Zapiski zagubionego
"To see a world in a grain of sand/ And a heaven in a wild flower". -- William Blake
12 obserwujących
52 notki
48k odsłon
  84   0

Interludium Chestertonowskie w rejestrze sentymentalnym

Miałem coś napisać na niedzielę, ale chyba nie dam rady (może wieczorem?; ale jestem dość wyczerpany). Zamiast tego wszakże, przypominam wszystkim zainteresowanym, że książki z Chesterton Polska (głównie jeszcze tłumaczone pod moim starym nazwiskiem) są dostępne niezmiennie na moim koncie na archive.org: https://archive.org/details/@msobiech 

Dla niewiedzących, o co chodzi. Chesterton Polska: była taka strona i taki fajny pomysł na literaturę. Może warto pogooglać?

Wracając: tak sobie patrzę wstecz i muszę uznać, że ładnie nam to wyszło. Wiadomo, to jest samizdat, robiony pomiędzy innymi zajęciami, więc znajdzie się kilka niedociągnięć, zarówno translatorskich, jak i edytorskich, no ale -- Ludzie Kochani -- w książkach wydawanych za pieniądze, przy których pracuje zespół ludzi, TEŻ bywają błędy, nawet po prostu merytoryczne i językowe, więc czy naprawdę to jest powód do robienia afery?

Ech... trochę już ten światek literacki obserwuję i muszę powiedzieć, że nieodmiennie mnie to przygnębia. Wszyscy mają gęby (i nie muszę chyba tłumaczyć, że, jako miłośnik Gombrowicza, rozumiem ten termin metafizycznie) pełne różnorakich "wysokościowych frazesów", że -- wiecie -- Tradycja, Wiedza, Honor, Uczciwość, Rzeczywistość, Obiektywizm, ale jak przychodzi co do czego, to "wiadomo, jak to jest" i się zaczyna: zawsze, wszędzie, od lewa do prawa tylko "nasi" i "nie nasi". I nic ponadto. Nie ma wszechświata poza tą osią sporu. No i, wiadomo, ona też determinuje wartościowanie i ocenę. Jak "nasz" zrobi błąd, to spoko, zdarza się. Jak "nie nasz" -- OCH, JAK TAK MOŻNA, PRZECIEŻ TO DYSKWALIFIKUJE PANA JAKO TŁUMACZA! Jak "nasz" napisze artykuł (choćby najbardziej bzdurny), to bardzo dobrze, popieramy. Jak "nie nasz" -- choćby i najlepszy -- to nie, a w ogóle to tego nie będę czytał w całości, bo mi się nie chce ("ach jak ja znam to, jak ja to znam" -- z recenzji...). No i tak się to kręci, a postronni gapie się... gapią. I niewielu tylko rozumie, o co w tym wszystkim chodzi.

Ile się potencjału, ile energii, ile dobrych pomysłów przez to w tym idiotycznym kraju marnuje...

Tak czy inaczej, reasumując: zrobiliśmy naprawdę dobrą robotę. I chociaż kontynuowanie jej było niemożliwe, z bardzo różnych względów (na przykład dlatego, że wszyscy to mieli w uchu -- no i, przede wszystkim, ponieważ odszedłem od tradsowsko-monarchistycznej ortodoksji i zaciągnąłem na siebie "liberalną" nieczystość, a z nieczystymi nie ma rozmowy), a i skutki nie były takie, jak sobie w swojej naiwności wyobrażałem byłem, że będą, to jednak miło popatrzeć w przeszłość i przypomnieć sobie całe to przedsięwzięcie -- szczerze powiedziawszy, od zarania dość szalone, no ale wiadomo, jak to w życiu:

"How mad and sad, and bad it was/

But yet -- how it was sweet!".

To Browning. Ulubiony poeta Gilberta. Salut.

Na ilustrację wybrałem okładkę do książki mej najulubieńszej. Ech. To były czasy...

Link raz jeszcze dla leniuszków: https://archive.org/details/@msobiech 

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura