Jak odhisteryzować inflację?

Nasza debata o inflacji stała się niebezpieczną mieszanką brutalnej walki politycznej i radosnej ignorancji ekonomicznej. Czy da się z tego wyjść? Czy da się inflację odhisteryzować?

Kto nie lubi wzrostu płac?

Wzrostu płac - a co za tym idzie inflacji - nie lubią także ci, którzy już wcześniej się wzbogacili i trzymają teraz zakumulowane środki. Z ich perspektywy inflacja to ryzyko. Obniża rentowność ich bezpiecznie (i zazwyczaj bezczynnie) zakumulowanych środków.

To z opisanych powyżej grup wychodzi straszenie wzrostem płac i inflacją. To straszenie odbywało się w Polsce przy pomocy dwóch narracji. 

Nadmiernie roszczeniowi pracownicy

Pierwsza narracja głosi, że pracownicy są nadmiernie roszczeniowi. Ta opowieść była w Polsce w powszechnym użyciu przez całą neoliberalną transformację. Pod płaszczykiem zarzutu roszczeniowości doszło w Polsce po roku 1990 do demontażu sporej części zorganizowanego ruchu związkowego. W ostatnich latach trwają mozolne próby jego odbudowy. Pewne sukcesy już widać, ale wiele jest jeszcze do zrobienia.

Wraz z narracją o roszczeniowych pracownikach dostajemy zazwyczaj także opowieść o „spirali płacowo-cenowej”. Ta opowieść jest pozornie bardziej obiektywna. Wskazuje bowiem na obiektywne zagrożenia jakie niesie za sobą wzrost płac w czasie inflacji. Konsekwencją - powiadają posługujący się tym straszakiem - będzie jeszcze wyższy wzrost cen. A w konsekwencji korkociąg pchający inflacje stale do góry. W myśl tej opowieści presja płacowa ma być więc kontrproduktywna da samych pracowników. Ergo: wzrost płac się nie opłaca.  

Neoliberalizm sprowadził pracownika do roli pionka

Straszenie spiralą cen i płac ma jeszcze jeden wymiar. Zwolennicy tej opowieści kompletnie nie rozumieją, że pracownik ma również potrzebę podmiotowości. Już w latach 90. kanadyjski politolog Julian Le Grand napisał znamienny tekst, w którym zauważył, że współczesny pracownik został sprowadzony do roli pionka. Jeszcze do lat 70. dysponował on jakąś siłą do negocjowania swojej pozycji na rynku. Czasem mniejszą czasem większą - ale jednak siłą. Zmiany, które przyszły potem (neoliberalizm) sprawiły, że stał się on totalnie podporządkowany rynkowej koniunkturze. Strasząc, że przez nadmierną roszczeniowość i walkę o wyższe płace będzie jeszcze gorzej (bo napędzona zostanie spirala cenowo-płacowa) odbiera się człowiekowi prawo do podmiotowości. To zła droga. Nie warto nią iść.

Inflacja bazowa

Opisana powyżej dynamika dotyczy - co do zasady - przede wszystkim tzw. Inflacji bazowej. To znaczy tej części wzrostu cen, która nie jest aż tak mocno powiązana z cenami paliw czy żywności. Oczywiście ułudą jest twierdzenie, że czynniki takie jak covid albo wojna nie mają na nią wpływu. Bo mają. W przybliżeniu jednak uważa się, że inflacja bazowa jest tym wzrostem cen, który wychodzi bezpośrednio z gospodarki. To znaczy z panującej u nas w kraju koniunktury i dynamiki bogacenia się społeczeństwa.  

Nasz problem polega na tym, że do inflacji bazowej dochodzi jeszcze sytuacja zewnętrzna. A więc wojna na wschodzie, która stanowić będzie w najbliższych miesiącach jeden wielki generatorem wzrostu cen kluczowych dla życia surowców i towarów. Od nawozów potrzebnych do produkcji żywności. Przez metale i minerały potrzebne do produkcji - na przykład - materiałów budowlanych. Po - co chyba dla każdego oczywiste - ropę i gaz. 

Ceny będą rosnąć

Na to nakłada się fakt, że od połowy ubiegłego roku mieliśmy innego typu globalny szok podażowy. Związany z odżywaniem światowego handlu po okresie ponadrocznej hibernacji z powodu pandemii covid-19. Gdyby nie rosyjska agresja na Ukrainę tamten szok by się właśnie teraz (w drugim kwartale 2022 roku) kończył. Ale wojna jest i inflacja się nie kończy. Przeciwnie. Wzrost cen swojego szczytu jeszcze nie osiągnął. Wedle większości prognoz potrwa do drugiej połowy roku. A może i do 2023 roku.    

Problem polega na tym, że jednego od drugiego oderwać nie sposób. Inflacja zawsze będzie trochę dobra i trochę zła. Trochę będzie ceną za wzrost płac i zmianę neoliberalnej logiki polskiego kapitalizmu, do której w ostatnich latach niewątpliwie doszło. A trochę stanowić będzie niechciany wpływ europejskiego uzależnienia od rosyjskich surowców energetycznych czy żywnościowych. A wcześniej od faktu, że w portach Bliskiego Wschodu czy Azji stworzyły się ogromne kolejki załadowanych surowcami tankowców i kontenerowców, które każdy chciał mieć jak najszybciej u siebie.  

Płace nie będą nadążać za inflacją?

Bardzo nawet możliwe, że - z powodu kumulacji wspomnianych czynników - przyjdzie nam się w najbliższych miesiącach zmierzyć z sytuacją, w której płace - po raz pierwszy od pandemii - nie nadążają za inflacją. Wielu ekonomistów jeszcze przed wybuchem wojny Rosji z Ukrainą pisało, że podwyższona inflacja nie jest zjawiskiem przejściowym. I że będziemy musieli nauczyć się życia w tej nowej rzeczywistości. 

Kluczowym wyzwaniem na ten czas będzie właśnie to by, nie ulegać zbiorowej histerii. Człowiek w histerii przestaje bowiem działać w sposób rozsądny. I może sobie zrobić krzywdę. A co dopiero, gdy histeryzuje całe społeczeństwo. Oby do tego nie doszło. 


Czytaj dalej:

Lubię to! Skomentuj112 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka