5 obserwujących
30 notek
30k odsłon
  494   2

Wiosennie: o alergii, jak sobie z nią radzić i cóż z tego wynika w dłuższej perspektywie

Serdecznik pospolity
Serdecznik pospolity

[Tekst pierwotnie miał być tylko notatką facebookową, niemniej że wzbudził słownie: zerowe zainteresowanie, a także iż to jedna z lepszych rzeczy, którą udało mi się kiedykolwiek napisać, to postanowiłem włączyć ją w „nurt blogowy” na Chesterton Polska, no i tutaj, dorzucając kilka spostrzeżeń, aby może jednak jakiś współ-alergik na tym skorzystał. Jednocześnie narodził się nowy pomysł serii wyakcentowującej mocniej zaznaczone ledwie tutaj związki dystrybucjonizmu z ekologią, ekologizmem, zdrowym trybem życia oraz naturalnymi metodami leczenie (bez. rzecz jasna, podważania skuteczności medycyny konwencjonalnej, kiedy nie można się bez niej obyć), ale to może na później. — Autor.]

Dzisiaj coś kompletnie nie a propos — tym niemniej, istnieją takie sprawy, dla których można naruszyć integralność przekazu strony.

Jak zauważył w swym „Emilu” Jan Jakub Rousseau, choć co do zewnętrznych akcydentaliów życia bardzo się różnimy, w nieszczęściach jesteśmy równi. Szczególnie w tych nieszczęściach, które związane są z cierpieniem ciała. Głód, choroba, wystawienie na działanie żywiołów — oto, co łączy bogacza i ubogiego, i co pokazuje nam najdobitniej nieuniknione powinowactwo naszej egzystencji.

Jednym z najskuteczniejszych tego typu czynników egalitaryzujących, jest niewątpliwie alergia. Przedziwna przypadłość nieznanej etiologii, w powszechnym przeświadczeniu nieuleczalna.

Z alergią zmagam się właściwie od urodzenia (podania głoszą, że jako niemowlak reagowałem alergicznie na cielęcinę) i należę do wagi ciężkiej. Przeżyłem uczulenia wszystkich trzech typów (pokarmowego, skórnego i oddechowego) i na wszystkich możliwych poziomach: od lekkiego swędzenia i okazjonalnego kichania, po niebezpieczne ataki dychawiczne. Reagowałem na wszystko (nie sposób tego do końca zbadać, spektrum jest tak szerokie), od tworzyw sztucznych, przez określone warzywa, sierść (właściwie: skórę) zwierząt, szczególnie kotów, po oczywiście creme de la creme alergicznego uniwersum: pyłki.

Jeśli chodzi o leczenie, to wyglądało to tak, jak w większości przypadków — objawowo. Przeszedłem co prawda immunoterapię alergenową, która — trzeba powiedzieć — zmieniła wiele, ale nie zlikwidowała problemu. Pozostawały więc właściwie jedynie — pigułki. Jestem z nimi za pan brat. Śmiało mogę powiedzieć, że nie ma chyba takiego leku antyhistaminowego w polskich aptekach, którego bym przynajmniej raz nie spróbował. Niektóre działały, inne nie — ostatecznie udało mi się znaleźć jakieś rozwiązania względnie optymalne. Weszły one na trwałe do mojego życia. Po prostu: pogodziłem się, że przez pół roku muszę mieć przy sobie „listek” odpowiedniego medykamentu i zażywać w razie potrzeby.

Sytuacja zmieniła się dopiero niedawno, pod wpływem jednego czynnika, mianowicie: kota. A właściwie kotki, takiej „bidy” z ulicy, która nie miała gdzie się podziać, i którą w odruchu serca przygarnęliśmy. Spodziewałem się problemów, ale tym razem przeszły one moje oczekiwania. Było STRASZNIE. Do tego stopnia, że bałem się, iż nowy członek ogniska domowego wyleci w pewnym momencie przez okno. Spuchnięte oczy, chrypa, wydzielina w oskrzelach, kaszel, ból zatok tak intensywny, że skutkujący częstokroć zamgleniem świadomości. Pigułki pomagały, ale nie zawsze i niezupełnie. Zresztą, zacząłem się poważnie obawiać: czy można bez powodowania uszczerbku na zdrowiu CODZIENNIE brać leki antyhistaminowe (podpowiem: sprawę przegadałem z kilkoma lekarzami, bo akurat pochodzę z rodziny lekarskiej i nie — nie można)? Z tego wszystkiego i nie bardzo wiedząc, co robić, zrobiłem to, co umiem najlepiej.

Zacząłem czytać.

Pod wpływem bowiem tak uciążliwych wydarzeń tym, co z jakiegoś powodu zaczęło uwierać mnie najbardziej, była jedna wątpliwość, mianowicie: każdą chorobę, nawet terminalną, czasami przynajmniej można wyleczyć. Alergii — podobno nie można. Zgadza się to logicznie? A co, jeśli po prostu czegoś nie wiemy — albo: wiemy, ale nam tego nie mówią?

Trochę czasu mi to zajęło, ale (co pewnie nie będzie zaskoczeniem) finalnie moje badania przyniosły rezultaty. Okazało się, że moje podejrzenia są jak najbardziej słuszne. Po pierwsze: istotnie, o alergii wiemy niewiele, ale coraz więcej. Po drugie: to, co już wiemy, jasno pokazuje, że alergia jest chorobą taką właściwie jak inne, którą można wyleczyć, a przynajmniej znacząco złagodzić.

Jak? Tak, jak każdą inną tego typu przypadłość: dietą i ziołami.

Nie ma czasu opisywać tutaj tego w szczegółach. Istnieją całe wielotygodniowe programy kuracji, modne szczególnie w Stanach Zjednoczonych (najbardziej obecnie „zalergizowanym” kraju świata) i przynoszące bardzo dobre rezultaty. Jeśli ktoś chce/potrzebuje, łatwo je znajdzie. Generalnie zakładam jednak, że w Polsce nie osiągnęliśmy jeszcze tego poziomu wyniszczenia zdrowotnego, jak Amerykanie. Zamiast zatem poddawać się kilkutygodniowej, restrykcyjnej diecie, można po prostu zmienić parę nawyków. Postaram się tutaj wymienić kilka takich prostych i łatwo dostępnych sposobów, przy pomocy których NAPRAWDĘ można sobie ułatwić życie. A więc:

1. Alergia, co potwierdzają współczesne badania i praktyka kliniczna, „zaczyna” się na poziomie układu pokarmowego i bardzo często stanowi znak wyniszczenia naturalnej flory bakteryjnej jelit. Należy zatem zacząć ją bezwzględnie odbudowywać. Jak? Oczywiście probiotykami. Jest na rynku polskim wiele bardzo dobrych probiotyków produkowanych farmaceutycznie, z których jak najbardziej można korzystać, niemniej najlepiej sprawdzą się probiotyki naturalne, obecne w produktach mlecznych (DOBRE [czytać składy!] kefiry, maślanki, kwaśne mleko) oraz — kiszonkach! W tym wypadku, nie ma człowiek lepszego przyjaciela, niż kiszony ogór albo kapustka. Szczęścia mają ci, którzy te rzeczy lubią, jeśli ktoś nie lubi — trzeba się przekonać. Odpowiednią porcję probiotyczną należy przyjmować CODZIENNIE, w kombinacji najlepiej dostosowanej do indywidualnych potrzeb.

Oprócz tego, niestety, należy przerzucić się na lepszą, a co za tym idzie: droższą żywność (typu „eko”). Wyniszczenie flory bakteryjnej bierze się bowiem w znacznej mierze z przyswajania tych nieprawdopodobnych ilości konserwantów i innych dodatków chemicznych („na smak”, „na apetyt”, także: nawozy sztuczne, pestycydy na warzywach i tak dalej), które obecne są w produkowanej obecnie żywności. Należy bardzo zadbać o jak największą redukcję spożycia podobnych rzeczy. Oczywiście trochę nikogo nie zabije, niemniej należy na serio postarać się, aby tego świństwa jeść jak najmniej.

Innym dobrym pomysłem byłoby ograniczenie spożycia mięsa, głównie ze względu na to, w jakich warunkach są dzisiaj wytwarzane produkty pochodzenia zwierzęcego. Najprawdopodobniej rozumuję „post hoc-propter hoc”, niemniej wydaje mi się, że nie jest to przypadkiem, iż znaczące zmniejszenie gwałtowności moich dychawicznych akurat reakcji nastąpiło po moim przejściu na wegetarianizm, dokonanym, bo ja tak chcę i ja tak mogę (tłumaczyć się nie muszę i nie będę). Wszystkie źródła, jakie przeczytałem, zgodnie zalecają także znaczące ograniczenie spożycia alkoholu oraz, rzecz jasna, zupełne zaprzestanie palenia tytoniu.

Lubię to! Skomentuj8 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości