Kultura romantyczna
"To see a world in a grain of sand/ And a heaven in a wild flower". -- William Blake
8 obserwujących
46 notek
36k odsłon
  232   0

Romantyzacja ludu, czyli (drugi) największy błąd G.K. Chestertona

Mykola Pymonenko (1862-1912), "Ofiara fanatyzmu", ca. 1899
Mykola Pymonenko (1862-1912), "Ofiara fanatyzmu", ca. 1899

(Wpis z bloga Chesterton Polska)


Zawsze jest dobrze patrzeć na rzeczywistość krytycznie. Znajdowanie błędów w tym, co godne afirmacji, nie przeczy bynajmniej owej afirmacji, ale przeciwnie – dopiero obiektywizm czyni ją dojrzałą, pełną, opartą na trwałych fundamentach. Casus Chestertona nie stanowi tutaj wyjątku. Oczywiście, że – będąc tylko człowiekiem – popełniał błędy. I oczywiście, że o tych błędach można mówić. I więcej: że mówić o nich trzeba, ponieważ dopiero ich zrozumienie uczyni naszą recepcję jego myśli autentyczną i mądrą. Dlatego też, akurat wyjątkowo, po ladach laudacji, dzisiaj przyjrzymy się dzisiaj temu, co uważam za jego błąd największy, czy właściwie drugi z największych jego błędów. Pierwszym była, jak napomykałem o tym w wielu innych moich pracach mniej lub bardziej poważnego charakteru, zbyt radosna afirmacja Kościoła Rzymskokatolickiego jako instytucji, prowadząca do bagatelizowania nawet najczarniejszych kart jego historii. To jednak wątek na teraz zbyt zawiły. To, o czym chciałbym napisać dzisiaj, ma natomiast strukturę znacznie prostszą i jest bardziej przystępne; a mówię, mianowicie, o swoistej romantyzacji ludu i prostego człowieka, jaką znaleźć możemy właściwie we wszystkich jego dziełach, a na pewno tych najważniejszych.

Jedną z najjaśniejszych manifestacji tej tendencji jest apoteoza tego, co Chesterton nazywa „zwykłością” (ordinariness). Jak czytamy w „What’s Wrong with the World”, walka dystrybucjonistów toczy się przede wszystkim w obronie „zwyczajnego Anglika, który został wydziedziczony”. Dzieje się to natomiast dlatego, iż owa zwykłość czy zwyczajność nie stanowiąc bynajmniej kategorii neutralnej, ale przeciwnie: to jak gdyby źródło człowieczeństwa, z którego wyrasta wielkość ducha („Tylko ludzie zwyczajni mogą stać się nadzwyczajni” – „Charles Dickens”), zrozumienie prawdziwej, cieszącej człowieka sztuki (tamże), wreszcie: wręcz tego, co nazywa Chesterton „mistycyzmem”: nadnaturalnej niemal zdolności do poznania świata i dosięgnięcia go w świeżości jego prawdziwej istoty („Zwyczajny człowiek zawsze był normalny, ponieważ zawsze był i mistykiem – akceptował wiele różnych prawd; to właśnie ta przedziwna równowaga pozornie sprzecznych tez stanowi tajemnicę owej pogody ducha, jaką cechuje się zdrowy człowiek” – „Ortodoksja”). Dlatego też nie wahał się Chesterton napisać w „Bardzo chrześcijańskiej demokracji”: „Ocean Ducha, który nazywa się Ludem”.

Warto dodać tutaj jeszcze chyłkiem, że angielski apologeta w bardziej artystycznych paroksyzmach fantazji posuwał się w swoim zachwycie jeszcze dalej, mianowicie: aż do obrony nie tylko „zwyczajności”, ale i „wulgarności”, łącznie z tym, co nazwać możemy mentalnością tłumu. Paradygmatyczny tekst znajdujemy nie gdzie indziej, tylko w najlepszej powieści Chestertona po tytułem „Człowiek, który był czwartkiem”. Jeden z głównych bohaterów mówi w niej: „Tłum miał rację, wiedziałem, że idąc za tłumem nie możemy się pomylić […]. Ludzie wulgarni nie mylą się niemal nigdy. Sam jestem wulgarny, więc wiem. Kolejka dla wszystkich!”

Oto, jak powiedzieliśmy, rdzeń Chestertonowskich poglądów na kwestię ludu i ludzi zwyczajnych. Trzeba powiedzieć, że mają one pewną wartość, szczególnie, jeśli patrzeć na nie w kontekście. Trzeba pamiętać, że przełom wieku XIX i XX był czasem niespotykanej wprost mizantropii i pogardy w stosunku do ogółu społeczeństwa, szczególnie ze strony klas wyższych. Moderniści angielscy zwykłych ludzi dehumanizowali i przedstawiali niemalże jako „produkt uboczny” ludzkości. Bernard Shaw snuł pierwsze wizje „depopulowania” świata z „niezdatnych” i niebezpiecznych. Klasy średnie drżały przed straszliwą postacią bolszewickiego robotnika, który przejdzie przez Anglię z mieczem i ogniem w dłoniach. W sensie moralnym zatem, Chesterton postępował bardzo szlachetnie, broniąc po prostu człowieczeństwa tych, którym coraz częściej go odmawiano. Tym niemniej, można chyba zasadnie utrzymywać, że posunął się w tym za daleko. Czym innym jest bowiem bronić praw podmiotowych i godności jakiejś grupy społecznej, a czym innym twierdzić, że to w niej właśnie owe prawa i godność najpełniej się realizują. Nie mamy tutaj na pewno czasu na szczegółowe omówienie tej ogromnej kwestii, jaką jest rola ruchów masowych w historii. Ale zupełnie zasadnie pytać możemy, czytając „podniebnie” niemal optymistyczne afirmacje Gilberta, czy istotnie, przy wszystkich swoich wadach, swego rodzaju elitarystyczna reakcja, która dokonała się pod koniec XIX stulecia nie miała żadnego sensu? Czy dzieje ludzkości istotnie pokazują, że większa jej część jest normalna i aspiruje wysoko, a całe niemal zło to dzieło opętanych przez żądzę władzy wyjątków? Czy faktycznie masy są ostoją ducha? Słowem: czy ów „zwyczajny człowiek” istotnie jest tak piękny i dobry, jak go Gilbert maluje?

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura