29 obserwujących
58 notek
207k odsłon
  193   0

Dym nad Warszawą

Czytam ostatnio starą książkę, nie te masowo produkowane śmieci autorstwa amerykańskich, czy ogólnie angielskojęzycznych autorów. Piszę produkowanych, bo to jest masowa produkcja a nie pisanie, czyli twórczość. Wiem, że to jest śmieszne, głupie i naiwne, ale pisanie kojarzy mi się z tworzeniem czegoś nowego, gdzie środkiem wyrazu jest język, albo słowo. Dziś celem jest dostarczanie masowego produktu dla szerokiej publiki łatwego w przygotowaniu i przyswojeniu, czy książka, czy zupa w plastikowym pojemniku, powieść czy zapiekanka. Księgarnie z ich półkami pełnymi książek to supermarkety ze ścianami z chłodziarkami z pólkami pełnych gotowych posiłków. Tanich, dostępnych na wyciągniecie ręki i łatwych w użyciu: wystarczy podgrzać w mikrofalówce, i gotowe. Zjeść, wydalić, zapomnieć. Najczęściej są to thrillery, z ulubionym bohaterem – seryjnym mordercą i ulubioną bohaterką dziewczyna piękną w kolorze blond, smukłą i niewinną…? No, niewinna to raczej nie, dziś dziewictwo to śmiech i obciach. Przechodzona dziewczyna, to tak, kobieta z przeszłością, jak się kiedyś mawiano, partnerów to miała na pęczki, ale akurat jest samotna i rzecz jasna o dobrych uczuciach, staje do walki z popaprańcem, który też w zasadzie nie jest zły; miał tyko złych rodziców, jakiś tępych, zacofanych katolików, czy innych chrześcijan - baptystów, albo ksiądz pedofil go skrzywdził i zdeprawował. Słowo na zet, jak zboczeniec, jest zakazane, chyba że dotyczy tych jego podłych rodziców, co go skrzywili, albo tego księdza – pedofila. W finałowej walce ta mocno używana dziewica pokonuje szalonego potwora: szatkuje go piłą mechaniczną, wiesza, topi, pali żywym ogniem, i tak dalej, co tylko przyjdzie autorowi(ce) do głowy, czy główce, malutkiej jak łupina orzecha. I takiej samej wyobraźni. Seryjnemu mordercy słusznie należało – zadowoleniem konstatuje czytelnik(czka) – zadowolenie klienta to podstawa handlu – i sięga po kolejną powieść ulubionej autorki(a).

Nic nie przynosi takich zysków jak dostarczanie masowych towarów w przystępnej cenie. Zgodnie z zasadą: masowa produkcja, niskie koszty, mała marża i wielki zysk sumaryczny niezależnie, czy się produkuje, buty, prezerwatywy, lizaki czy powieści. Autorzy(ki) ci rozum może i mają malutki, ale zmysł do interesów wielki. Jedna z takich powieści leży przede mną na biurku. Pominę autora(kę). W krajach anglosaskich imiona niegdyś męskie i żeńskie są wymienne, a sprawdzanie to gra niewarta świeczki. Książkę czyta moja żona, która na szczęście tego śmiecia nie kupiła, ale pożyczyła od koleżanki. Zła strona jest taka, że prędzej czy później to jednorazowe „dzieło” jednak przeczyta. Podsuwam jej inne książki; żona jednak uparcia zamiast Platona, Dostojewskiego, czy Norwida woli czytać powieści pod tytułem „Rzeźbiarz śmierci”. Tak jest tytuł tej powieści – thrillera. Dziwne, prawda? Związki wymagają kompromisów. By zmienić ten śliski temat… tego rodzaju powieści charakteryzują się takimi wstrząsającymi, przyciągającymi uwagę tytułami, jak: „Rzeźbiarz śmierci”, czy „Wrota piekieł”, albo „Brama przeznaczenia”, lub „Kosiarz umysłów”, albo „Czas zabijania” i tym podobne. Bohaterami często są upiory, wampiry, albo supermani(ki), czy inni kosmici. Komiksy bez rysunków. Pisanie, w sensie zapełniania kolejnych setek stronic kolejnych seryjnych powieścideł, jest tańsze niż rysowanie. Do rysowania trzeba mieć jaki taki talent, a pisać każdy może i umie. Gorzej z czytaniem. Czytają nieliczni. Do tego dochodzą powieści tak zwane romantyczne dla pań, i pół, albo całkiem pornograficzne powieścidła dla panów (i pań), jakieś „365 dni”, czy „Dla ciebie wszystko” i tak dalej. Z Anglosasami do boju o kasę dzielnie staja w szranki autorzy(rki) rodzimego chowu. Czy ci, czy tamci, produkt jest ten sam. Tej samej klasy i jakości. Wszystko to jest… pierdolamento – jak mawia wąsaty i chamowaty bohater jednego z popularnych seriali.

Ani kosiarz, ani rzeźbiarz, żadne wota, czy bramy, żaden czas… po porostu papka. Przeżuta papka, gotowy półprodukt do powtórnego przeżucia, jak gotowe danie z supermarketu. Podobnie krowa na pastwisku cierpliwie powtórnie przeżuwa wcześniej zerwaną, przeżutą i wstępnie strawioną trawę. Ale krowa ma dwa żołądki. Wracam do mojej książki. Seweryna Szmaglewski – „Dymy nad Birkenau”, wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2020. Wspomnienia młodej kobiety, dziewczyny, która latem 1942 roku aresztowana przez Niemców została wysłana do obozu koncentracyjnego KL Auschwitz – Birkenau i trafia do obozu kobiecego w Brzezince (Birkenau). W dzieciństwie czytałem tę książkę. Kiedyś, dawno temu, była szkolna lektura. Ale już nie jest, nie pasuje do naszych postępowych, lepszych czasów i nowych, lepszych ludzi.

Nie mam już czasu na czytanie głupot, czytam więc tylko te książki, które znam. Do tego wydania dołączono kopie listów pisanych przez autorkę do mamy, do bliskich. Więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych, poza Żydami, mieli prawo raz w miesiącu wysłać jeden list na urzędowym druku, po niemiecku. Listy były ściśle cenzurowane przez władze obozu i sprowadzały się w gruncie rzeczy do zdania: jestem zdrów i jest mi tu dobrze. A przecież były bezcenne. Dowodziły że nadawca jeszcze żyje i były jakąś formą kontaktu z najbliższymi. Nawet w tej ściśle kontrowanej i ograniczonej formie Seweryna Szmaglewska potrafiła przemycić treści niezwykle osobiste. Oto fragment jej pierwszego listu z obozu (24.10.1942) „Najukochańsza Mamo, Tato i Basiu, Jestem tutaj od wieczora 9 października. To jest mój pierwszy list. Dziś jest mój wielki świąteczny dzień… Mamusiu, jestem zdrowa i zadowolona, że wreszcie mogę wreszcie pracować na świeżym powietrzu… Moje serce jest zawsze z Wami. Całuję Wasze ręce – córka Maria Szmaglewska”. Inny list z końca 1942. „Mamo, Tato i Basiu. Całym sercem będę z Wami w te święta Bożego Narodzenia. Bardzo proszę, bądźcie dobrej myśli.… O mnie się nie martwcie. Ciągłe pracuję i to jest bardzo dobre. .… Mamusiu, od niedawana można otrzymywać paczki żywnościowe… Nie jestem głodna, ale rozumiesz Mamo, jak wielka radością byłaby dla mnie paczka z domu. Moi Kochani, bardzo za Wami tęsknię. Bądźcie zdrowi! Piszcie do mnie często, Mateńko! Wasza córka Maria”.

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale