijająca, być może chwilowe zjawisko: cóż, jeśli jakiś kawałek odłamie się od "Internetu"? Jeśli to będzie duży kawałek?
Można już sobie wyobrazić tysiące pomysłów, jak obejść takie prawo, z których najprostszy to przeprowadzanie gier hazardowych przez połączenie modemowe na specjalny numer - które to połączenie, rzecz jasna, nie przynależy do "sieci Internet". (Dawniej to się nazywało BBS-y). Jeżeli zdefiniują to trochę inaczej, to i trochę inaczej przeprowadzi się "inicjację hazardową", ale i tak prędzej czy później gry będą możliwe i legalne...
To są prywatne urządzenia i prywatne sieci; że ktoś je łączy z innymi sieciami to nie zmienia istoty rzeczy. Rząd próbuje wydawać ustawy i rozporządzenia na temat, który w ogóle nie jest jego działką i do rządzenia którym nie zostali powołani.