Blog
Wyłowione z Myśli
arturborat
arturborat Przez moją wieś przepływa rzeka Myśla. Będę pisywał o tym, co z niej wyłowiłem.
0 obserwujących 9 notek 8687 odsłon
arturborat, 25 czerwca 2011 r.

Wedle reguły kreacji

 

"Wedle reguły kreacji" to współczesna powieść rozgrywająca się w latach 1945-1989 osnuta na motywie poszukiwania świętego Graala, którym dla bohatera staje się teoria naukowa wyjaśniająca, jak "działa" Wszechświat.

Stanisław Szmit,  rodowodem z "mierzwy ludzkiej",  jak Neo z Matrixa, czuje, że coś w otaczającej go rzeczywistości jest nieprawdziwe. Zanim dana mu będzie szansa zerknięcie na drugą stronę lustra i zrozumienia fragmentu inskrypcji templariuszy, którą znajduje jako dziecko, otaczająca go rzeczywistość wystawi go na szereg prób.  Zwykła nieznajomość życia, błędne kroki, romanse i miłości,  polityczne i religijne uwarunkowania, przypadkowe posunięcia wikłają go w codzienność, z której ciężko się wyrwać

Jego matka umiera przy porodzie, ojciec rozpływa się jeszcze przed faktem w przygasającej zawierusze II wojny światowej.  Dzieciak otrzymuje wybrane na chybił trafił nazwisko i imię i wychowuje się w przybranej rodzinie na Ziemiach Odzyskanych. Tam, pod wpływem przyrody, doznań, doświadczeń, obserwacji kształtuje się jego charakter. Nie jest przeciętnym osobnikiem, ma dociekliwy, analityczny umysł, zdolności techniczne i matematyczne.

Zaczyna robić małą karierę w wojsku. Ale o studiach już nie ma mowy, dowódcy mu nie pozwalają. A właśnie dochodzi do filozoficznych uogólnień i tworzy własną teorię, którą chciałby podeprzeć wiedzą, jaką  zdobywa się na wyższym szczeblu edukacji.

Zwolniony z wojska na "wariackich papierach" wciąga się w życie cywilne,ociera o nielegalne struktury opozycji, zostaje skazany za szpiegostwa i zdradę tajemnicy wojskowej, trafia do więzienia. Tam, jako samouk, korzystając z więziennej biblioteki, pogłębia stworzoną przez siebie teorię, formułując tytułowe prawo - regułę kreacji.  Zła wola więziennego psychologa sprawia, że trafia do szpitala psychiatrycznego. Stanisławowi udaje się  uciec i skontaktować z profesorem uniwersytetu. 

Atmosfera wokół niego powoli się zagęszcza, choć w kraju zaczyna się odwilż - Magdalenka, nastroje przedwyborcze przed pamiętnym czerwcem 1989 r. Chcąc za wszelką cenę uniknąć ponownego zamknięcia w więzieniu lub szpitalu,  wydostaje się dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności za granicę. Przybywa do Włoch i tam, w ostatniej scenie, podczas erupcji wulkanu Etna, szuka empirycznego potwierdzenia swoich dociekań.

 

 

 

 

I oto niedawno w zakamarkach Salonu24 natknąłem się na dwa blogi  prowadzone przez Stanisława Hellera. Kto ich nie zna, linki znajdzie w moich polecanych (Stanisław Heller  oraz Między Bogiem a prawdą).

Odkrycie działalności Stanisława na Salonie wywołało we mnie szereg wspomnień, w większości sympatycznych Miałem okazję poznać go bliżej jakieś półtorej dekady temu. Znajomość trwała kilka lat, od długiego czasu straciłem z nim jednak kontakt. Na moje odezwanie na jego blogu nie zareagował, więc się nie narzucam.


Stanisław jest z pewnością osobą nietuzinkową, nie poddającą się łatwej klasyfikacji. Wartości merytorycznej jego blogów nie jestem w stanie oceniać, co do jego stylu zawsze miałem pewne zastrzeżenia, ale jako osobowość jest fascynujący, a jego życiorys pod wieloma względami mógłby stanowić kanwę niejednego filmu. Moja znajomość ze Stanisławem zaowocowała swego czasu "Wedle reguły kreacji", którą napisałem zainspirowany jego losami. Bohaterowi nadałem nawet jego imię, ale jest to powieść całkowicie fikcyjna, w żaden sposób nie biografia salonowego blogera. Powieść tą napisałem dla siebie, nigdy jej nikomu nie pokazywałem, ani też nie starałem się nią zainteresować wydawców. Pokazałem ją tylko Stanisławowi. Nie podobała mu się.



Niżej publikuję fragment mojej powieści (liczę na konstruktywną krytykę).  To sam początek, darmowa próbka będzie na pewno dużo dłuższa, ale to już ustalę później, gdy, mam nadzieję, będę mądrzejszy, dzięki użytkownikom Salonu. Być może wydam tę książkę w postaci e-booka.

 

 

Wedle reguły kreacji

Rozdział pierwszy

1

 

 

         Ludzi we Fraudencji nie ciekawiło, co dzieje się poza ich doliną. Gdy nocą za wzgórzami widać było łuny, wychodzili przed domy i zgadywali, czy to płoną lasy, łąki, wioski w innych dolinach, czy wybuchła jakaś wojna, koniec świata się zaczął, a potem kładli się do łóżek i zaciągali kotary, żeby blask nie przeszkadzał im we śnie. Wszystko poza horyzontem było dla nich bezpańskie. Zaczynała się ta bezpańskość już na stokach. Rosły tam przy polnych dróżkach jabłonie, śliwy, grusze, czereśnie i leszczyna; mógł z nich zrywać, kto chciał, nie wiadomo, dla kogo rosły. Tak kończyło się to, co ogrodzone, zwyczajne, bez zgadywania.
      Osobliwością Fraudencji był kościół, wzniesiony nie w sercu miejscowości, lecz na jej osierdziu. Jakiś przejezdny naukowiec tłumaczył, że to relikt zamku templariuszy, założycieli Fraudencji, którzy stronili od ludzi i żyli na uboczu.
      Najbliżej kościoła mieszkała Głupia Irmina. Pod jej płotem oszczeniła się kiedyś suka młynarza Rahnera. Stało się to w nocy z soboty na niedzielę, tak że rano idący na mszę mogli sobie przystanąć i litować się:
      – Biedne psiaki... Rahner skąpy, nie będzie chciał ich żywić, pewnie wszystkie potopi.
      – Potopi, co roku topi.
            – Potopi pod młynem, pod kołem. Tam woda najgłębsza.
      Rahner zapakował pięć szczeniąt do worka i zaniósł go na brzeg rzeki. Cisnął miot w odmęty i przyglądał się bąbelkom na powierzchni. Ku jego niezadowoleniu worek musiał się w jakiś sposób rozwiązać, bo jedno ze szczeniąt wypłynęło żywe. Uznał to jednak za znak boży, zabrał psa ze sobą i nadał mu imię Glück –  Szczęście.
      Dwa lata później wybrał się do pobliskiego miasta załatwić kilka spraw. Glück, wyrosły na olbrzymiego wilczura, zamiast iść przy nodze, ciągnął smycz w swoją stronę, aż znaleźli się obok kolektury loterii państwowej. Rahner, choć nigdy nie wydał ani feniga na żadnej loterii, tym razem kupił jeden los. Nie mógł uwierzyć, gdy okazało się, że wygrał milion marek.
      – To nagroda za ciężką pracę i oszczędne życie  – tłumaczył sobie. W ciągu tygodnia sprzedał żarna i wyjechał w południowe strony.  Glücka zostawił we Fraudencji u karczmarza Pohla. Nie dopuścił nawet myśli, że wygraną na loterii zawdzięcza zwierzęciu. Pohl natomiast, uwielbiający niezwykłe historie, jakich wiele nasłuchał się od pijących w jego szynku mężczyzn, wierzył, że  Glück obdarzony jest nadprzyrodzonymi właściwościami. I rzeczywiście, na Wielkanoc 1943 roku, gdy zamykał karczmę, pies przytaszczył w pysku diamentową bransoletę, a potem zaprowadził go do ruin starego zamku i wskazał wygrzebaną między chaszczami dziurę – wejście do lochów. Pohl znalazł tam kufer pełen złotych monet i klejnotów. O mało nie oszalał pojąwszy, że posiadł skarb templariuszy, o którym nieraz rozprawiali piwosze w jego karczmie.
      – Sprawdziło się jego imię – powiedział tajemniczo staremu Ernstowi, ofiarowując mu psa i prosząc, żeby o niego dbał. Jeszcze tej samej nocy, nie zaprzątając sobie nawet głowy sprzedażą karczmy, jakby sparszywiało mu dotychczasowe życie, wyjechał z Fraudencji nie wiadomo dokąd..
      Ernst z  Glückiem na rzemieniu nadzorował jeńców rosyjskich, którzy pracowali na folwarku i wierzył, że wojnę uda się Niemcom wygrać, młodzi wrócą, sami popilnują porządku, a on będzie spokojnie żył na emeryturze. Ale na początku 1945 roku wszyscy we Fraudencji zaczęli się pakować i uciekać za Odrę. Stary Ernst rad nierad musiał postąpić jak pozostali.
      Jedyną osobą, która odmówiła wyjazdu, była Głupia Irmina. Miała dwadzieścia trzy lata, długie jasne włosy, twarz zmartwychwstanic z gotyckich malowideł w kościele i talię jak przewężenie klepsydry. Nie godziła się z myślą, że      jakakolwiek wojna może zmusić ją do opuszczenia Fraudencji, gdzie znała każdą pestkę, gdzie polne dróżki prowadziły na ścierniska, skąd krzyczała do chmur. Tylko we Fraudencji czuła się zdrowa. Nawet kilka kilometrów od domu mieszało się jej w głowie, mdlała. Z tego właśnie powodu nazywano ją Głupią.
      Przyglądała się, jak sąsiedzi pakują dobytek na wozy. Pomagała taszczyć tobołki, układać srebrne serwisy na pierzynach, żeby nie tarabaniły w drodze i obiecywała opiekować się domostwami, dopóki ich właściciele nie wrócą. Wszyscy wierzyli, że wrócą.
      Pod koniec lutego została sama. Towarzyszył jej tylko wilczur  Glück, którego podarował jej dla obrony stary Ernst. Chodził z nią na spacery po zaśnieżonych sadach, baraszkował w zaspach, co chwilę, szczekając, aportował do jej nóg.
      – Dlaczego wtedy nie skamlałeś, piesku, dlaczego?  – pytała go. Zakochała się w jednym z rosyjskich jeńców i kiedy wymykał się do niej przeskakując zasieki,  Glück, którego stary Ernst puszczał na noc samopas, nigdy ich nie zdradził. Baraki ewakuowano, a Irmina zorientowała się, że jest w ciąży.
      Podczas bezsennych nocy leżała rozebrana w łóżku i biła się zaciśniętymi pięściami po brzuchu.  Glück traktował to jako zachętę do figlów, wskakiwał na  pościel, walił ogonem o materac i lizał brzuch Irminy.
      – Piesku, jeśli to dziecko nie umrze samo, utopię je koło młyna –  wyznawała, obejmując jego kark i czochrając go po grzbiecie.
      Kiedy do Fraudencji wkroczyło polskie wojsko, a niedługo po nim ludność cywilna, bojąc się, że niemiecką mową ściągnie na siebie jakieś nieszczęście, starała się jak najmniej wychodzić z domu, a jeśli już musiała, nie ruszała się nigdzie bez      Glücka. Jego wyszczerzone kły najlepiej chroniły przed zaczepkami.
Obok jej domu osiedlił się Polak imieniem Karol, zbiegły z robót w Hesji. Przez kilka lat pobytu wśród Niemców dość dobrze poznał ich szwargot i mógł swobodnie porozumiewać się ze swoją sąsiadką. Zachodził do niej codziennie, pytał, czy nie potrzebuje czegoś i opowiadał o miastach, które zwiedził w swoim życiu:
      – Jest tyle pięknych miast na świecie... Wiele zburzono, na przykład Berlin, ale widziałem jeszcze niezburzony. Tak samo Warszawę. Widziałem Tarnopol, stamtąd pochodzę, teraz pewnie też zburzony... Odzipnę trochę tutaj, w tej osadzie i ruszę dalej, tutaj nie ma dla mnie miejsca... – i nasłuchiwał, czy Irmina zacznie go podpytywać o miasta, bo pragnął zabrać ją ze sobą. Spodobała mu się i zalecał się do niej, jawnie okazując matrymonialne zamiary. Irmina była mu przychylna; zdawała sobie sprawę, że ożenek z Polakiem byłby najlepszym sposobem na uniknięcie przymusowego wysiedlenia, ale nie interesowały jej miasta.
      – Co w nich takiego pięknego?  – pytała.
      – Inne życie... Ludzie żyją tam całkiem inaczej.
      – Niby jak?
      – Inaczej... Kobiety golą się tam pod pachami....
      – Naprawdę?! –  nie dowierzała. – Może pojechałabym z tobą, ale musiałbyś coś zrobić.
      – Co takiego?
      Zwierzyła się, że jest w ciąży i poprosiła o pomoc w znalezieniu lekarza, który mógłby wykonać skrobankę . Karol cieszył się w głębi duszy, że chce to zrobić, aby pierwsze dziecko urodzić właśnie jemu, lecz znaleźć lekarza we Fraudencji nie potrafił.
      – Musimy iść do miasta  – kaptował dalej Irminę. – Tylko tam są lekarze od zabijania dzieci.
      – Naprawdę są?
      – Pełno ich tam. Sam kilku widziałem. Łatwo ich poznać. Noszą ładne garnitury, wszyscy im się kłaniają z daleka i pytają: ”Jak zdrowie, panie doktorze?”
      – Dobrze. Pójdziemy szukać takiego miasta  – postanowiła Irmina.
      Brzuch Irminy już się zaokrąglił. Na wybojach podkasała bluzkę nad pępek, jakby chciała, żeby słońce nie skwarzyło jej twarzy, tylko ten brzuch, żeby pył z drogi nie osiadał nigdzie indziej, tylko na tym brzuchu. W rękach niosła zawiniątko z prowiantem, resztę rzeczy dźwigał Karol. Między nimi  wlókł się ze spuszczonym łbem Glück.
      Za Fraudencją, tak daleko, że zapomnieli, ile zakrętów było po drodze, Irmina upadła nagle i zaczęła tarzać się między koleinami.
      – Nie mogę iść dalej – charczała. – Kręci mi się w głowie. Nie mogę... iść...daleko... – bełkotała  między spazmami atakującymi jej ciało.
      – Może to droga tak cię przyciąga? – zastanawiał się Karol. – Musimy iść polami. – Pomógł jej wstać, zagwizdał na Glücka  i weszli w zagon oziminy. Ale kilkanaście metrów dalej Irmina znów jakby natrafiła na niewidzialną granicę. Karol zrobił kilka kroków do przodu pokazując, że nic tam nie ma, próbował ją nieść, ale gdy zemdlała na jego rękach, cofnął się przerażony.
      – Musimy wracać  – powiedział.  – Odsapniemy w domu i spróbujemy nocą.
      Nocą jednak też im się nie udało.
      – Przecież tu nic nie ma... – rozmyślał Karol.  – Gdyby było,  Glück zawyłby... A może to księżyc tak przyciąga? – przyszło mu do głowy, bo przypomniał sobie, że księżyc przyciąga morza i oceany.  – Musimy poczekać na nów.
      W nowiu Irminę też coś wstrzymało.
      – Może we mgle się uda? – nie dawał za wygraną Karol. Spętali się postronkiem, żeby się nie pogubić we mgle, ale i to było na nic.
      – Spróbujemy wodą – Karol nie chciał się poddać. – W wodzie zawsze jest mniejsze przyciąganie.
      Spróbowali iść wodą, ale Irmina mdlała nawet w wodzie.
      – Nie przejdziemy  – zmarkotniał Karol. – Trzeba nam zostać. Nie ma już jak oszukiwać tego niewidzialnego. Nów, pełnia, rzeka, droga, bezdroża, mgła, nic nie pomogło. Wrócimy, ty zostaniesz, a ja pójdę szukać tego lekarza od zabijania dzieci i przyprowadzę go do ciebie.
      Irmina została w domu z Glückiem, a Karol ruszył sam. Szło mu się inaczej niż zwykle. Kiedyś chodził szybko, nie rozglądając się za bardzo – na rozglądanie mieli czas tylko włóczędzy, widywał takich, dziadów-lirników pod Tarnopolem, jak człapali od sioła do sioła i śpiewali swoje pieśni – ale za Fraudencją oblazł go strach, czy i na niego nie czai się gdzieś takie niewidzialne jak na Irminę i zwolnił. Podnosił spod nóg kamyki i szastał nimi  przed siebie, sprawdzając, czy nie zatrzyma ich w powietrzu niewidzialna granica.                        Poprzypominało mu się trochę z pieśni dziadów–lirników, parę zwrotek, kilka refrenów. Nie ma jednej granicy dla człowieka i kamieni. Rzucał w tarniny przy trakcie. Spłoszone ptaki pierzchały na cztery strony. Nic ich nie zatrzymywało. Nie ma jednej granicy dla człowieka i ptaków.
      Kilkanaście kilometrów za Fraudencją było małe miasteczko. Kiedy Karol tam doszedł, tak był rozeźlony na swoją włóczęgę, że zaczął rzucać kamieniami w domy przy wjazdowej ulicy. Opamiętał się widząc, że zza szyb spozierają na niego ludzie. Powiedzieli, że w miasteczku jest lekarz, na dodatek ginekolog i skierowali do niego.
      Lekarz wyglądał podejrzanie, bo nie nosił ładnego garnituru, tylko filcowy kubrak i nazywał się też podejrzanie, Pędziwiatr, ale był bardzo miły i chętnie zgodził się iść natychmiast z Karolem do Fraudencji, chociaż słono sobie za to policzył.
      – Nie ma się co martwić – mówił w drodze, kiedy dla zabicia czasu smyrgali kamieniami, doktorowi bardzo się ta zabawa spodobała. – Będzie fachowo, bez zbędnego bólu i powikłań. Jak to mówią: „Przeminęło z Pędziwiatrem”.
      Na miejscu zdecydował, że na aborcję jest za późno. Irmina była w siódmym miesiącu ciąży, ale można wywołać przedwczesny poród i sztuczne poronienie. Obiecał przyjść następnego dnia o pierwszej po południu i kazał przygotować dużo ciepłej wody, czyste ręczniki i mydło. Wychodząc na ganek pogłaskał Glücka, podniósł spod furtki parę kamyków i poszedł do miasteczka.
      Noc poprzedzającą zabieg Irmina przespała głębokim snem. Obudził ją nad ranem Karol mówiąc, że musi załatwić kilka spraw i wróci późno, kiedy będzie po wszystkim, bez krwi. Wstała pogodna i spokojna.       Przygotowała śniadanie dla siebie i Glücka, a później zakrzątnęła się wokół przygotowań, które zalecił doktor. Do południa uwinęła się ze wszystkim. Nastawiła do gotowania sagan  z wodą i usiadła przy stole w kuchni.
      Po pierwszej zaczęła się niepokoić. Woda wrzała, więc dolała trochę zimnej. Chciała skrócić oczekiwanie na spóźniającego się doktora zabawą z Glückiem, ale zawieruszył się gdzieś.
      Nagle usłyszała krzyk na dworze. Zarzuciła chustkę na głowę i wybiegła przed dom. W tumanie kurzu, kilkadziesiąt metrów dalej, stała grupka gestykulujących mężczyzn. Spostrzegła wśród nich sylwetkę Karola. Podeszła bliżej.
      Jakaś postać unosiła drąg. Rozległ się skowyt. Irmina rozpoznała głos Glücka i uklękła przy nim. Karol wstrzymał mężczyznę przymierzającego się do następnego ciosu. Glück leżał już bezwładnie z roztrzaskaną głową. Karol pochylał się przy kimś dwa metry dalej.
      – Glück chciał zagryźć doktora – powiedział po niemiecku.
      Doktor Pędziwiatr miał straszliwie zmasakrowaną twarz. Z rozdartego policzka zwisały kawałki skóry. Palce obu jego rąk były zupełnie zdruzgotane.
      Irmina osunęła się na ziemię. Chwyciły ja bóle brzucha.
      – Ona jest w ciąży!! Rodzi! Pomóżcie zanieść ją do domu i wezwijcie kogoś! –  przeraził się Karol.
      – U Broniszów jest akuszerka, pobiegnę! – zawołał ktoś.
      Po kilku minutach do Irminy przyszła Broniszka. Nie mogła się nadziwić, że tak szybko zdążono przygotować ciepłą wodę, mydło, prześcieradła i ręczniki.
      Poród okazał się bardzo trudny. Trwał ponad pięć godzin. Syn Irminy ważył zaledwie półtora kilograma, tyle co podrośnięty kocurek. Broniszka nawet nie położyła go przy matce. Irmina umarła od swojego krzyku.

 

copyright by Artur Boratczuk

 

Opublikowano: 25.06.2011 14:49.
Autor: arturborat
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Ostatnie komentarze

  • @bufon Z pewnością pszczoły nie muszę się zamartwiać, że zniknięcie ludzkości będzie...
  • @Jacek Lawrenz Jacku, ja nie kwestionuję, że Einstein miał filozoficzne usposobienie i był w...
  • @Kejow @: "Sp. Stanisław Heller jako żołnierz zawodowy oficer Wojska Polskiego podlegał...

Tematy w dziale