Kultura romantyczna
"To see a world in a grain of sand/ And a heaven in a wild flower". -- William Blake
9 obserwujących
52 notki
37k odsłon
  132   0

Jan Jakub Rousseau jako filozof zdrowego rozsądku

Maurice Quentin de La Tour  (1704–1788), portret Rousseau
Maurice Quentin de La Tour (1704–1788), portret Rousseau

"Istnieje tedy obywatelskie wyznanie wiary, którego artykuły zwierzchnik ma określić nie jako właściwe dogmaty religijne, ale jako poczucie uspołecznienia, bez którego niepodobna być dobrym obywatelem i wiernym poddanym".


– Jan Jakub Rousseau, „Umowa społeczna”


Artykuliki o Rousseau budzą niezmiennie najmocniejszy oddźwięk, więc dobrze pozostać chwilę przy tym filozofie. Szczególnie, że spośród wszystkich myślicieli romantycznych on chyba właśnie pada ofiarą największej ilości przekłamań i stereotypów, które potem – z przyczyny na skutek – uderzają w percepcją całej epoki. Warto zatem zacząć je powoli odkłamywać.
Dzisiaj zajmiemy się jednym z największych i najgłupszych z nich. Mianowicie: często mówi się (jak uczynił to w swoim paradygmatycznym wykładzie anty-romantyzmu pt. „Rousseau & Romanticism” Irving Babbitt w roku 1919 – książka jest leciwa, ale właściwie całą propagandę antyromantyczną można sprowadzić do Babbitta), że Rousseau był filozofem szaleństwa – że cały jego system, to ledwie pokraczne wyolbrzymienie rojeń chorego umysłu. Tymczasem – nic bardziej mylnego; bo Rousseau był, jak mało kto, filozofem zdrowego rozsądku.


Nic nie daje równie dobrego wglądu zarówno w ten fakt, jak i w naturę antyromantycznej krytyki, jak kwestia tzw. religii obywatelskiej, jakiej propozycję daje Rousseau w ostatnim rozdziale „Umowy społecznej”. Nie jest chyba tajemnicą, w jaki sposób obchodzą się z tą propozycją przeciwnicy szwajcarskiego filozofa. W ich rękach, projekt religii cywilnej staje się potworem, projektem krypto-totalitarnym, albo wprost totalitarnym. W tej optyce, państwo miałoby nabierać cech sakralnych, jego decyzje, usankcjonowane boskim wyrokiem, stawałyby się absolutne, wszyscy zaś, którzy nie chcieliby przyjąć jego autorytetu (na przykład ze względu na przynależność do innej religii, np. katolickiej czy ewangelickiej), zostaliby – zgodnie z literą samej „Umowy…” – wygnani z kraju „jako ludzie nieuspołecznieni, niezdolni do szczerego kochania praw”. Jak pisze J. Zubiel: „Cały system religii cywilnej jest w najlepszym razie demokratycznym Lewiatanem, w którym wole poszczególnych jednostek roztapiają się w woli powszechnej. Religia cywilna, indywidualistyczna w punkcie wyjścia, przybiera antyindywidualistyczny charakter w swej treści i prowadzi do zupełnego pochłonięcia jednostki przez państwo. Koniec drogi naturalnego indywidualizmu wyznacza despotyzm” (za: S. Kowalczyk, „Liberalizm i jego filozofia”, 1995, s. 55).


Jak zwykle w wypadku podobnej krytyki, cała ona opiera się nie tylko na błędnym rozumieniu „Umowy społecznej”, ale i na ewidentnych manipulacjach. Po pierwsze zatem, religia cywilna NIE JEST „indywidualistyczna w punkcie wyjścia”, skądinąd zresztą być nie może, bo już z założenia ma być religią WSPÓLNOTY, a nie jednostki. Sąd ten, stanowi skutek pomylenia jej z prywatnymi zapatrywaniami Rousseau na chrześcijaństwo, które zawarł w „Wyznaniu wiary wikarego sabaudzkiego” z „Emila”. Tekst umowy społecznej, choćby ów cytat, od którego zaczęliśmy nasze krótkie rozważania, wyraźnie wskazuje na to, że są to dla Rousseau dwa oddzielne porządki, różniące się nie tylko zakresem postulatów, ale i naturą (swoje neokwietystyczne chrześcijaństwo Rousseau uznawał za prawdę, religia obywatelska miała sankcję wyłącznie pragmatyczną – powinna istnieć, ponieważ umożliwia funkcjonowanie społeczeństwa). Z tego też względu, religia cywilna nie stanowi bynajmniej „konkurencji” dla religii tradycyjnych, zresztą w „Umowie społecznej” wyraźnie czytamy: „obecnie, gdy nie ma już i nie może być wyłącznej religii narodowej, powinno się tolerować wszystkie te, które tolerują inne, o ile ich dogmaty nie zawierają nic przeciwnego obowiązkom obywatela”. Krótko mówiąc – religia cywilna nie byłaby nawet w ścisłym sensie tego słowa „religią”, tylko swoistym konsensusem religijnym, minimum porozumienia, jakie może zachodzić między różnymi wyznaniami. Nie stanowi zatem projektu totalitarnego, ale przeciwnie – demokratyczny, czy może raczej liberalny, w porywający sposób prefigurując myśl zupełnie już nowoczesną, na przykład koncepcję „konsensusu pragmatycznego”, jaką sformułował w swoich dojrzałych pismach z zakresu filozofii polityki wielki filozof katolicki, Jacques Maritain.


Oczywiście, nie da się ukryć, że w tej samej „Umowie społecznej”, katolicyzm rzymski zostaje uznany za wroga państwowego. Ale nie jest to wina Rousseau, tylko samego katolicyzmu – tego, mianowicie, że nie będzie on w stanie, z natury swojej, przyjąć proponowanego przez Rousseau konsensusu. I jeśli spojrzeć na sprawę zupełnie obiektywnie, trzeba przyznać, że autor „Umowy społecznej” zwyczajnie miał rację. Przez cały wieku XIX Kościół pokazywał się wyłącznie jako wróg – nie tylko tolerancji religijnej i pluralizmu wyznaniowego, ale w ogóle liberalnego (w dobrym tego słowa znaczeniu) podejścia do polityki, łącznie z jej osiągnięciami tak dla nas już dzisiaj oczywistymi, jak wolność prasy, druku i badań naukowych, ci zaś jego przedstawiciele, którzy pragnęli zmienić tę sytuację, kończyli z zakazem publikacji albo wprost ekskomuniką (czego najlepszym przykładem smutna historia de Lammenais’ego). Lamenty, zatem, myślicieli katolickich, biadających nad tym, jak bardzo Rousseau skrzywdził ich Kościół i jak był dlań niesprawiedliwy, są – powiedzmy to łagodnie – średnio uzasadnione, i jeśli ktokolwiek Kościół wykluczał z debaty publicznej, to on sam siebie. Ale przecież, zauważmy, sam Kościół to poniekąd przyznał, na Soborze Watykańskim II odrzucając swe antydemokratyczne błędy z przeszłości i dobrowolnie rezygnując z roszczeń do bycia religią państwową, na czym zasadza się jego wielka chwała.

Lubię to! Skomentuj6 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura