30 obserwujących
31 notek
200k odsłon
  198   0

Milczenie mordercy

Nie będę pisał dziś ani o polityce, ani o politykach, ani tym bardziej o aborcji. Trwającą pandemię także pominę. Dziś zapraszam do kina i do lektury książki także. Obejrzałem ostatnio ponownie film: „Mechaniczna pomarańcza” (A Clockwork Orange), Stanleya Kubricka z 1971 roku. Głowno rolę gra Malcolm McDowell: niebieskie oczy, blond włosy, twarz anioła, duszą diabła. Film postał na podstawie powieści Anthony Burgessa. Kiedyś czytałem powieść, i moim zdaniem, to rzadki przypadek, gdy film, czyli adaptacja powieści, okazuje się lepszy od oryginału, chociaż powieści też nie jest zła, przynajmniej porównując ją do współczesnych masowych produkcji powieściowo-podobnych. Być może sprawiła  to genialna rola Malcolma MacDowella. Prawdę mówiąc nie sposób wyobrazić sobie innego aktora w tej roli, bohatera powieści i filmu Alexa DeLarge.

   Rzecz dzieje się w przyszłości, bo to film science - fiction. W mieście rządzą młodociane gangi, szefem jednego z nich jest bohater i narrator jednocześnie Alex DeLarge. Podczas jednego z napadów, wydany przez „braci”, wpada w ręce policji. Rządząca Anglią, partia, nie wymieniona z nazwy, ale pewnie socjalistyczna, czy nawet komunistyczna (?) planuje opróżnić więzienia z kryminalistów, aby zrobić miejsce dla więźniów politycznych. Partia, rząd chce zmienić zatwardziałych przestępców, morderców i gwałcicieli w „normalnych” ludzi posługując się w tym celu nauką, bo to jest film (powieści) z gatunku fantastyki naukowej. Pada na Aleksa, który staje się przedmiotem „naukowej” terapii, czy eksperymentu. Terapia się udaje i Aleks „wyleczony” ze złych skłonności odzyskuje wolność. Nie będę tu streszczał całego filmu. Powiem tylko, ze najciekawszy i najzabawniejszy jest początek, gdy Aleks morduje i gwałci, i wcale nie zaskakujący koniec. W amerykańskim filmie happy end być musi. W tej historii widać reminiscencje z roku 1984 Orwella okraszone mocną porcją anglosaskiej naiwności, połączonej ze zmysłem handlowym.

    Po co diaboliczna partia rządząca miałaby zmieniać kryminalistów drogą drogiego i ryzykownego eksperymentu naukowego, zakładając, że to jest możliwe, zamiast ich po prostu rozstrzelać? Co jest znacznie prostsze, tańsze i skuteczniejsze. Albo wykorzystać morderców, złodziei i gwałcicieli do mordowania i terroryzowania więźniów politycznych, jak czyniło sowieckie NKWD, na niezliczonych wyspach - obozach archipelagu Gułag. Podobnie władze niemieckie wykorzystały niemieckich kryminalistów, oraz dokooptowanych kryminalistów innych narodowości, którzy w obozach koncentracyjnych zabijali więcej więźniów niż esesmani. Mowa o zabójstwach ręcznych, w masowych mordach esesmani mieli fory, bo to oni wrzucali gaz i oni rozstrzeliwali. Lecz nie wymagajmy zbyt wiele realizmu od autorów powieści, czy filmów science – fiction, doskonale wykształconych absolwentów Oxbridge, czy Princeton, którzy o zbrodniach naprawdę złych ludzi, wiedzą tyle samo, co o upadku cesarstwa rzymskiego. I których celem nie jest zgłębianie prawdy, lecz napisanie bestselleru, czy nakręcenie kolejnego przeboju kasowego.

    Są i inne smaczki. Aleks, młody nieuczący się i niepracujący bandyta, mieszka z rodzicami w zwyczajnym mieszkaniu komunalnym, czyli w bloku, ale w przyszłości. Ściany ze szkła, i plastiku, a jego najcenniejszym przedmiotem Aleksa jest… magnetofon kasetowy, na którym puszcza IX symfonię Ludwika von Beethovena! Film powstał okrągłe pięćdziesiąt lat temu. Magnetofonu kasetowego nie widziałem od dwudziestu lat, jak nie więcej, a młodzi ludzie nie wiedzą dziś, co to jest takiego. Film trąci myszką; każdy film z gatunku science – fiction po latach trąci myszką. Ale „Mechaniczna pomarańcza” w sposób sympatyczny. Za bardzo się nie zestarzała. I ta fenomenalna rola Malcolma McDowella. On ratuje ten film ze wszystkich płycizn i raf scenariusza. Gra Alexa DeLarge, bohatera i narratora filmu i powieści. Takich ludzi określa się zwykle mianem psychopatów, w łagodniejsze wersji – socjopatów. Tylko, tak naprawdę, co to znaczy psychopata? Ten film, (i powieść) opisuje świat z punktu widzenia psychopaty. Czy próbuje to zrobić, bo Anthony Burgess to nie klasa Fiodora Dostojewskiego.

  Tyle powstało powieści, czy filmów, gdzie bohater, bohaterka jest ofiarą psychopatycznego mordercy. Obserwujemy jej, jego walkę o wolność, o życie. I końcowe zwycięstwo dobra, bo happy end być musi. Tu na odwrót, bohaterem, i narratorem, jest psychopata, co z radością i bez najmniejszych skrupułów rabuje, gwałci i morduje. Ofiary są dla niego niczym; przedmiotami, źródłem przyjemności, zabawy i zysku. Ciekawa odmiana, choć niektórych może… to razić. Zamknięty z bestiami większym i silniejszymi od niego, by z gwałciciela nie być tym, którego gwałcą (ładny chłopiec w więzieniu!) Aleks zostaje lizusem, wazeliniarzem i donosicielem władz więziennych. Zawsze myśli tylko o sobie, by jemu było jak najlepiej. Czy to właśnie nie jest istota psychopaty? Psychopata myśli tylko i wyłącznie o sobie; skrajny narcyzm, dba o to, by jemu było dobrze. Inni się nie liczą. Są tylko narzędziami w osiągnieciu przyjemności, celu głównego. Dla niego sumienie, czy skrupuły to pojęcia ze słownika.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale