Kultura romantyczna
"To see a world in a grain of sand/ And a heaven in a wild flower". -- William Blake
9 obserwujących
50 notek
36k odsłon
  206   2

Kilka słów w kwestii obecnej sytuacji satninarno-szczepionkowej

Giilbert Keith Chesterton w kapeluszu
Giilbert Keith Chesterton w kapeluszu

[Wpis pierwotnie ukazał się w ramach bloga chestertoniana.org


Na ten temat powiedziano już tyle, że właściwie nie ma sensu dokładać, tym niemniej ponieważ każdy sobie może mówić co chce "bo od tego jest internat", to i ja dorzucam swoje trzy grosze.


Generalnie już niedługo wrócimy do romantyzowania wszystkiego.]


Nikt się mnie o to nie pyta, ale gdybym miał wypowiedzieć się jakoś ogólnie na temat szczepień, odpowiedziałbym słynnym cytatem Gilberta:

“Over-civilization and barbarism are within an inch of each other. And a mark of both is the power of medicine-men.” – Illustrated London News, Sept. 11, 1909

Aby nie narazić się na nieporozumienia, krótko wyjasniam.

Trzeba pamiętać, że życie to nie tylko zdrowie fizyczne, a życie publiczne to nie tylko medycyna. Oddawanie zbyt dużej władzy w ręce jednej grupy społecznej nigdy się dobrze nie kończy. Niby wiemy to już od XVIII wieku. Wydaje się jednak, że świat zdecydowanie tej prostej lekcji klasycznego (romańskiego) liberalizmu nigdy nie odrobił, a przynajmniej o niej zapomniał. Chcę być dobrze zrozumiany: nie neguję osiągnięć medycyny konwencjonalnej, ani wiedzy ekspertów. Twierdzę tylko, że jako eksperci (dosłownie: ci, którym czegoś brakuje) nie mają oglądu całościowego, i w najlepszej woli mogą dokonać, jeśli zabraknie kontroli zewnętrznej.

To, co Chesterton napisał o medycynie, stanowi jeden z najbardziej kontrowersyjnych elementów jego dorobku. Istotnie, sporo jego sądów na ten temat należy uznać za przesadne. Jednak wyczucie politycznego wymiaru kampanii „pro-zdrowotnych” jest u Gilberta bezbłędne. Ze względu na to, również i ten element jego myśli zyskuje nową aktualność.

Casus „wyszczepienia” społecznego to doskonały dowód jej prawdziwości.

Zwróćmy bowiem uwagę, że kwestia „szczepić się, czy nie?” jest w gruncie rzeczy bardzo prosta: jeśli ktoś uważa, że COVID-19 to dla niego/niej większe ryzyko, niż ewentualne konsekwencje przyjęcia szczepionki, niech się zaszczepi. Jeśli że mniejsze — niech się nie szczepi. Wiemy, dodatkowo, kto zazwyczaj przechodzi COVID-19 ciężko, a kto lekko, a więc możemy w rozumny sposób podejmować odpowiednie decyzje. Co więcej, wydaje się, że jak rzadko społeczeństwo takie decyzje podjęło: zaszczepiły się głównie osoby w wieku starszym i średnim, jak również cierpiący na choroby przewlekłe. Nie szczepią się ludzie młodzi i zdrowi, którzy mogą nabyć na COVID odporność naturalną, co jest zawsze, z „holistyczno-medycznego” punktu widzenia, lepsze.

Wydaje się zatem, że jest dobrze i wszyscy powinni być zadowoleni, zwłaszcza rząd, który (zwróćmy uwagę) na początku programu szczepień uznawał, że takie rozwiązanie jest optymalne i dobrze zabezpieczy nas przed kolejnymi falami epidemii. A jednak, teraz dowiadujemy się co chwila, że program szczepień zakończył się totalną porażką, że te (na dzień dzisiejszy) 17 116 255 w pełni zaszczepionych obywateli to dużo za mało, że czeka nas czwarta fala — gorsza od poprzednich — że potrzebny będzie kolejny lockdown. Co więcej, narastają w stosunku do osób niezaszczepionych jakiś mistyczny niemal lęk i gniew, prowadzący do porzucenia wszelkiej logiki — zupełnie niedawno przecież pewien prominent z Sanepidu perorował, że należy wprowadzić dla niezaszczepionych ograniczenia, tak aby „zminimalizować zagrożenie dla zaszczepionych”. Wychodzi więc na to, że szczepionki naraz przeciwko COVID-19 chronią i nie chronią, oraz że 50% zaszczepionych wśród społeczeństwa naraz zmienia wszystko i nie zmienia nic.

Przykładów podobnych „młyńców” myślowych jest w debacie nad kwestią bardzo dużo, a nieliczne głosy rozsądku (m.in. również niedawny profesora Guta) nie mają szansy się przebić. Podsumowując: widać zatem wyraźnie, że w kwestii szczepień przeszliśmy i wciąż przechodzimy z poziomu rozumu coraz wyraźniej na poziom emocji — i to emocji bardzo negatywnych. Ekspertem od sterowania społecznego nie jestem, tym niemniej zdrowy rozsądek i odrobina doświadczenia podpowiada mi, że jeśli chodzi o życie publiczne, tam, gdzie są emocje, a szczególnie właśnie negatywne, tam zazwyczaj znajdą się i ludzie, którzy je wywołują i podtrzymują. Oczywiście w jakichś określonych celach. Nie mam konkretnych typów ani informacji, zresztą nawet gdybym miał, to bym ich tutaj nie ujawniał. Wydaje mi się jednak, że dobrze byłoby się nad tym przynajmniej zastanowić.

Na koniec: nie sądziłem, że kiedykolwiek zgodzę się w czymkolwiek z neoliberałami, ale proszę — życie pisze najdziwniejsze scenariusze. No cóż — bywa i tak. Przynajmniej sam sobie udowodniłem, że nie jestem fanatykiem.

Maciej Sobiech

Lubię to! Skomentuj6 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości