29 obserwujących
42 notki
204k odsłony
  133   1

Déjà vu

Nadeszła już jesień. Najpiękniejsza pora roku, o ile jest słonecznie i ciepło. Jesień klimatyczna, jesień życia… Wszystkiego trzeba spróbować. Tak mówią. Ale, czy wszystkiego? Doprawdy, nie sądzę, żeby próbowanie… wszystkiego… było dobre, zdrowe, ani korzystne, dla mnie, czy dla innych. Ale coś w tym jest. Trzeba kroczyć swoją drogą. Póki się da. Póki zginają się kolana, póki tchu w piersiach staje.

Ważne są tylko te dni, których nie znamy,

Ważne jest tych kilka chwil, na które czekamy.

Śpiewa Marek Grechuta. Może. Zatem idźmy. Ku chwilom, na które warto czekać. Lecz co, jeśli w stopie tkwi cierń? Wyjąć go i iść dalej? Ba, żeby się tak dało.

 Może by tak… pobiegnąć w maratonie? Czemu w maratonie? Akurat w telewizji leci reportaż z maratonu. Wywiady z uczestnikami. Młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni, chcą wystartować, pobiec, dobiec do mety. Dać z siebie wszystko… Zająć dobre miejsce… Zwycięstwo raczej wykluczone. Na starcie kilku Murzynów: chudzi, żylaści, zrodzeni do biegania, jak łanie Wędrowna trupa czarnych, niedościgłych biegaczy, dzieląca między siebie medale, no i nagrody pieniężne. Po to tu przyjechali. Po pieniądze. Tak jest w każdej dziedzinie. To, co amatorzy robią dla przyjemności, zawodowcy czynią dla pieniędzy. Po co biec, gdy nie ma szansy na zwycięstwo? Ale tym biegaczom - pasjonatom to nie przeszkadza. Biegasz dla siebie, nie dla innych. Każdy, kto dobiegnie do mety, zwycięża… I podobne komunały. Jeszcze to dziwne marzenie, żeby pobić życiówkę! Ale po co? Kogo to obchodzi, że obywatel(ka) X przebiegnie dystans 42 kilometrów w nie w czasie 4 godzin i 32  minut i 2 sekundy, lecz w czasie 4 godzin 25 minut i 36 sekund? No, poza samym obywatelem X? Ale czyż nie żyjemy dla siebie?

 Ciekawe, gdyby kazać tym sportsmenom, dajmy na to, orać…? Nie ciągnikiem, w klimatyzowanej kabinie, ale tradycyjnie. W kunia: stalowym lemieszem pługa odcinać skibę za skibą tłustej ziemi, aż pot zalewa oczy a ręce omdlewają. Wysiłek większy niż przy maratonie, lecz i korzyść większa. Biegacze tylko biegną, pocą się i popierdują z cicha, a po orce będą plony, będą żniwa. Ziemia należy do dziedzica, oracz nic z tego nie ma, Ciężka harówka przy orce, za darmo nie pociąga? To  zniewolenie, to wyzysk, to pańszczyzna? A biegać można, nawet trzeba? Maratończycy nie dość, że biegają za friko, ba jeszcze dopłacają do tego interesu. Odżywki, stroje, transport, czas na treningi, to wszystko kosztuje i to dużo kosztuje.

 Czyżby zatem ciemny, głupi chłop pańszczyźniany, który pod batem musiał harować dla dziedzica ma więcej rozumu niż współczesny, postępowy biegacz, który skończył dobrą uczelnię, biegle włada trzema językami, na wczasy jeździ na Majorkę, czy Kretę, a biega tylko w strojach Nike, i na każdego, którego pepegi do biegania kosztują mniej niż, powiedzmy… tysiąc złotych, patrzy ze szczerą pogardą? Może tu jest pies pogrzebany, że to jest modne, to bieganie? Obowiązkowo w trampkach Nike, w dresach Nike, lub w najgorszym przypadku Adidasa, ze smartfonem na ramieniu i słuchawkami w uszach.

  Hier ist der Hund begraben – piszę po niemiecku, by wykazać, iż nie jestem żadnym dupkiem, i że też władam różnymi językami. Teraz takie modne przezwisko, kalka z angielskiego. Albo mam translator w komputerze. Jak każdy, kto ma komputer.  Dziś trzeba być modnym i znać języki. Źle jest byś, dobrze jest nie być a dupkiem, alias ashole. Kiedyś ludzie bluzgali na siebie, owszem; ale po naszemu, swojsko, wyzywali się od suk…ów, czy sku…nów.  Teraz, proszę, kulturalnie: dupek. To brzmi prawie dystyngowanie, czyli elegancko, wytwornie.  

  Czy postęp nie jest dobry? Nie dość, że ludzie wyzywają się dzisiaj kulturalnie, z angielska, jak jacyś gentelmani, to jeszcze mamusi nikt się nie tyka, nie postponuje jej czci. No bo co tu biedna mamusia zawiniła? Nic, a szkalują biedaczkę za nieswoje winy. Zatem może by tak kupić sobie dresy Nike i jeszcze trampki Nike, a przynajmniej podróbki Nike, i iść sobie pobiegać. Żeby mnie widzieli? Szczerze mówiąc, daleko nie pobiegnę. Mowy nie ma o maratonie, o półmaratonie, ani o jednej ósmej maratonu, czy innym ułamku tego dystansu. Kilometr? Też nie. Sto metrów? Może. Prędzej z pięćdziesiąt. Niewiele, ale od czegoś trzeba zacząć. By dołączyć do grona tych lepszych, nowoczesnych ludzi! Tylko po co? Jak to, po co? Choćby dla zdrowia. Zdrowie to dobra rzecz, każdy chce być zdrowy, a przynajmniej nie chce być chory. Ale ci, co biegają, co kopią, skaczą, czy pływają niekoniecznie są zdrowsi od tych co chodzą, czy w najlepszym przypadku truchtają. Przedwczesne i nagłe śmierci wyczynowych sportowców dowodzą, że sport i zdrowie dawno wzięły rozbrat. Poza tym, u licha chcę być chory, śmiertelnie chory, kiedy będę umierał a nie zdrowy.

   Ale od biegania schudniesz, nabierz siły, życia, witalności. Zrzucić z kilka kilo…, przydałoby się, nie przeczę. Byle nie było tak jak z tymi wspinaczami, co pętają się po górach. Włazi taki jeden z drugim na górę, a potem się głośno przechwala, że zdobył jakiś tam szczyt, i ani się nie zająknie o drodze powrotnej, że musiał z niego zleźć. Jaki to sens, wchodzić na górę i potem z niej schodzić? Nie lepiej usiąść sobie w knajpie pod szczytem, w ciepełku popijać piwo, albo grzane wino, czy coś mocniejszego, patrzeć przez szyby na padający śnieg i zalodzone skały i myśleć sobie z przyjemnością i wdzięcznością o tych, co tam się wspinają?

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości