2 obserwujących
6 notek
2755 odsłon
600 odsłon

I kto tu jest fanatykiem?

Eugene Delacroix "Wolność wiodąca lud na barykady"
Eugene Delacroix "Wolność wiodąca lud na barykady"
Wykop Skomentuj7

[Tekst z 19.11.2020, ale ponieważ jeszcze małe po-protesty trwają tu i tam, wydaje mi się jak najbardziej na miejscu.]


Chesterton, podczas swojej drugiej wizyty w Stanach Zjednoczonych (ok. roku 1932), napisał taki interesujący esej pod tytułem „I kto tu rządzi?”, w którym przeprowadzał bardzo ciekawą obserwację, że w Chicago wszystko jest na odwrót: rząd powinien rządzić, a nie rządzi, przestępcy rządzić nie powinni, a rządzą. Skąd to wynika, zastanawiał się w zakończeniu, i do czego prowadzi, o czym świadczy i co możemy w takiej sytuacji zrobić? Zainspirowany tym wzorem, chciałem napisać tutaj własne kilka słów na temat podobnego pomieszania „mechanicznych” stereotypów naszych własnych czasów, w jakie wgląd dają nam obecne „protesty społeczne”, mianowicie: ewidentnej i interesującej konfuzji, związanej z terminem „fanatyk” czy „fanatyzm”.

Na czym to polega? Otóż według stereotypu, sięgającego (jak niemal wszystkie nasze stereotypy) wieku XVIII, fanatykiem z natury swojej jest człowiek religijny. Nie-fanatykiem zaś, jakiś tej lub innej maści ateusz, najprawdopodobniej wyznawca „światopoglądu naukowego”. Pierwszy ma być ekspansywny, niezdolny do rozmowy, emocjonalny i powołujący się na siłę i autorytet (redukowany do siły), drugi – racjonalny, opanowany, budujący na faktach, tolerancyjny. Przecież dlatego to drugi, nie pierwszy, zwyciężył świat (prawda?). Pasiemy się, jak powiadam, na tym zielonym poletku już od wieku XVIII.

Tymczasem, wyjrzyjmy za okno. Co widzimy? Może inaczej: najpierw zapytajmy się w ogóle, kto to jest fanatyk. Otóż fanatyka (a termin ten „ukrywa” się pod różnymi innymi terminami, np. „radykała” czy „twardogłowca”) zdefiniować można z grubsza jako osobę, która redukuje jakiś problem do jednego aspektu. Weźmy już ten tak międlony przykład fanatyka religijnego. Fanatyk religijny to ma do siebie, że wszystko redukuje do religii. Na przykład: do tekstu Objawienia w sporze o początek świata. Człowiek normalny, wyważony, wie, że jest Objawienie, ale jest i rozum naturalny, i to co więcej operujący na dwóch poziomach: onto-logicznym i empiro-logicznym, z czego to wszystko rozszczepia się jeszcze na masę pod-poziomów, pod-dyscyplin, badań szczegółowych, z których wszystkie trzeba wziąć pod uwagę. Dla fanatyka, źródło jest jedno, a jest nim Biblia. Albo w kwestii na przykład sporu o pluralizm religijny. Człowiek normalny, wyważony, nawet jeśli uznaje prawdziwość jakiejś jednej religii, wie, że gra tutaj rolę ogromne mnóstwo różnych czynników, różnej natury, nieraz sobie przeciwstawnej: od prawa człowieka do wolnego wyboru po konieczność zachowania jakiejś jedności społecznej, które trzeba „obić” o siebie i wykoncypować jakiś praktyczny konsensus. Fanatyk religijny, widzi tylko jedno: że jedna religia jest prawdziwa i wszyscy powinni ją wyznawać. Wtedy zaczynają się nieszczęścia.

A teraz popatrzmy sobie na problem aborcji. Ile czynników należy wziąć tutaj pod uwagę? Na pierwszy rzut oka, przynajmniej cztery, bo i czworo jest uczestników tego dramatu. Jest kobieta, uczestnik najważniejszy, centralny, która ma urodzić, ale jest jeszcze ojciec, który jest „współ-sprawcą” całego zamieszania, jest dziecko poczęte (występujące tutaj przynajmniej par anticipationem), jako owoc i skutek (najbardziej „niewinne”, ponieważ pozbawione możliwości decydowania), jest wreszcie – społeczeństwo, jako kontekst całości, na które dany uczynek moralny wywiera zawsze pośrednio lub bezpośrednio jakiś wpływ, na najróżniejszych poziomach. Dopiero wziąwszy pod uwagę wszystkie te cztery elementy i wyważywszy dobrze ich proporcję można zacząć przynajmniej rozmawiać o aborcji w miarę racjonalnie. I, na ile widzę, w sporze obecnym, znacząca większość komentatorów po stronie tzw. „pro-life” (trzeba naprawdę by wymyślić jakiś substytut tej kalki z amerykańskiego) to rozumie, co przejawia się w uznaniu korespondujących z prawami stron obowiązków, na przykład: w wypadku ojca – obowiązku opieki na matką i dzieckiem (co się zmienia, w przypadku separacji, w obowiązek alimentacyjny), w przypadku społeczeństwa – pomocy (choćby sąsiedzkiej, ale także, czy może przede wszystkim, mentalnej i moralnej) w takiej sytuacji i choćby uznania specjalnego statusu kobiety jako właśnie matki (stąd wcześniejszy wiek emerytalny i różne przywileje w ramach obyczaju), w wypadku państwa – zapewnienia potrzebnej opieki i pomocy na różnych szczeblach, od edukacyjnego po medyczny, wreszcie od dzieci – opieki na rodzicami w wieku podeszłym. Do tego dochodzi jeszcze bardzo często zrozumienie ludzkiego wymiaru całej sprawy, czyli wezwania, by nie potępiać za łatwo, nie ostracyzować, nie budować murów, starać się wysłuchać, zrozumieć. Jest to zatem dla tej grupy społecznej problem złożony, na który należy zaproponować złożone rozwiązania. Co mamy zaś po drugiej stronie (oczywiście — generalnie; nie mówię, że wszyscy tacy są, niemniej pewne generalizacje należy formułować)? W kwestii meritum: „MOJA MACICA I MOJA SPRAWA”, w kwestii przeciwników zaś: „WYPIERDALAJ”. No i tyle. Pogadali sobie. Do tego dochodzi jeszcze oczywiście teoria spiskowa: jakoby Polska cała, ze wszystkimi jej instytucjami, rządzona była i kontrolowana faktycznie przez jakąś tajną organizację „klechów”.

Wykop Skomentuj7
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo