Zapiski zagubionego
"To see a world in a grain of sand/ And a heaven in a wild flower". -- William Blake
12 obserwujących
52 notki
48k odsłon
  175   0

Kolejna gawęda osobista, czyli jak pogodziłem się z postmodernistami

Thomas Rowlandson, Samuel Collins, "Triumf hipokryzji", 1787
Thomas Rowlandson, Samuel Collins, "Triumf hipokryzji", 1787

Bo tak, muszę przyznać, że ostatnio jest mi bardziej po drodze. Co napisawszy, zaskoczyłem sam siebie. Ale po kolei.

Co to jest postmodernizm? Ach, oczywiście, postmodernizm jest amebą. Jest, ale jeśli chce się o nim cokolwiek powiedzieć, zaczynają się schody. Generalnie rzecz ujmując, jeśli jakąkolwiek myśl identyfikujemy jako postmodernistyczną, to zaraz narażamy się na pogardliwe śmiechy i kręcenie głową, że oj-oj-oj, parobek ze wsi (Sosnowiec jest w pewnym sensie wsią) nic nie rozumie. Gdy przychodzi do krytyki różnych postmodernistycznych teorii, to nigdy nic nie wiemy, upraszczamy i też nie rozumiemy. Taka intelektualna zabawa w ciuciubabkę. No, ale chyba wiemy wszyscy, o co w tym chodzi („pozdro dla kumatych”), a że i tak od końca września nie będę już pracował na uczelni publicznej, to mogę się nie przejmować tymi bzdurami, a więc jednak jakąś definicję dam.

Otóż, tak z grubsza mówiąc (coby się w przesadne akademizowanie nie wikłać), postmodernizm to jest cała ta dziwna rzecz, jaka pojawiła się w życiu intelektualnym zachodu, a właściwie w humanistyce, a właściwiej tylko w literaturoznawstwie, po słynnym przełomie 1968. Teorii postmodernistycznych istnieje co niemiara i nieraz różnią się one od siebie znacząco i zwalczają (no, czegoż się nie robi dla tego etatu…), tym niemniej można je wszystkie sprowadzić do pewnego wspólnego mianownika, którego najważniejsze elementy to:

1. Subiektywizm w poznaniu, tj. negacja pojęcia prawdy obiektywnej, uznanie efektów poznania za wytwór podmiotu poznającego.

2. Relatywizm w etyce, tj. negacja istnienia obiektywnych zasad moralnych oraz – jako fundament –

3. Fenomenalizm i idealizm w ontologii, tj. po pierwsze: negacja istnienia istot, sprowadzenie bytu do swoistej „zbitki” zjawisk.

Jak powiadam, postmodernizm jest obecnie bardzo modny w naukach humanistycznych na Zachodzie (acz już nie tak, jak kiedyś) – no i z tego względu też MUSI być bardzo modny u nas, aby nie trzeba się było wstydzić na konferencjach przed Bwana Kubwą. Jeśli chodzi o mój stosunek do tej myśli w sensie intelektualnym, to już go wyraziłem i nie będę tego tutaj powtarzał (kto zainteresowany może sięgnąć tu: https://www.academia.edu/51810663/Kr%C3%B3tki_traktat_o_szkodliwo%C5%9Bci_j%C4%99zyka_specjalistycznego_w_badaniach_literackich?from_sitemaps=true&version=2), z przyczyn, mam nadzieję, zrozumiałych. Zamiast tego, przywołam kilka anegdot.

Otóż, na przykład, pewnego razu na zajęciach rozmawialiśmy o kwestii odpowiedzialności moralnej. W pewnym momencie, Bardzo Modny Wykładowca objawił nam (no bo, jako się rzekło, musiał), że wszystko, czego nas uczono dotychczas, to burżujska indoktrynacja, bo podmiot ludzki nie istnieje, w związku z czym nie może być odpowiedzialny moralnie. Na co zadałem pytaniem, które – w moim mniemaniu – nasuwało się samo (bo zadał je już Arystoteles): – Czy to znaczy, że nie powinniśmy karać za przestępstwa na drodze sądowej? Nastąpiła chwila ciszy, po której dowiedziałem się, że: – nie, nie, nie, przecież to ZUPEŁNIE nie o to chodzi!. – Więc o co? Nie dawałem za wygraną. Niestety, nie dane mi się było tego dowiedzieć.

Innym razem, i na innych zajęciach, poruszaliśmy kwestię prawdy historycznej, o której znów dowiedziałem się, że jej nie ma. Ponieważ miałem gorszy dzień, to uderzyłem poniżej pasa i walnąłem z grubej rury: – To Holokaust był, czy go nie było? Zapadła cisza, tym razem dłuższa, niż poprzednio (no bo ad Holocaustum to jest artyleria najcięższa), po czym dwóch moich adwersarzy (bo dwóch ich było) zaczęło bąkać, że proszę, oczywiście, sam dowiodłem (dowiodłem!!!), że mają rację, bo przecież zdarzają się negacjoniści, którzy kłamią, że go nie było! Na co odrzekłem: no właśnie, i wszyscy wiemy, że kłamią, czyli umiemy odróżniać prawdę od fałszu. Na co cisza zapadła już zupełna i jedyne, co dane mi było otrzymać w odpowiedzi, to pogardliwe prychnięcie, jak gdyby moi rozmówcy mieli do czynienia z debilem.

Na koniec, wisienka na torcie. W przedmowie do swojego doktoratu ośmieliłem się nadmienić, że mimo współczesnej popularności teorii postmodernistycznych, wolę pozostać przy stanowisku bardziej tradycyjnym i szukać raczej tego, co tekst mówi, tj. jakiejś jego prawdy. Za co zostałem ofuknięty w jednej recenzji, że nie mam pojęcia, o czym mówię, bo kwestia prawdy nie ma tutaj nic do rzeczy. Dziwne? No cóż, mnie przynajmniej teza, że przyczyna nie ma znaczenia przy omawianiu skutku, istotnie wydaje się dziwna. Chciałem o tym powiedzieć coś-niecoś na obronie, ale znowu dostałem opieprz, że to bezczelne i nie wolno, więc się powstrzymałem – a w sumie szkoda, bo mogłyby wyjść z tego ciekawe rzeczy, a tak do jest ledwie połowa anegdoty, choć mniemam, że jednak ona również odsłania różne interesujące rzeczy.

Jakie? Ano, na przykład takie, że postmodernizm to jest taka bieda intelektualna, że szkoda o niej nawet na poważnie rozmawiać. Po pierwsze, postmoderniści mnie mówią właściwie niczego nowego. To jest ten sam „nihilizm” ze swoimi trzema negacjami, co w czasach Gorgiasza (nieraz starałem się na to zwrócić uwagę, ale – niestety – nie każdy humanista wie dzisiaj, kto to był Gorgiasz) i, w związku z tym, tak samo łatwo się go zbija (nie da się z logicznego punktu widzenia powiedzieć: „Wiem, że niczego nie można poznać”, to jest kompletny absurd). Po drugie: no – właśnie, mają do tego tę wadę, że żyją dwa i pół tysiąca lat później, więc tak ogólnie trochę wstydno. Czytanie tych wewnętrznie sprzecznych farmazonów jest istną męczarnią i naprawdę, trudno tłumaczyć ich popularność inaczej, jak tylko pewną modą intelektualną, bo gdyby próbować inaczej, to by trzeba wyciągnąć z tego wszystkiego bardzo nieprzyjemne wnioski. I jeszcze, na koniec, gdyby się ktoś nadymał, że jestem arogancki i nie wiem, gdzie moje miejsce, to przypomnę dwie sprawy: po pierwsze, taką bajeczkę, w której cesarz paradował po ulicy w bieliźnie i wszyscy zachwycali się jakie ma ładne ubranko – i, po drugie, tak bardziej na poważnie, słynną „aferę Sokala” i wydaną na jej kanwie książkę „Modne bzdury”.

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura