Zapiski zagubionego
"To see a world in a grain of sand/ And a heaven in a wild flower". -- William Blake
16 obserwujących
70 notek
54k odsłony
  260   1

Ja na kolana padłem, czyli znad „Trans-Atlantyku” Witolda Gombrowicza

No tak – doktorat obroniony, pańszczyzna odrobiona – a więc i tułam się po tym pięknym świecie w poszukiwaniu nowego losu. Tymczasem, nim on w końcu spadnie na mnie, sięgam (jak każdy człowiek chyba w takich chwilach), z jakiejś dziwnej nostalgii, do tych dzieł literackich, które mnie uformowały i które, niczym fala przychodząca za falą, wyrzuciły mnie ostatecznie na tym bezludziu, po którym się obecnie błąkam. No a jednymi z najważniejszych spośród tych dzieł, są właśnie powieści Witolda Gombrowicza.

Jeśli chodzi o powieści, to mnie Gombrowicz zupełnie wystarczy, w zasadzie nie potrzebuję niczego innego. Czytam je z przyczyn zawodowych, natomiast jeśli chodzi o czytanie właściwe, czytanie dla przyjemności, to niewiele znajdzie się pośród nich takich dzieł, które mnie porywają. Wolę, zdecydowanie, poezję i filozofię, powieść mnie nuży. No, ale nie w tym jednym wypadku na pewno, w wypadku Witolda Gombrowicza. Na Boga, jak ja te książki pochłaniałem, jednym tchem, w jeden dzień, jedną noc nieraz, olśniony, niemal zahipnotyzowany, czując się tak, jak gdyby otworzyły się przede mną drzwi do innego świata.

Długo myślałem (a miałem przecież dość znaczny w mym krótkim życiu okres konserwatywny, w którym próbowałem udawać „normalnego”), że to może była kwestia niedojrzałości, czy życiowego „pogubienia” (bo i niewątpliwie byłem, jako osiemnastolatek, mocno pogubiony). Stwierdzam jednak, że bynajmniej nie. „Trans-Atlantyk” przynajmniej, bo od tego dzieła (mojego ulubieńszego nawet, niż „Ferdydurke”) zacząłem moją podróż w przeszłość, nie zestarzał się dla mnie ani o dzień. Jak poprzednio, od pierwszych stron dałem się porwać tej książce, jak oczarowany. I jak poprzednio, skończyłem czytanie w jeden dzień.

Czemu? Cóż powiedzieć. O ile pamiętam, Jacques Maritain napisał kiedyś, że powieść imituje samo życie – samo człowieczeństwo. W wypadku „Trans-Atlantyku”, te słowa są w stu procentach prawdziwe. Nie ma sensu odpowiadać na pytanie, co w tej książce jest – lepiej chyba zapytać, czego w niej nie ma! Metafizyka, filozofia narodu, obserwacje socjologiczne, polityka, gra z tradycją i historią literatury polskiej, psychologia, wreszcie: filozofia języka – uprawiana głównie poprzez zanurzenie w żywiole tego języka – a wszystko to wirujące jak gdyby wokół kwestii centralnej, jaką jest człowiek, ludzka egzystencja właśnie – oto, co można wyczytać w tej króciutkiej książce. I chociaż, oczywiście, jej „przesłanie” w swej warstwie powierzchownej jest dość proste – sprowadza się, zasadniczo, do przewartościowania wartości, do postawienia konkretu nad ogółem, biologii nad kulturą, teraźniejszości nad historią, niepowagi nad powagą, gówniarstwa nad geniuszem, itd. – no i wielokrotnie odkrywali je przed nami różni znamienici krytycy, to jednak ma to dzieło do siebie także i pewną nieokreśloność, jakby swoiste „niewykończenie”, podobne do tego efektu „poświaty”, który Conrad uważał za esencję dobrej opowieści. Ostatecznie, zawsze kończy się jego lekturę z poczuciem, że czegoś się nie wyłapało, że coś nam uciekło, że zobaczyliśmy ledwie kilka promieni, wychodzących z jakiegoś centrum, które to centrum jednak pozostaje ciemne. Dlatego też właśnie można z nim grać, czytać wielokrotnie, eksplorować motywy – i zawsze pozostanie świeże.

No ale chwila, moment – powie ktoś – po co pisać o Gombrowiczu na blogu poświęconym romantyzmowi, skoro przecież powszechnie wiadomo, że był on pisarzem wprost anty-romantycznym? O – i to właśnie zdanie, ów sąd, który niewątpliwie pojawił się w umyśle niektórych przynajmniej spośród moich czytelników, stanowi przyczynę, dla której właśnie warto o nim tutaj napisać. Dobitnie pokazuje on bowiem, jak bardzo schematyczne bywa nasze pojmowanie romantyzmu, a także wszystkich w ogóle epok historycznych. Istotnie bowiem, prawdą jest, iż – zgodnie z tym, co napisał na ten temat Chwin – sprzeciwiał się Gombrowicz „mistyczno-biologicznej” koncepcji jednostki jako części zhipostazowanego narodu, jakowejś „Nad-jaźni”, która miałaby nas tworzyć i, w momentach zagrożenia, mieć prawo domagać się od nas ofiar, do ofiary z życia włącznie. Ponieważ zaś, istotnie, elementy tego podejścia dają się znaleźć u pisarzy i myślicieli romantycznych, można nazwać autora „Trans-Atlantyku” anty-romantykiem.

Ale, zapytajmy, czy romantyzm to faktycznie tylko taka percepcja człowieka, mistyczno-biologiczna, nacjonalistyczna, zaczerpnięta od Herdera? Czy, z drugiej strony, nie definiuje się tej epoki również przede wszystkim jako momentu emancypacji indywidualnego podmiotu, tej chwili dziejowej, w której świadomość osobnicza zaczęła, pierwszy raz w historii ludzkości, wynosić się ponad świadomość zbiorową, w której indywidualna intuicja, czucie i wizja rzuciły wyzwanie rozumowi filozofów i matematyków? Ten jedyny w swoim rodzaju, anarchistyczno-indywidualistyczny impuls ruchu romantycznego, oddziałał przynajmniej równie mocno, jak ów kolektywno-narodowy, i znalazł ujście w niezliczonej zupełnie ilości dzieł i koncepcji, jak choćby owej słynnej i pięknej fikcji człowieka jako istoty fundamentalnie samotnej, osobnej, jaką stworzył Rousseau, w „Prometheus Unbound” Shelleya (który to zresztą powiedział też, ustami bohaterki jednego ze swych dramatów: „Człowiek wolny nie słucha i nie rozkazuje”), w wizji osoby ludzkiej jako dziecka Natury, jaką śnił młody Wordsworth, wreszcie w hiper-indywidualistycznej gnozie Blake’a. Spoglądając na kwestię z tej perspektywy, możemy powiedzieć, że Gombrowicz był nie tyle pisarzem anty-romantycznym, co raczej ultra-romantycznym – i rozwinął, niemalże do do pełni, do ostatecznej kulminacji, owo przenikające wszystkie wymienione wyżej idee i dokonania artystyczne pragnienie, aby – jak on sam to wyraził we wstępie do dzieła, o którym tutaj mówimy – „będąc Polakiem (Francuzem/Anglikiem/Niemcem/Chińczykiem) być kimś więcej, niż Polakiem”. Aby, krótko mówiąc, być człowiekiem. Nie znał ów umysł znękany i nieszczęśliwy owej pogodnej mądrości wschodu, która jako jedyna może nam dać narzędzia, aby to pragnienie zrealizować – dlatego też jego dążność do tego celu pełna jest tragizmu, dylematów, gniewu, obrazoburstwa, świadomej prowokacji. Tym niemniej, za sam fakt wyrażenia go (i to jeszcze tak artystycznie udanego), postawienia celu, rzucenia wyzwania wszystkim owym sztucznościom, wychowawczym, czy zgoła dyscyplinującym, które nas zewsząd zawężają w naszej właściwej naturze, a które – z drugiej strony – są nam poniekąd konieczne na drodze do siebie, należą mu się wieczna cześć i podziw, które – niniejszym – w tym miejscu wyrażam – i na kolana padam, przed naszym G. wielkim, geniuszem gówniarzem, pisarzem wieszczem onym narodowym a nienarodowym, o którym nigdy chyba nie będzie dało się napisać tak, aby mu oddać zupełnie sprawiedliwość.

Jaki zaś z tego wniosek końcowy? A taki, że zawsze musimy pamiętać, iż – zgodnie ze słowami Kropotkina – natura nie daje się zamknąć w jednej formule. Nic nie jest proste, oczywiste, schematyczne, stałe. Wszystkie te nasze schematy, to ledwie aproksymacja prawdy. I choć musimy się nimi posługiwać, choć potrzeba nam „unieruchamiać” rzeczywistość, aby ją trochę okiełznać, należy zawsze też poza nie wykraczać, przekraczać je, tak, aby dotrzeć do tego, co najgłębiej rzeczywiste, do podszewki świata, którą jest sama ruchliwość. Która to też obserwacja jest, tak jeśli chodzi o interpretację dziejów, poszukiwanie człowieczeństwa czy samą lekturę „Trans-Atlantyku”, skądinąd nie bez znaczenia.

No i masz, Bergsonem mi się jeszcze odbiło na koniec. Pora na „Ferdydurke”.

Maciej Sobiech


Lubię to! Skomentuj26 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale