Dycha

komentarze użytkownika

  • 30.03.2011 18:49

    Wszystko się tu lepi od populizmu

    Szanowny Panie (zwracam się w ten sposób tylko dlatego, że jestem tu nikim więcej jak gościem, więc grzeczność obowiązuje), czy zdaje Pan sobie sprawę z tego, jak wygląda polskie szkolnictwo wyższe? Na przykład jak wygladają proporcje pomiędzy poszczególnymi kierunkami studiów (mam na myśli proporcje ilościowe)? Albo inaczej: ile jest miejsc na kierunkach typu "politologia" a ile na kierunkach typu "fizyka" (nie rozgraniczam narazie na uczelnie prywatne i państwowe) w skali całego kraju? Zakładam oczywiście, że Pan wie, skoro zabiera głos w tej sprawie (byłby straszny wstyd, gdyby było inaczej). Następnie proszę to porównać z zapotrzebowaniem rynku, naszego i zagranicznych. Mając świadomość tych oczywistych faktów (a z faktami, jak wiemy, się nie dyskutuje) dlaczego wygłasza Pan te porywające tłumy hasła "w ciągu trzech lat liczba bezrobotnych absolwentów uczelni przekroczyła 50 proc". Oczywiście wiadomo, dlaczego, populizm trafia do ludzi, zwłaszcza tych słabiej myślących. Przecież z roku na rok przybywa magistrów politologii, socjologii, filologii polskiej i angielskiej, dziennikarstwa i innych kierunków, najcześciej humanistyczno-menedżerskich, którzy nie są nikomu do niczego potrzebni! Rynek sie nimi przejadł. Na rozwiwjającym się technologicznie rynku nie są potrzebni oni, ani historycy sztuki, ale inżynierowie, których wciąż brakuje. Poza tym duża część absolwentów ma dyplom uczelni prywatnej, który dla pracodawcy nie jest gwarancją, że kandydat ma rzeczywiście dostateczne kwalifikacje. Jeśli firma potrzebuje informatyka, to zatrudni nie absolwenta jakiejś tam szkoły dolnośląskiej, ale absolwenta politechniki, który przez 5 lat dokładał wszelkich starań, by ten dyplom uzyskać. To też nie jest tajemnicą, że najlepsi maturzyści dostają się na renomowane, państwowe uczelnie, a prywatne obsadzają Ci, którzy do nauki się nie przykładali. Za takie zjawiska też jest winny Premier? Jaki to znowu spisek czy nieudolność rządu zmusiła młodych ludzi do podejmowania takich decyzji życiowych, jak nieprzemyślany wybór kierunku kształcenia? To jest rynek, a rynek jest wolny, nie centralnie sterowany, rząd nie ma na niego wpływu. Jeśli maturzyści chcą stadami studiować dziennikarstwo, to naturalną konsekwencją jest otwieranie się coraz większej liczby uczelni, dającej takie, marne bo marne, ale wykształcenie. Sami są sobie winni, wybierając studia, gdzie już w chwili ich rozpoczęcia jest wiadome, że nie ma zapotrzebowania na tego typu pracowników. Ja wybierając studia brałam ten wyznacznik pod uwagę i już od roku ponad jestem zasypywana ofertami pracy i płatnymi praktykami, mimo że dopiero w za kilka miesięcy będę broniła pracy dyplomowej. Ta sama sytuacja dotyczy wszystkich moich kolegów z kierunku (łacznie 30 na cały Wrocław, kierunek oczywiście techniczny). I Pan co proponuje? Stworzenie miejsc pracy finansowanych z budżetu Państwa dla nich wszystkich? Zamiast tak sypać obietnicami i pieniędzmi z rękawa, zdradziłby Pan w końcu "ciemnemu ludowi", skąd te środki zamierza wziąć. Na te posady i równie populistyczne "dodatki drożyźniane". Coś mi się obiło o uszy, podatek bankowy, oczywiście. A powiedział Pan swoim łatwowiernym wyborcom, kogo w rzeczywistości banki obciążą tym podatkiem? Każdy bank za wszelką cenę chce mieć pieniądze zdeponowane przez najbogatszych Polaków, a nie przez ludzi, którzy na konto otrzymują skromne miesięczne wynagrodzenie i w tym samym miesiącu je wydają na bierzące potrzeby (tak, drożejącą żywność, której ceny przecież ustala rząd), bo tymi pieniędzmi nie mogą swobodnie zarządzać. W związku z tym to właśnie ci mniej zamożni Polacy otrzymają w odpowiedzi niżej oprocentowane konta, wyżej oprocentowane kredyty, droższe przelewy i prowizje. Ale w porządku, Pana zwolennicy i tak uwierzą we wszystko, co Pan powie, a zwłaszcza w obietnice o pieniadzach płynących ze Skarbu Państwa prosto do ich kieszeni. Skoro już jestem przy tym temacie, to może nawiążę do innej "darowizny", sprezentowanej Polakom za Pańskich rządów, oczywiście z budżetu Państwa, a więc z podatków garstki pracujących Polaków, nie objętych szeregiem przywilejów, które należałoby znieść. Mówię oczywiście o "becikowym". Tak się składa, że znajduję się w przedziale wiekowym, w którym spora część młodych ludzi, w tym moi znajomi, decyduje się na rodzicielstwo. Nie bedę cytować, co myślą o Pana "zapomodze", mającej się przyczynić do poprawy sytuacji demograficznej w naszym kraju. Nie ma Pan dzieci, więc może Pan nie wiedzieć, ile kosztuje utrzymanie dziecka on dnia narodzin do osiągnięcia niezależności finansowej. Skromne obliczenia, bez wnikania w szczegóły dają kwotę rzędu 250 000, a to jest i tak skromne szacowanie, bo nie uwzględniają takich teraz oczywistych wydatków, jak komputer z dostępem do szybkiego internetu czy inne "bajery", bez których w dzisijeszych czasach popada się w lekkie upośledzenie. Jeśli chcemy dopiąć wszystko do perfekcji, to chciałoby się również zapewnić dziecku miejsce do życia, czyli własne mieszkanie, a to co najmniej podwaja tę kwotę. Reasumując, te 1000 złotych, dla których Pana wyborcy oszaleli, nie starcza nawet na wózek dla niemowlaka. O pieluszkach nie wspomnę. I choćby w najmniejszym stopniu nie przyczyniło się do wzrostu liczby urodzeń. Nie znam ani jednej matki czy ojca z krótkim stażem, którzy by przyznali, że to fantastyczne becikowe ułatwiło im podjęcie decyzji o rodzicielstwie. Ale populistyczna propozycja się sprzedała, no bo kto by nie zagłosował na kogoś, kto rozdaje społeczeństwu pieniądze. Z niecierpliwością czekam, czym Pan jeszcze będzie próbował przyćmić wyborcom wzrok. Ponieważ, jak widać, nie jest to trudne, liczę chociaż na odrobinę finezyjności, bo "podatek bankowy" może tylko spodobać się tym, którzy z usług banków nie korzystają i o bankowości wiedzą niewiele.
    Pozdrawiam
    JAROSŁAW KACZYŃSKI: Apartheid


zamknij

logowanie


Użyj konta Facebook do komentowania w Salon24.pl:

Zaloguj się z kontem facebook


zamknij