Brać czy nie brać pieniądz z Unii? Czyli rozważni kontra romantyczni

KE zaakceptowała polski KPO. Fot. Pixabay
KE zaakceptowała polski KPO. Fot. Pixabay
„Mieczów ci u nas dostatek. Ale i te przyjmiemy jako wróżbę naszego zwycięstwa” - odpowiedział Jagiełło posłom krzyżackim przed bitwą grunwaldzką. Podobnie należałoby dziś w zasadzie odpowiedzieć na pytanie: czy powinniśmy brać od Unii pieniądze na rozwój strategicznych inwestycji w ramach tzw. Krajowego Planu Odbudowy.

Funkcjonując w takim kontekście dylemat „brać czy nie brać pieniędzy z Unii” nie będzie się już więc rozgrywał pomiędzy tradycyjnymi biegunami „eurosceptyków” i „euroentuzjastów”. Idą nowe czasy. Co ja mówię? One już tu są! W tej nowej konfiguracji spór rozgrywa się pomiędzy dwoma obozami. Pomiędzy rozważnymi a romantycznymi. Przy czym obie strony mają w ręku wiele dobrych argumentów.

Rozważni (i tych wciąż jest chyba więcej) powiedzą, że… trzeba brać. Do grupy tej zaliczyć należy dziś większość Zjednoczonej Prawicy z Kaczyńskim i Morawieckim na czele. Argumenty tej grupy trafnie wyłożył niedawno wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński. Wśród nich padają następujące:

Po pierwsze: to fakt, że pieniądze z KPO będą „znaczone”. To znaczy Unia Europejska dokładnie mówi, że powinny pójść na bardzo konkretne dziedziny takie jak „cyfryzację, czyste powietrze, energia odnawialna czy ekologiczny transport”. Ale przecież cele te nie są sprzeczne z polską racją stanu. A Polska (i ten rząd) i tak we wszystkie te dziedziny by inwestował. I nawet jeśli ktoś uważa (nie bez racji), że zbyt szybki „kurs na ekologię” niekoniecznie nam się opłaca, to przecież trudno zaprzeczyć, że w obliczu wojny na wschodzie i tak czeka nas odchodzenie od drogiej ropy i ucieczka od uzależniającego gazu z Rosji. Inwestycje w OZE są więc koniecznością. A skoro tak, to czemu nie przyjąć na ten cel pieniędzy z Europy.

Po drugie: siła polityczna jest pochodną siły ekonomicznej. W ostatnich latach (a zwłaszcza miesiącach) wśród wielu Polaków narastała gorycz z powodu podwójnych standardów stosowanych w Unii wobec Polski i innych państw z dłuższym stażem i większą siłą przebicia. Tak jak w słynnym już temacie sądownictwa, gdzie dość podobne mechanizmu u nas są ganione jako „upolitycznienie trzeciej władzy”, w Niemczech uchodzą zaś za zupełnie normalny element porządku demokratycznego. Spora część rządzącej Polską Zjednoczonej Prawicy wyciągnęło z tego wniosek, że jeśli chce się być traktowany po partnersku to trzeba urosnąć w siłę, z którą będą się musieli liczyć. Zaś aby to nastąpiło – trzeba rozwijać państwo, budować jego dobrobyt i zwiększać zasoby obywateli. Inwestycje są drogą do takiego rozwoju, a więc i do równego traktowania Polski w Europie. 

Inwestycje są konieczne 

Po trzecie: Mamy czas wielkich wyzwań i szans. Od transformacji energetycznej po udział w odbudowie Ukrainy. Inwestycje są więc konieczne i byłoby ciężkim grzechem to wyzwanie zaniedbać. Wspomagając się pieniędzmi z UE te konieczne inwestycje będzie łatwiej udźwignąć. Do kraju napłynie sporo dewiz, które będzie można w momencie próby wykorzystać do obrony złotego przed nadmiernym osłabieniem. Zadłużenie będzie mogło być niższe a finanse publiczne bardziej zrównoważone. Bo niby w Unii mówi się o trwałym poluzowaniu nieżyciowych reguł antyzadłużeniowych. Ale kto ich tam wie..

I po czwarte: wejście w projekt ogólnoeuropejskiej odbudowy popandemicznej to uspokajanie tych wszystkich, którzy boją się, że Polska chce się w Europie izolować. I iść sama „z motyką na słońce”. Wzięcie pieniędzy na KPO to także odsunięcie zarzutu, że władza z niejasnych przyczyn zmarnowała dziejową szansę. Tak jak komuniści po wojnie nie przyjmując oferowanego nam planu Marshalla. Nie znaczy to, że w relacjach z Unią będzie teraz „ogólna buźka”. Ale raczej, że wygaszone zostaną konflikty niekonieczne. To znaczy takie, na których Polska realnie niczego nie zyskuje. Także po to, by było miejsce na konflikty konieczne. Które - nie ma się co oszukiwać - są i będą.

W kontrze do takiego rozumowania rysuje się grupa romantycznych. Skupiona dziś w Solidarnej Polsce oraz okolicach opozycyjnej Konfederacji. Ich szeregi mogą się jednak poszerzyć w zależności od rozwoju wypadków. A zwłaszcza tego, jak europejski establiszment będzie reagował na polskie postulaty równego i partnerskiego traktowania w ramach wspólnoty. 

Jak Ziobro i Konfederacja spoglądają na UE

Oni wskazują, że przyjmowanie unijnych pieniędzy (a zgłasza związanych z tym „kamieni milowych”) grozi stałym potwierdzaniem mechanizmu wasalizacji. A więc zamknięciem POlski w tej samej pułapce „średniości”, w której się przez lata znajdowaliśmy. Ziobryści czy Konfederaci patrzą bowiem na relacje wewnątrz Unii zupełnie jak Marksiści na gospodarkę. To znaczy jak na teatr niekończącej się walki o interesy, gdzie opowieść o obustronnych korzyściach jest mydleniem oczu i wyrazem dominacji silniejszych nad słabszymi. Ich zdaniem unijne plany inwestycyjne są pisane tak, by spowalniać takie kraje jak Polska. A nie po to by je rozwijać. Na przykład w dziedzinie energetyki, gdzie mamy się wyrzec tanich źródeł energii i przejść na drogie (i zazwyczaj importowane z zachodu) zielone technologie.

Innym ważnym argumentem tego obozu jest strach, że w godzeniu się na unijne wymagania zawsze jest i będzie pułapka. A Polska znajdzie się w sytuacji z przysłowia, gdzie „cnotę się traci a rubelka nie zarabia”. Komisja Europejska zawsze będzie przecież mogła wyciągnąć z szafy pałkę „praworządności” albo „wolnych mediów” czy „deptania praw mniejszości”. I przy ich pomocy wywierać na Polskę wpływ wedle schematu kija i marchewki.

Nie lekceważyłbym tych głosów. Bo nawet - na co wszystko wskazuje - większość w obozie władzy i w polskim społeczeństwie mają dziś zwolennicy pierwszej drogi, to przecież ci drudzy też mają sporo racji.

Warto brać od nich przekonanie, że pieniądze z Unii to nie jest dla Polski żadne być albo nie być. A w razie czego - gdyby cena za uczestnictwo w KPO stawała się zbyt wysoka - Polska musi być gotowa finansować inwestycje sama. Co będzie trudniejsze. Ale nie niewykonalne! Pisałem o tym choćby tu .

Tak czy inaczej spór o polskie bycie w Unii rozgrywał się będzie pomiędzy dwoma zarysowanymi tu obozami. Między rozważnymi i romantycznymi. Mądre dobieranie i ważenie argumentów obu stron będzie zaś zadaniem dla politycznego i medialnego establishmentu. 

Rafał Woś


Lubię to! Skomentuj108 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka