3 obserwujących
14 notek
9643 odsłony
  720   0

Nieznośna łatwość mędrkowania, czyli na dzień dialogu z judaizmem

Marc Chagall, "Białe ukrzyżowanie", 1938, fot. Ed Bierman
Marc Chagall, "Białe ukrzyżowanie", 1938, fot. Ed Bierman

Wiele się ostatnio wydarzyło. Tak wiele, że nie nadążyłem z pisaniem. Miały miejsce na przykład jakieś wypadki związane z reformacją, nie wiem, czy z samą reformacją, czy z urodzinami Lutra. Chciałem napisać tekst, nie dałem rady. Szkoda, bo akurat z chestertonologicznego punktu widzenia temat jest perełką. Integralistyczni zwolennicy Gilberta wprost uwielbiają „maczugować” naszych braci odłączonych tą masą cierpkich słów, które autor Ortodoksji napisał pod adresem protestantyzmu i samego Lutra personalnie. Jeden facet nawet całą książkę na ten temat wymodził. Nie dziwię się, bo to to jest bardzo łatwe. Łatwo jest pokazywać cytat za cytatem i mówić: „Bo Chesterton napisał to, Chesterton napisał tamto”. Nieco trudniej przywoływać fakty i kontekst. A fakty są takie, że choć Chesterton istotnie zawsze miał negatywne zdanie co do historycznego procesu reformacji i protestantyzmu w wersji niemieckiej czy purytańskiej, to jednak do 1922 roku był anglikaninem (i paradoksalnie najlepszą część swojej krytyki sformułował właśnie jako członek Kościoła Anglikańskiego), do końca życia utrzymywał przyjazne relacje z wieloma innymi anglikanami (na przykład „czerwonym księdzem” Conradem Noelem, tutaj się w ogóle herezja dubluje) i posługiwał się przekładem Pisma Świętego znanym jako Biblia króla Jakuba (taki anglikański „Wujek”). Cokolwiek zatem można o Chestertonowskiej krytyce protestantyzmu powiedzieć, to pewne pozostaje, że nie ma ona wiele wspólnego z tym, co można by nazwać „przedsoborowym” podejściem do sprawy, z jego całkowitą izolacją, wrogością, zabetonowaniem drzwi, aż do wezwania, by – jak czytamy w słynnym Katechizmie kardynała Gasparrego – kacerskie przekłady Biblii palić w obecności księdza proboszcza.

Z wydarzeniem dzisiejszym, Dniem Judaizmu, czy Dniem Dialogu z Judaizmem, jest podobnie. Tutaj również można by cytować Chestertona wręcz seryjnie, przypominając wszystkie te kąśliwe uwagi, które sformułował pod adresem diaspory żydowskiej i za które (niesłusznie) posądza się go dzisiaj o antysemityzm. Jednak i tutaj pozór upadłby rychło pod naporem faktów. Znów bowiem przypomnielibyśmy sobie natychmiast, że Chesterton miał wśród Żydów, praktykujących judaizm i niepraktykujących go, wielu przyjaciół, że zachwycał się Starym Testamentem i bronił w swej apologetyce nawet co bardziej niesympatycznych jego elementów z Księgą Jozuego włącznie i że – a to u katolickiego publicysty tamtego czasu rzecz zupełnie nadzwyczajna – nigdy, przenigdy nie zajmował się tematem, że „Żydzi zabili Chrystusa” i „Krew jego na nas i na dzieci nasze”. I że, co więcej, miał świadomość pewnej osobliwej osobności tego przedziwnego ludu – że, jak pisał w Nowym Jeruzalem, czy nosi w sobie boleść Kaina, czy boleść Chrystusa (sic!), Żyd jest inny, ponieważ należy do Boga.

Czemu to jest ważne? Ponieważ integralizm, czy „tradycjonalizm” (bardzo błędne wykorzystanie tego słowa) katolicki, bazuje na pewnym micie – i to, jak traktuje się w tym środowisku Gilberta bardzo dobrze ten mit obnaża. Integraliści tworzą wizję „Kościoła przedsoborowego” jako doskonałej, samowystarczalnej twierdzy – instytucji monolitycznej, zwartej, walecznej, mówiącej zawsze jednym głosem. Tylko że oczywiście rzeczywistość jest zawsze bardziej złożona niż podobne schematyzacje i to jest po prostu nieprawda. Kościół, jeżeli już jakikolwiek na pewno jest, to jest ogromny. I jako instytucja podobnie ogromnych rozmiarów, w sposób konieczny wykazuje spory poziom wewnętrznego zróżnicowania. Zawsze, przed Soborem Watykańskim II i po Soborze Watykańskim II, a nawet przez Soborem Laterańskim V i po Soborze Laterańskim V, istniał i istnieje w nim wielogłos, różnica zdań, różne, „konkurencyjne” wrażliwości i pomysły na radzenie sobie z tak zwanym „światem” – i po ludzku mówiąc nieładnie rościć sobie prawo do decydowania o tym, co z tego całego bałaganu jest „autentycznie katolickie”, a co nie. Jeśli ktoś mógłby rościć sobie takie prawo, to papieże. Ale papieże, jak widzimy, również mówią wieloma głosami. Nie bardzo więc rozumiem, skąd bierze się powietrze na ten wielki balon i to święte namaszczenie, wynikające z przekonania, że ma się absolutną słuszność.

Natomiast oprócz kwestii metodologicznych są jeszcze merytoryczne. I tutaj, jak zwykle, również trudno się z integralistami zgodzić. Oprócz bowiem wizji Kościoła Monolitycznego, tworzą oni jeszcze inny mit – Kościoła Doskonałego. Jest to jakaś wariacja na temat nieomylności. Ale wszyscy rozumiemy chyba, że nieomylność Kościoła to nie jest jakiś dziwaczny, duchowy tryumfalizm, ale raczej pewne pocieszenie na drodze życia – że Kościół właśnie, ze wszystkimi swoimi wadami, grzechami, błędami i głupotą, w tych najważniejszych i kluczowych dla chrześcijanina sprawach jest jednak nieomylny. To jest doktryna mistyczna. I przecież nikt przy zdrowych zmysłach nigdy nie uważałby, że Kościół jest nieomylny w sensie zupełnie dosłownym. I akurat stosunek katolików do judaizmu bardzo wyraźnie to pokazuje. Dostałem dziś na telefon interesujące zdjęcie. Jest to fragment z barokowej wersji „Tańca śmierci” z następującym podpisem: „Sprośni turcy (sic), brzydcy Żydzi/ Iak się wami śmierć nie brzydzi/ Na żydowskie niedba smrody/ z dzikiemi skacze narody”. To jest obrazek dydaktyczny z katolickiej świątyni. Jest się czym szczycić? I naprawdę, naprawdę nikt nie widzi tutaj żadnego problemu? I czy NAPRAWDĘ możemy, na przykład, czytać katolicką publicystykę międzywojenną w Polsce bez żadnego poczucia winy w tym kontekście?

Lubię to! Skomentuj15 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo