Trzeba nam lewicowego eurosceptycyzmu

Konferencja prasowa Jakiego "Saldo transferów finansowych między Unią Europejską a Polską". fot. screen TVP
Konferencja prasowa Jakiego "Saldo transferów finansowych między Unią Europejską a Polską". fot. screen TVP
Utarło się przekonanie, że krytyka eurointegracji musi być - co do zasady - prawicowa. A przecież to nieprawda. Dopiero z lewicowej perspektywy widać najbrzydsze strony potwora, w jakiego zmieniły się w ostatnich latach piękne idee Schumana i Moneta.

Zignorowano fakt, że dług jest nieodłączną częścią zdrowej polityki ekonomicznej. Bo ratuje sytuację nie tylko podczas kryzysu, gdy można dzięki niemu uniknąć osunięcia się gospodarki w spiralę recesji. I że nawet w czasie dobrej koniunktury państwo skupione na ciągłym równoważeniu budżetu łatwo straci z oczu najważniejsze wyzwania. Będzie więc stale szukało oszczędności: w publicznej służbie zdrowia, w edukacji, w infrastrukturze, w walce z nierównościami. To z kolei będzie się przekładało na pogorszenie zarówno bieżącej koniunktury, jak i społecznych widoków na przyszłość.

I tak konsekwencją tzw. „zdrowych finansów” było wycofanie się państwa z całego szeregu zobowiązań wobec własnych obywateli. Co doprowadzi do wzrostu zadłużenia prywatnego. Bo ludzie nadal będą chcieli kupić mieszkanie, leczyć się i wykształcić dzieci. Ale państwo - które oszczędza - im w tym nie pomoże. Jeszcze mocniej te gorzkie prawdy poznali w ostatnich latach obywatele Grecji, Portugalii, Hiszpanii czy Włoch, którym zafundowano z powodu antyzadłużeniowej obsesji plagę wysokiego bezrobocia, cięcia świadczeń społecznych czy wydatków na utrzymanie budynków użyteczności publicznej albo wręcz zmuszano ich do wyprzedawania kluczowych portów albo lotnisk.

Ostatnio słychać, że Unia rozważa poluzowanie reguł fiskalnych (formalnie są one z powodu koronawirus zawieszone do roku 2022). Nie uwierzę póki nie zobaczę.

Czytaj też inne teksty Rafała Wosia:

Po drugie, w Unii Europejskiej nastąpiło w minionych dwóch dekadach coś, co amerykański prawnik oraz politolog Alec Stone Sweet już dawno temu nazwał „sądowniczym puczem”. Władza została de facto wyjęta z rok demokratycznie wybieranych polityków. A przekazana prawnikom i sędziom, którzy - jako żywo - żadnej demokratycznego mandatu nie posiadają. W tym supersądowlnictwu europejskiemu. Zostało to oczywiście szerokiej publiczności przedstawione jako wielkie zwycięstwo demokracji. A każda próba zmiany tego stanu rzeczy jest zwalczana jako „zagrożenie totalitaryzmem”. W ten właśnie sposób demokratycznie wybrana władza polityczna (rząd) próbując ograniczyć omnipotencję władzy niedemokratycznej (sądy) zostaje przedstawiony jako puczysta. Jak w historii z kieszonkowcem, co sam najgłośniej krzyczy „łapaj złodzieja”. Jak pokazuje przykład polskiego sporu o praworządność Bruksela gotowa jest bronić zdobyczy „sądowniczego puczu” wszelkimi dostępnymi metodami. Nie oglądając się nawet jakie to będzie miało skutki dla samej idei europejskiej w Polsce czy w innych krajach. Buntownicy muszą zostać ukarani. Żeby nikomu nie przyszło do głowy podążyć podobną drogą.

Po trzecie, tak skonstruowana UE nie miała szans by stać się związkiem równych partnerów. Lecz podryfowała w kierunku zabawki w rękach silnych. Przykłady można mnożyć. Weźmy politykę wobec uchodźców i migrantów. Z jednej strony na co dzień pozostawioną krajom granicznym: Grecji, Włochom czy Hiszpanii. Również my od niedawna możemy na przykładzie naszej wschodniej granicy (będącej jednocześnie wschodnią granicą UE) zobaczyć, kto w praktyce musi zarządzać tlącym się tu kryzysem. Jak widzimy nie są to ani unijne agencje wyspecjalizowane ani Komisja Europejska. Tylko polski rząd i polska Straż Graniczna. Z drugiej strony raz na jakiś czas dochodzi w Europie do próby rozwiązania nabrzmiałego problemu jedną decyzją. Najczęściej jednostronną i z nikim niekonsultowaną - jak w roku 2015, gdy kanclerz Niemiec kompletnie zaskoczyła partnerów z UE ogłaszając, że „uchodźców trzeba przyjąć”. Albo inny przykład. Luksemburg i Holandia to kraje od lat prowadzące ostry dumping podatkowy wobec innych krajów wspólnoty. Na przykład umożliwiając funkcjonowanie na ich terenie takich mechanizmów, które pozwalają światowym korporacjom w majestacie prawa obchodzić podatkowe ustawodawstwo szeregu krajów członkowskich. Dlaczego nie spotyka ich z tego powodu żaden kłopot? Czemu nie są w Unii na cenzurowanym? Czy nie jest to uporczywe łamanie unijnej solidarności i wartości wspólnoty? I jak to możliwe, że wieloletni premier Luksemburga został nawet… szefem Komisji Europejskiej. Oczywiście, zgoda! Takie asymetrie (równi i równiejsi) będą zawsze i wszędzie. Nie wydaje się jednak, by ktokolwiek próbował je nawet łagodzić.

I wreszcie po czwarte. Nich ktoś zechce łaskawie spojrzeć na długoterminowe statystyki dotyczące nierówności społecznych i dochodowych . Zobaczy wówczas, że większość członków UE była kiedyś krajami dużo bardziej równymi. W Niemczech u progu lat 80. udział 10 proc najbogatszych w PKB wynosił 28 proc. Dziś sięga 37 proc. PKB. W Holandii ten sam wskaźnik wzrósł z 26 proc. (1980 rok) do 30 proc. dziś. W Danii z 25 do 33. I tak dalej. Społeczeństwa stanowiące jądro Unii i będące jej wizytówką nie tylko stały się mnie równe. Jednocześnie (zwłaszcza w ostatnich latach) mamy ogromny rozjazd pomiędzy krajami centrum (Niemcy, Holandia, Austria) a słabszymi ogniwami strefy euro (Włochami, Hiszpanią czy Grecją). Przypadek? A może jednak efekt opisanych tu powyżej mechanizmów?

Czy tych kilka powodów to mało by mieć poważnym mandat do krytykowania UE. I co właściwie chcą osiągnąć ci wszyscy, którzy na każdą (podkreślam KAŻDĄ) próbę krytyki Unii reagują świętym oburzeniem i histerycznymi hiperbolami? Bo na miano pożytecznych głupców pracują w pocie czoła. 

Rafał Woś

Czytaj też:

Lubię to! Skomentuj69 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka