42 obserwujących
224 notki
301k odsłon
  510   0

W strugach deszczu - z pokorą

Aleksander Chłopek
Aleksander Chłopek

Tak, miejsce trzecie, choć jednocześnie ostatnie - bo ta ryzykowna konkurencja nie cieszy się popularnością wśród staruszków. Bywały zawody, mitingi i mistrzostwa, na których w kategoriach powyżej 70 + startował jedynie Edward Korolko. To mistrz i wzór dla każdego tyczkarza - również w Lublinie  pan Edward, choć parę miesięcy przed osiemdziesiątką, z lekkością "połykał" ponad dwumetrowe wysokości. Chętnych do skakania o tyczce prawie nie ma, gdy tymczasem w innych dyscyplinach (w kuli, dysku, oszczepie) konkuruje ze sobą nawet ponad 30. zawodników - piszę wciąż o tych, którzy ukończyli 70. lat.  Skok  wzwyż, również technicznie trudny, ma także w tym przedziale wiekowym niewielu amatorów, ale jednak niemal trzykrotnie więcej niż u tyczkarzy. Tam mistrzem w kategorii 75+ jest Czesław Okoński i dzielnie z nim konkurujący Fryderyk Bryniak oraz Jerzy Tokarski. W mojej  kategorii 70+  mogłem podziwiać niezwykłą lekkość skoków Marka Mielcarka, atakującego (jeszcze tym razem bez powodzenia), rekord Polski na wysokości 145 cm. Sam pokonałem zaledwie 113 cm - prawie dwuletni brak treningu nie mógł skończyć się inaczej. Wiem jednak, że powrót do regularnych ćwiczeń pozwoli mi zbliżyć się do wysokości 130 cm, ale tylko zbliżyć, niekoniecznie przeskoczyć. Nie widzę tego optymistycznie zwłaszcza w sytuacji, gdy od paru miesięcy lekkoatletyczny stadion we Wrocławiu jest dla mieszkańców niedostępny. 

Nie wstydzę się wyznać, że byłem w tamtą niedzielę najbardziej chyba szczęśliwym uczestnikiem Mistrzostw, a i do dziś nie opuszcza mnie satysfakcja - najsilniejsza przecież motywacja do dalszych ćwiczeń i wyrzeczeń. Szkoda tylko, że nie było możliwości sfilmować moich skoków, ponieważ deszcz wszystkich zapędził pod liczne na stadionie zadaszenia. Nawet kamera telewizyjna gdzieś w tym czasie przepadła. Dla trenującego samotnie, bez trenera, taki filmowy materiał byłby bezcenny.

Na każdych zawodach, mitingach i mistrzostwach mastersów (weteranów) imponuje i wzrusza serdeczna atmosfera rywalizacji i wzajemnej życzliwości. Jest tak, jak o tym pisze autor esejów "Żuawi nicości": "Prostota i naturalność, potrzeba rygoru tworzą osobną rodzinę duchową, która żyje sportem. Każdy, kto trenował, zna ten spokój, charakterystyczne skupienie na twarzach mądrych sportowców." 

Tak już jest, że zawsze w każdą podróż zabieram kilka świeżych pozycji wydawniczych. Tym razem w  bagażniku - oprócz tyczki - znalazła się też  ostatnia nowość: "Żuawi nicości", eseje młodego Tyszki-Dobrowolskiego. Dni, które spędziłem w tym pięknym i historycznym mieście wypełniły mi się ponad miarę trojaką aktywnością: wielogodzinne spacery po Starówce, zajęcia sportowe i intelektualna przygoda z niezwykłą lekturą. Jakbym w wehikule czasu przeniósł się w sam środek życia, rozkwitu i zmierzchu naszej łacińskiej cywilizacji. Bo "Żuawi nicości" to podróż do źródeł tej cywilizacji, to pytania o wartość tradycji i stan naszej współczesności. Częścią tej tradycji  i współczesności jest pamiętający  średniowiecze Lublin, istotną również jej treścią jest kultura fizyczna. Jakże inaczej, głębiej i autentyczniej docierały do mnie czytane przy mrożonej kawie, na Placu Unii Lubelskiej, refleksje: "Sport uczy z męstwem mierzyć się ze światem, siłować się z nim i szanować rozstrzygnięcia. Zwycięstwo należy do tego, kto rzuci najdalej dyskiem, najszybciej dobiegnie do mety (...). Sport to świat, w którym nie ma niekończących się demokratycznych dyskusji. To moralność polegająca na poznawaniu własnych granic, badaniu swojej wytrzymałości; ćwicząc, dowiaduję się, co mogę, a czego nie. " (s.89) A nieco wcześniej: "Sport to medytacja nad wojną, to wprowadzenie do życia heroicznego. Hierarchia jest tu naturalna, wyższość jest czysta. Nie ma tu miejsca na fałszywą siłę, na oszustwo, na pretensje bez pokrycia. Nikt nie udaje, bo wszyscy wiedzą, kim są, miara jest jedna i obiektywna." (s.88)

"Dla młodych ludzi, którzy nie poznali wojny, którzy o wzniosłości wiedzą może z lektur, z niejasnych przeczuć, sport pozostaje ostoją." (s. 91) Dla młodych na pewno, ale dla nas, weteranów, dumnie nazwanych ostatnio mastersami, sport w sposób szczególny stanowi ostoję, oazę (a może już rezerwat?) traconej z roku na rok dawnej rzeczywistości, choć przecież nie tak znów odległej. Tej rzeczywistości, w której "wszyscy wiedzą, kim są, miara jest jedna i obiektywna". Są dwie płcie: mężczyźni i kobiety; są zawsze te same kategorie: juniorzy, seniorzy i weterani (mastersi). Prawda rodzi piękno, piękno w sposób naturalny odsłania dobro - "wszystkie te wartości powinniśmy przenieść w sferę ducha. (...) bo sport, który rozwija tylko jedną część ciała kosztem reszty, to zły sport, sport deformujący." (s.220)

W zbiorze tekstów o sporcie "Les Olympiques" de Montherlant "porównuje wybiegającą na murawę drużynę do oddziału, który zdobywa kawałek ziemi: jest obrona, jest atak, strzały na bramkę. Sport i wojna pozostają ze sobą w ścisłym związku. Juliusz Flawiusz, historyk z czasów Cesarstwa, twierdził, że pokój był dla Rzymian medytacją. "Meditari" znaczy ćwiczyć. Sport to medytacja nad wojną, to wprowadzenie do życia heroicznego. Sport to nadal, napisze de Montherlant, "wojna, z której usunięto okropieństwa, zostawiając to, co dobre i surowe."(s. 88)

Więcej sportu - mniej wojny, chciałoby się wierzyć. Coś w tym wydaje się być na rzeczy. Gdzieś w pobliżu pojawia się greckie słowo katharsis. Ale to temat dla historyków, psychologów... Tutaj tylko nadmieniam, bo nigdy nie dość refleksji.

Lubię to! Skomentuj13 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport