Blog
Amicus Plato, sed magis amica veritas
Bielinski
Bielinski naukowiec ściśle ukierunkowany
0 obserwujących 28 notek 143559 odsłon
Bielinski, 26 lutego 2017 r.

Filoktet, czyli cierpienie

140 0 0 A A A

Leży przede mną na stole książka. „Filoktet” Sofoklesa w tłumaczeniu Antoniego Libery, wydany przez PIW w 2012 roku. Trafiłem na te książkę przypadkiem w Internecie i kupiłem… przez pamięć na minione lata i na minione lektury. Sofokles w ciągu swojego długiego życia napisał 123 sztuki, z których zachowało się w całości jedynie siedem, pośród nich Filoktet. Siedem ze stu dwudziestu trzech… zatem zachowało się jakieś sześć procent dramaturgii Sofoklesa, jedna sztuka na circa dziewiętnaście napisanych. Niewiele. A może i tak za dużo? Najbardziej znane tragedie Sofoklesa to Antygona i Król Edyp. Antygona trafiła do kanonu lektur szkolnych. I słusznie. Chociaż może nie tak bardzo? Kiedyś Antygona była lekturą szkolną, potem nie była; dziś… Nie wiem. Jest, czy nie jest Antygona lekturą szkolną? Bodaj we fragmentach. Lektura szkolna nobilituje, ale często działa na odwrót. Ludzie uprzedzają się do przymusowych czytadeł. Ja też ich nie lubiłem czytać. Być może to jest przyczyna, że dzieci nie lubią Sofoklesa. Przez te lektury szkolne. Potem dzieci dorastają i jako dorośli nie cierpią Sofoklesa, Eurypidesa i tych wszystkich starych Greków, w ogóle wszystkiego, co choćby z dala zalatuje starożytnością.

   Czym tu się interesować, pytają? Antygona to ta wariatka, co zabiła się, by pochować brata. Edyp to ten dewiant, co sypiał z własną matką. Na co się komu przyda czytanie o takich ludziach? Chyba tylko tym oszustom – psychologom – specjalistom od tzw. psychoanalizy, co świetnie żyją z wmawiania naiwnym, głupim a bogatym ludziom kompleksu Edypa; że niby chcieliby sypiać z własną matką. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby bzykać własną matkę? Chyba tylko ci Grecy, zboczeńcy. W tych ich tragediach tylko jedno i to samo. Jak nie kazirodztwo, to jakaś inna zbrodnia. Albo mord, albo gwałt. Jak nie dzieciobójstwo, to matkobójstwo. Lub ojcobójstwo. Albo bratobójstwo. Lub najłagodniejsze – samobójstwo. Kto sam z nieprzymuszonej woli czytałby wynaturzenia chorych umysłów? No, tak wiadomo, to wielkie dramaty, wspaniałe tragedie, ale… niech sobie będą. Gdzieś tam. Obok. Poza nami. My, ludzie współcześni, nie mamy z tym nic wspólnego z ich problemami, tragediami, ani z tymi ludźmi. To nas nie dotyczy. Te tragedie nie poruszają żadnych spraw, które nas współcześnie trapią; nic nie mówią o naszych problemach, o naszych dylematach i naszych dramatach.

   Że toś tam, kiedyś zerżnął własną matkę? Albo jakaś szalona kobieta zabiła własne dzieci? Do szpitalu psychiatrycznego z nimi. Toż to czyste wariactwo. W wariatkowie ich miejsce. To żaden temat a problem medyczny dla specjalisty, czyli psychiatry. O czymś takim nawet nie wypada mówić we współczesnym, tolerancyjnym, liberalnym towarzystwie. Greccy tragicy byli wielcy, ale w swoim czasie. Współcześnie ich sztuki przebrzmiały. Są niby żywe skamieliny. To są tylko pomniki, przetrwałe pomniki kultury i literatury, Nie ma w nich życia. Greckie tragedie są martwe, dawno minione i w treści i formie.

   Lubimy jeździć do Grecji, podziwiać kolumnady świątyń, ruiny Partenonu, czy Akropolu w Atenach. Nieskalana biel marmuru, cudowne kształty, idealne proporcje, czyste piękno zaklęte w kamieniu, wiecznotrwałe, jakby poza ludzkie… Czy wykraczające poza ludzką miarę. Trochę podobnie odnosimy się do tekstów greckich tragików, w tym do Sofoklesa. Mówię tu o tych najlepszych, tych nielicznych, co je czytają, czy bodaj o nich słyszeli. Odnoszą się do nich oni – nawet ci nieliczni, ci wybrani – niby do przetrwałych cudem kamiennych kolumn greckich świątyń, idealnych w kształcie, ale zimnych, twardych i obcych.

   Ja inaczej odczytuję teksty starożytnych greckich tragików, w tym Sofoklesowego Filokteta. Dla mnie w ich słowach dalej płonie ogień. Płonie, jak płonął kiedyś, i jak będzie płonął, gdy już nas nie będzie. Jesteśmy tacy sami, jak byliśmy kiedyś. Jacy byli Ateńczycy, w złotym wieku Aten. Jacy byli Grecy w czasie wojny peloponeskiej, w czasie wojen perskich i wcześniej, w czasie wojny trojańskiej. Nic się nie zmieniliśmy. A jeśli już to na gorsze. Tak, wiem. Wojna trojańska to mitologia. Niech będzie, że mitologia. Wszystko to mitologie znane ze słyszenia. I opowieści o wojnie trojańskiej, o wojnach napoleońskich, wojnach punickich, czy dwu światowych. Nie jesteśmy w niczym lepsi od Ateńczyków z V wieku sprzed naszej ery; w niczym mądrzejsi, bardziej utalentowani, czy lepsi. Jeśli się od nich różnimy, to tylko na niekorzyść. Średnia długość życia mamy znacznie większą, prawda. Lecz to, że żyjmy średnio ze dwa razy dłużej znaczy tylko, że zużywamy dwa razy więcej tlenu, dwa razy więcej pokarmu i wytwarzamy dwa razy więcej gnoju. Czy te większe zużycie, większy przerób i wyrób sprawia, że jesteśmy lepsi? Z pewnością my, współcześni, bijemy Ateńczyków na głowę hipokryzją, samouwielbieniem, głupią pewnością siebie, przeświadczeniem, że wiemy to, czego nie wiemy, lecz nie geniuszem czy mądrością. Daleko nam do nich, do siły ich umysłów, ich talentu, odporności, mocy charakteru.

Opublikowano: 26.02.2017 16:55.
Autor: Bielinski
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

image
Dla chcących więcej polecam książkę:
"Kto może być zebrą i inne historie"
wydawnictwo: e-bookowo

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • Z tych jeńców przeżyli nieliczni może 1 na 100. Niemcy stosowali politykę głodzenia...
  • Pewnie tak, są o ile wiem są także turnusy odchudzające. Ale tak jakoś jest, że pacjenci po...
  • No właśnie, sfiksował. Są ludzie, którzy na podstawie kilku zdań z Biblii obliczają datę...

Tematy w dziale Kultura