Kultura romantyczna
"To see a world in a grain of sand/ And a heaven in a wild flower". -- William Blake
10 obserwujących
24 notki
39k odsłon
  306   0

Interludium osobiste, czyli gdzie stoję z kościołem

Goya, "Oto prawda", 1810/1820
Goya, "Oto prawda", 1810/1820

Jest wiele tematów, na które chciałbym napisać, nie tylko z zakresu literatury angielskiej, ale i polskiej. Niewątpliwie, pisać na nie będę. Tym niemniej, wydaje mi się to zasadne, aby poczynić tutaj pewien wtręt natury osobistej i ostatecznie rozwiać wątpliwości co do pewnej kwestii.

Generalnie nie powinna ona nikogo obchodzić, bo co w sumie wnosi do recepcji interpretacji tekstów literackich świadomość, jakie mam zapatrywania na naturę wszechświata? No ale rzeczywistość jest jaka jest i skoro w Polsce to najwyraźniej coś znaczy, w porządku – ten ostatni raz ugnę się pod presją okoliczności.

Uginałem się już wiele razy wcześniej, nawiasem mówiąc, i nigdy mi to na zdrowie nie wychodziło. Celów nie osiągałem, nerwy sobie psułem. Ja chyba po prostu nie umiem się dostosowywać (może to jakiś rodzaj psychopatii?). Dlatego też postanowiłem sobie (no, wszak mamy czas postanowień) nigdy więcej nie starać się napisać czegoś, czego ktoś inny mógłby ode mnie oczekiwać. Ale to ledwie dygresja.

Wracając: o co mi chodzi? Otóż odniosłem wrażenie, że na ile przyciągam, czy przyciągałem?, jakichś czytelników (nie wiem ilu i czy w ogóle, nazwiska sobie nie wyrobiłem), zakładali oni, że piszę z perspektywy katolickiej – no ostatnio przezywali zawód, co też skutkowało skądinąd dziwnymi i prostackimi zachowaniami w komentarzach (znów: dygresja, zupełnie niepotrzebna). W związku z tym, śpieszę wyjaśnić: tak było, faktycznie. Ale życie ma to do siebie, że się zmienia. I, krótko mówiąc, już tak nie jest.

Czemu? Złożyło się na to, jak to zwykle bywa w sprawach podobnie subtelnych, wiele czynników. Konwersja to piękny czas – z tego prostego powodu, że jest prawdziwa. Cokolwiek myślelibyśmy o jej treści i charakterze ontycznym, niewątpliwie budzą się podczas niej różnorakie siły psychiczne (póki co w sposób niedojrzały i generalnie irytujący dla otoczenia), które w warunkach materializmu i nihilizmu, jakimi żyje nas świat, pozostają w uśpieniu. Tak też wyglądało to w moim wypadku. Potem, gdy czar nowości prysł, zaczęło być tylko gorzej. Kościół katolicki w swym empirycznym istnieniu okazał się nieco inny, niż jawił się w książkach moich ukochanych filozofów i teologów, przede wszystkim Jacques’a Maritaina i Tomasza z Akwinu. Bardzo szybko zacząłem przeczuwać, że znajduję się tam, gdzie – z psychologicznego i egzystencjalnego punktu widzenia – nie przynależę, wśród ludzi o zupełnie innej wrażliwości, innych źródłach siebie, innym sposobie bycia (chyba chodziło tutaj o tę ogólną hierarchiczność wszystkich i wszystkiego, sztywność ducha, bezgraniczną niemal dyscyplinę – ale chyba przede wszystkim o poczucie humoru…). Z tego też pewnie powodu (a może tylko jednocześnie z tym?), moja – skądinąd bardzo szczera i intensywna – próba, aby stać się autorem katolickim („stać się” – bo „autor katolicki” to nie jest tytuł, który można nadać sobie samemu, to zresztą element charakterystycznego ducha tej religii) zakończyła się kompletną katastrofą. Przez pięć lat starań, nie wyrobiłem sobie nazwiska, nie zyskałem szacunku, moje tłumaczenia i praca naukowa (skądinąd zupełnie nieźle poza kręgami katolickimi oceniane) przeszły niemal zupełnie bez echa, jeśli zaś ktoś się do mnie odzywał, to raczej, aby ustawić mnie do kąta i uświadomić mi moje miejsce w hierarchii, której natura zaczęła mnie coraz bardziej zadziwiać (z przyczyn, które tutaj przemilczę, bo to temat na inną rozmowę). I znów: nie wiem, na ile to ma związek przyczynowy wszystko ze sobą, czy też zachodziła tutaj tylko Jungowska synchronia, ale zakopawszy się w tym życiowym błocie, zacząłem z biegiem czasu tracić łączność z rytuałem i doktryną, które u zarania całej sprawy dawały mi tak mocne oparcie. Po prostu: jak gdyby coś się wypaliło, ustało; było coś i tego nie ma. Pewna historia jak gdyby się skończyła.

Wszystkie te jednak powody nie pchnęły mnie jednak na początku do przewartościowania postawy religijnej (no, skądinąd dziwne by to było, gdyby tak się stało). Zrzucałem je na karb słynnej „nocy” duchowej, której doświadcza się na drodze wiary, czy też czegoś innego – w każdym razie: racjonalizowałem, jak mogłem i trzymałem się mojego katolicyzmu rękami i nogami. Aż dostałem cios w głowę, który mnie lekko zamroczył – no i puściłem.

Tym ciosem było ujawnienie prawdy o tuszowaniu skandali pedofilskim w kościele, tudzież o ich skali.

Trudno opisać tutaj przeżycia emocjonalne, jakie wiązały się z różnymi publikacjami, jakie się na ten temat ukazały, jak i również (czy może przede wszystkim?) świadomością, że to nie koniec, że widzimy dopiero wierzchołek góry lodowej. Zresztą, chyba nie chodzi o to, aby się tak wywnętrzać. Natomiast intelektualnie, mój wniosek można sprowadzić do jednej tezy: że wszystko to, co się wydarzyło, odsłoniło boleśnie jedną rzecz, którą mogę oddać jako całkowitą i niezaprzeczalną doczesność kościoła katolickiego.

Lubię to! Skomentuj15 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura