Zapiski zagubionego
"To see a world in a grain of sand/ And a heaven in a wild flower". -- William Blake
16 obserwujących
70 notek
54k odsłony
  666   3

Nudna gawęda osobisto-polityczna, czyli jak zostałem anarchistą

Piotr Kropotkin
Piotr Kropotkin

No bo tak się obecnie, jeśli w ogóle się określać muszę, się określam.

Zacznijmy może od definicji, aby usunąć masę nieporozumień, które wokół tej wspaniałej myśli narosły? Czym jest anarchizm? Ano, jest on ideą polityczną w swym aspekcie negatywnym sprowadzającą się do postulatu likwidacji państwa. Natomiast – i to jest bardzo ważne – nie oznacza to bynajmniej skrajnego indywidualizmu, czy też dążności do powrotu do lasów. Ponieważ, zaznaczyć trzeba, anarchiści definiują państwo (i to jest bardzo mylące) w sposób specyficzny: jako stosunkowo nowy (w naszych warunkach stanowiący schedę po starożytnym Rzymie) byt polityczny tym się charakteryzujący, że władzę w nim sprawuje nie wspólnota (jakaś realna wspólnota, oparta na realnym fundamencie – pochodzenia, wspólnego terytorium, tradycji itd.) jako taka, ale pewne abstrakcyjne „centrum” i jego delegatury, narzucając swoją wolę społeczeństwu z zewnątrz. I tak, na przykład, republika francuska jest państwem, bo stanowi ona ustalony odgórnie system praw i urzędów, na funkcjonowanie których masa społeczna nie ma bezpośredniego wpływu. Nie są państwem, natomiast, takie byty polityczne jak: plemię, gmina wiejska, gmina miejska, związek zawodowy (oczywiście w swym sensie pierwotnym, ludowym), wszelkie kluby, organizacje i stowarzyszenia oddolne, słowem: wszystkie te typy organizacji społecznej, które wyrastają z samorzutnej inicjatywy jakieś ludzkiej wspólnoty i są przez nią bezpośrednio kontrolowane. Dlatego też, postulując zniesienie państwa, nie nawołują bynajmniej anarchiści do likwidacji życia zbiorowego w ogóle, wręcz przeciwnie – jak sami twierdzą, chcą jego odrodzenia, ponieważ człowiek ze swojej natury jest istotą społeczną i w toku rozwoju dziejowego spontanicznie wynajduje coraz lepsze dla siebie formy wspólnoty, w których może się coraz pełniej realizować i które, na drodze dobrowolnego stowarzyszania się („federacji”) tworzą coraz bardziej złożone struktury, coraz lepiej mogące sprostać wymaganiom życia. Przykładem tego choćby opisywana przez niezrównanego Piotra Kropotkina ewolucja od plemienia przez gminę wiejską aż do gminy miejskiej i wolnej federacji miast, w których to upatruje wielki rosyjski filozof szczyt dotychczasowego rozwoju struktur politycznych ludzkości. W anarchizmie występuje wiele różnych nurtów i wiele opinii co do tego, jak zrealizować swoje cele i co się stanie, kiedy się to już uda zrobić, tymi jednak, nie musimy się tutaj zajmować. Chodzi mi tylko o uchwycenie esencji, nie o szczegółowy wykład.

No i cóż – krótko mówiąc, od pewnego czasu, jak zresztą zaznaczyłem na wstępie, definiuję się właśnie jako anarchista. Skąd mi się to wzięło? Jest kilka powodów. Po pierwsze, chodziło o sprawy raczej pragmatyczne: wzięło się to z rozczarowania. Ja jestem typem raczej prędkim i płomiennym, „zapalam się” (trochę jak Augustyn z Hippony, toutes proportions gardées) do różnych idei. Wykazuję wtedy sporo zaangażowania i bywam dość fanatyczny, natomiast z tym typem wrażliwości wiąże się ta jedna niedogodność, że taki duży płomień potrzebuje sporo paliwa. I jeśli dana idea go nie dostarcza, to dość szybko ją porzucam. W przypadku polityki zapalałem się tak do różnych pomysłów: miałem okres konserwatywno-liberalny, acz to z wychowania raczej, niż ze świadomej myśli, no, ale miałem i monarchistyczny, i (wreszcie) narodowy, który utrzymał się długo, ale z tym większym przytupem się skończył. Wszystkie te zaś okresy w rozwoju mojej myśli kończyły się natomiast z tego prostego powodu, że zawsze ostatecznie zauważałem, iż jest w funkcjonowaniu tych różnych ruchów politycznych, które je głoszą, coś nie tak – jakaś dziwna nieszczerość, jakaś ciemność, no: zapewne interesów, coś, czego niby nie powinno tam być, no, ale jednak jest i, co więcej, wywiera na ich funkcjonowanie znacznie większy wpływ, niż sama idea. Inaczej jeszcze mówiąc – o, to jest dobra myśl – chodziło po prostu o to, że żaden z tych ruchów nie był w pełni ideowy. Że chodziło tyleż o realizację jakiegoś programu, co o cele bardziej (powiedzmy) pragmatyczne, które w tym urzeczywistnianiu przeszkadzały.

Początkowo, rzecz jasna, próbowałem tłumaczyć to sobie „akcydentalną niedoskonałością”, koniecznie (baju-baju) towarzyszącą wysiłkom nadpsutej natury ludzkiej. No, ale ile razy można sobie cokolwiek tym tłumaczyć? Jeśli coś się powtarza w dziewięciu na dziesięć wypadków, to już nie jest przypadkiem i być nim nie może, a zatem (wniosek to konieczny) to w samych owych ideach musi tkwić jakiś brak, jakiś problem, który wypacza funkcjonowanie tych, którzy się nimi przejmują. Niedługo mi zajęło, aby braku tego zacząć upatrywać w fakcie, iż każda z tych idei jest, jak to sobie nazwałem na własny użytek, w pewnym sensie „nieludzka”, to znaczy: zakłada konieczność istnienia dwóch odrębnych klas ludzkości, rządzącej i rządzonej. No, a jeśli się top robi, to w oczywisty sposób, choćby przy najlepszych intencjach, będzie się zawsze chciało wskoczyć do owej rządzącej. Ten pragmatyzm, czy raczej cynizm, sam się narzuca. Logiczną konsekwencją na mojej drodze stało się znalezienie jakiejś idei, która odrzuca ten klasowy element i zamiast podziału ludzkości na dwie części, głosi jej jedność. Ideę tę znalazłem – właśnie w anarchizmie.

Lubię to! Skomentuj43 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura