Migrację trzeba regulować

Migranci na granicy polsko-białoruskiej, fot. PAP/EPA/LEONID SCHEGLOV
Migranci na granicy polsko-białoruskiej, fot. PAP/EPA/LEONID SCHEGLOV
Zwolennicy otwartych granic lubią myśleć, że kierują się szlachetnymi pobudkami i stoją po jasnej stronie mocy. Niestety są… w błędzie. Nic tak nie zaszkodziło tematowi migracji, jak ciągłe moralizowanie na jej temat. Bo migrację trzeba regulować. A nie portretować każdego, co ośmieli się postawić ten problem jako faszystę czy nacjonalistę.

„Słoń Milanovica” to wykres mający pokazać, kto właściwie zyskał na neoliberalnej globalizacji. To, co wyszło, bardzo przypomina sylwetkę słonia z książeczki dla dzieci. Po jednej stronie są ogon i zadek. Po drugiej długa zawinięta do góry trąba. Ten wykres pokazuje zmianę dochodów różnych części społeczeństwa w latach wzmożonej globalizacji, czyli powiedzmy 1988–2011.
Widać na nim najpierw długi ogon słonia. To najbiedniejsze 30-40 proc. społeczeństw, które na globalizacji skorzystały niewiele albo prawie wcale. To jest ta niższa klasa średnia, której globalizacja przyniosła coraz większą konkurencję, deindustrializację, stagnację płac, zniszczenie pewności jutra. Ale przecież globalizacja ma też swoich zwycięzców. Jest to spora część klasy średniej plus nowa plutokracja, która kontroluje ogromną część zasobów globu. A która mogłaby się zmieścić w dużym pokoju. Ci zwycięzcy to odpowiednio wierzchołek uszu i koniuszek wysoko podniesionej trąby naszego słonia. To właśnie z powodu słonia w bogatych zachodnich społeczeństwach jest tak głębokie pęknięcie w temacie migracji.

Dla zwycięzców migranci to szansa. Biznes (o czym już pisałem) widzi w nich okazję na rozbudowę „rezerwowej armii bezrobotnych”. Przy pomocy której będzie można stale trzymać pracownika w szachu, by się za nadto w swoich żądaniach nie rozzuchwalił. Klasa średnia korzysta z kolei na migrantach poprzez tanie usługi opiekuńczo-sprzątająco-gastronomiczne, które migranci im oferują. Do tego mamy jeszcze przyjemnego dreszczyk samozadowolenia, który towarzyszy wypowiadaniu słów „podzielmy się bogactwem” albo „żaden człowiek nie jest nielegalny”. Zwłaszcza, gdy odbywa się to w bezpiecznym zaciszu bańki społecznościowej.

Po drugiej stronie są jednak te liczne i biedniejsze warstwy zachodnich społeczeństw, które mają wiele dobrych powodów, by być wobec migracji sceptyczni. A przynajmniej jej nie idealizować. To oni muszą bowiem w praktyce rywalizować z migrantami o rzadkie zasoby: o pracę, o przestrzeń w mieście, o ciągle obcinane usługi państwa dobrobytu. Im więcej jest migrantów, tym rywalizacja bardziej realna.

Żyjemy bowiem na Zachodzie po czterech dekadach neoliberalizmu. Czyli w społeczeństwach dalece mniej równych niż te same społeczności w latach 70. XX wieku. Co sprawia - powiada Branko Milanovic - że w XXI wieku trzeba sobie radzić zarówno z nierównością klasową, jak i z nierównością miejsca. Nie wystarczy już - jak 40 lat temu - być najbiedniejszym mieszkańcem Niemiec, Ameryki czy Anglii by mieć i tak lepiej niż bez mała każdy Kenijczyk albo Hindus. Tego świata już nie ma. Jest za to sytuacja, w której biedny Anglik staje oko w oko z biednym Kenijczykiem w kolejce po zasiłek, po mieszkanie socjalne albo po robotę na budowie.

Wpływa to także na los migrantów przybywających dziś na Zachód. Dziś czeka ich tu dużo trudniejsza przyszłość niż kiedyś. A zagrożenie, że wpadną z deszczu pod rynnę (do znaczy ze swojej biedy w biedę na obczyźnie) stale rośnie. A wraz z nimi rośnie także niestety odsetek migrantów żyjących na bakier z prawem lub na obrzeżach społeczności. I stających się z tego powodu stale wypieranym (bo niewygodnym) wyrzutem sumienia zwolenników otwartych granic.

Mimo tego fala migracji nie przestaje jednak płynąć na Zachód. Według różnych szacunków 700-800 mln mieszkańców ziemi albo właśnie migruje. Albo planuje to zrobić. Wiedzą o tym popycie zorganizowane grupy przestępcze, które na przepychaniu migrantów na zachód zarabiają. Oczywiście nie biorąc żadnej odpowiedzialności za to, czy ów migrant, będzie miał na miejscu lepiej niż w domu.

To oszałamiające liczby. Związane także z tym, co neoliberalna globalizacja przyniosła na płaszczyźnie geopolitycznej. A przyniosła wojny w Iraku i Afganistanie. Obalenie Kadafiego w Libii i arabską wiosnę. Wojnę domową w Syrii i destabilizację całego regionu. To wszystko fakty, które sprawiły, że migracje jeszcze przybrały na sile.

Z tej mieszanki tworzy się nam patowa sytuacja. Pomysł "przyjmijmy wszystkich i jakoś się zobaczy" jest równie niedorzeczny, co "nie wolno wpuścić nikogo". Jedyną szansą na zarządzanie tym procesem jest jego regulacja. Istnieje wiele pomysłów i mechanizmów. Chętnie wrócę do nich w którymś z kolejnych tekstów. Problem polega na tym, by w ogóle zacząć o nich rozmawiać. Tworzenie atmosfery, w której już samo stawianie takiego problemu jest niemoralne, to droga donikąd. Obyśmy nie poszli nią w Polsce.

Rafał Woś

Zobacz także:

Wojciech Chmielarz zrozumiał o co chodzi Wosiowi


Czytaj także:

Lubię to! Skomentuj57 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka