29 obserwujących
58 notek
207k odsłon
  72   0

Za dusze

Dziś Święto Zmarłych. Puryści twierdzą, że powinno się mówić o święcie Wszystkich Świętych. Wszyscy świeci zmarli, ale nie wszyscy zmarli są, czy byli, święci. Zatem 1 listopada to dzień Wszystkich Świętych, gdy czcimy pamięć świętych, ludzi wyróżniających się przymiotami duszy, i niezwykłymi czynami na rzecz Boga i dla dobra innych ludzi. Są przecież ludzie, których nie warto czcić, choćby jakże liczni zbrodniarze w skali makro i ci – znacznie liczniejsi – w skali mikro. Nawet w naszych rodzinach bez problemu znajdziemy zmarłych nie wartych czci, czy wspominania, ani specjalnego żalu, że odeszli. Dzień pierwszy listopada to Święto Zmarłych Świętych. Osób wybitnych i dobrych, czyli świętych. Dzień drugi listopada to dzień wszystkich zmarłych, tych zwyczajnych ludzi, mniej lub bardziej grzesznych. Powinniśmy zatem czcić bardziej dzień drugiego listopada, Dzień Zaduszny, niż dzień Wszystkich Świętych. Ale jest jak jest. Być może również w tym wyraża się nasze marzenie, aby być lepszym, by choć nie jesteśmy świętymi to chociaż uczcić tych lepszych… By się do nich zbliżyć? Może.

 Kolejne Święto Zmarłych. Pamiętam pierwszy pogrzeb, w jakim uczestniczyłem. Ponad czterdzieści lat temu, w latach siedemdziesiątych, za czasów głębokiej komuny. Wujek umarł na serce. Pogrzeb, był chyba listopad, późna jesień, albo wczesna wiosna. Na alejkach cmentarza, na betonowych pomnikach leżał śnieg, a pod śniegiem lód. Żałobnicy w ciężkich jesionkach, albo futrach, jak kto miał, woń kadzidła, trup w odkrytej trumnie, wieńce, ksiądz, msza, płonące świece, śpiewy… Wszystko to było takie… dziwne. Po tylu latach nie powinienem tego pamiętać. Jeśli coś mi zostało, to przez to zadziwienie. Dziś prawie wszyscy uczestnicy tego pogrzebu też odeszli. Mój ojciec był w pewien sposób zadowolony z tego pogrzebu. Nie znaczy to, że nie lubił zmarłego, cieszył się z jego śmierci, czy źle mu życzył. Nic z tych rzeczy. Zadowolenie płynęło z tego, że wreszcie będzie grób na cmentarzu, grób kogoś bliskiego, który będzie można odwiedzać. Szczególnie podczas Świata Zmarłych. Groby bliskich oswajały z nowym, obcym, zimnym miastem, w którym przyszło mu żyć. Groby przodków wiążą z ziemią, w przenośni i dosłownie.

 Od tego pogrzebu, co roku w Świat Zmarłych szliśmy na grób. To był rytuał. Nie było żadnych wyjątków, nie było tak złej pogody, która by to uniemożliwiła. Najpierw zakup, a właściwie polowanie na znicze. Potem jazda w tramwaju, upchani jak sardynki w puszce. Złe, kłujące spojrzenia i kłótnie, bo każdy dźwiga a to znicze, a to wiązanki, czy chryzantemy, miażdżone w ścisku. Wreszcie cmentarz. Był to niesamowity widok pierwszego listopada w dniu Wszystkich Świętych właśnie za komuny. Olbrzymi cmentarz, tak wielki, że łatwo można w nim zabłądzić. Trzeba się pilnować, uważać na drogę, szczególnie w mroku, w tłumie, bo inaczej będziesz się błąkał godzinami. Prostopadłe aleje, dalej mniejsze alejki, z niemiecka precyzją wytyczone linijką i cyrklem, obsadzanie rzadkimi gatunkami drzew i krzewów, które rozrosłe po latach tworzą jakby wielki park. Szliśmy zwykle po południu, często zastawał nas zmrok na cmentarzu. Czasami jechaliśmy dwa razy na cmentarz: rano i po południu. Umawiane spotkania przy grobach też zabierały czas. W listopadzie dzień jest krótki. Szerokie aleje wytyczone drzewami i krzewami, a na nich płynące zwolna strumienie ludzi. Przy bramach te strumienie łączyły w rzeki się zmierzające do i od bram. Właściwie dwie, równoległe rzeki. Rzeka ludzi do, i z cmentarza płynące. Ludzie w ścisku szli wolno, stopa za stopą. A na ziemi, na nagrobkach płonące znicze, tworzące istne morze świateł. Na głowami, w koronach drzew i krzewów kłęby siwego, duszącego dymu od płonących zniczy, jakby cały cmentarz płonął. Istotnie płonął, ale ten jeden ogień dzielił się na miliony małych ogników. To, co współcześnie obserwuję na tym samym cmentarzu to ledwie marna, słaba kopia. Mam już wiele grobów do odwiedzania, lecz jest… inaczej. Mniej odświętnie. Ani takie tłumy. Ani morze świateł. Choć jeszcze wielu ludzi przychodzi i gdzieniegdzie tworzą się czasami zagęszczenia. Prawda. Ale to nie to, co kiedyś. Inne czasy, inni ludzie. Inni, znaczy tacy sami.

 Czemu ludzie w dzień Wszystkich Świętych i w Dzień Zaduszny idą na groby bliskich, albo tych sławnych, czy tych, co za nas oddali swe życie, by uczcić ich pamięć, by pokazać, że pamiętają, że są wdzięczni? Za dusze. Dusza. Czym jest dusza? Pytanie jedno, odpowiedzi wiele. Platon w dialogu „Fajdros” wkłada w usta Sokratesa słowa: „Wszelka dusza jest nieśmiertelna. Bo co się wiecznie rusza, nie umiera.” (Platon, Fajdors, XXV) Początek tego dialogu to przytoczony przez Fajdrosa wykład sofisty i retora Lizjasza, w który Lizjasz dowodzi, że oblubieniec, młody i ładny chłopiec, powinien ulec raczej temu miłośnikowi, który go nie kocha, niż temu, co go kocha. Starożytne Ateny i cała Gracja to czas pederastii i pedofilii. Młodzi chłopcy, a nawet dzieci, padali ofiarami różnych pederastów, w tym sławnych, głębokich i subtelnych myślicieli, jak Platon, którzy polowali na nich niczym wilki na jagnięta i byli dumni ze swoich zdobyczy. Dziś trafiliby do widzenia za pedofilię, wówczas było to dopuszczalne, a nawet modne, w dobrym tonie. Błyskotliwi i głębocy myśliciele dorobili do tego właściwą filozofią, albo podkład ideologiczny. Czy dzisiaj jest inaczej z ideologią gender? Tyle że współcześni pożal się Boże „myśliciele” o rzędy wielkości są głupsi i tępsi niż sławni, greccy filozofowie. Nie potrafią ich nawet przeczytać, tym bardziej z sensem zaadoptować. Lizjasz, sławny retor, czy mówca, wygłosił te mowę wobec Fajdrosa, młodego i pięknego młodzieńca, nie bez własnych, ukrytych motywów. Co Sokrates łatwo wychwytuje. Sokrates wygłasza własną mowę. Pierwszą. Miłość to szaleństwo, od szalonych lepiej trzymać się z dala. Zatem lepiej i korzystniej oddawać, czy wiązać się z tym, co nie kocha, niż temu, co kocha, powiada Sokrates, zupełnie jak Lizjasz.

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura