Zapiski zagubionego
"To see a world in a grain of sand/ And a heaven in a wild flower". -- William Blake
16 obserwujących
71 notek
54k odsłony
  115   2

H. Belloc: Polityczna teoria Rewolucji

[I kolejny Belloc na dokładkę. Tym razem pierwszy rozdział dzieła "Rewolucja Francuska", jaki wydaliśmy na chestertonpolska.org w 2018 roku.

Czemu? A, w tym wypadku akurat mam na swoje usprawiedliwienie coś więcej, niż ledwie osobistą chęć. Otóż, słusznie bądź nie, ale za kluczową postać dla Rewolucji Francuskiej uznaje angielski dystrybucjonista Jana Jakuba Rousseau. 

O Rousseau powiedzieliśmy sobie na tym blogu sporo i zapewne jeszcze powiemy. Natomiast nie ma chyba lepszego wykładu jego teorii politycznej, niż ten, który zawarty jest w dwóch pierwszych rozdziałach tej niezwykłej książki. Zamiast zatem samemu "wynajdywać koło", wolę po prostu go tutaj udostępnić. 

Ponieważ mój doktorat dotyczył wpływu myśli Rousseau na Chestertona, musiałem, w oczywisty sposób, zaznajomić się blisko z systemem autora "Umowy społecznej". Przeczytałem niezliczoną ilość rozpraw na ten temat. I powiem krótko: żaden z tych autorów, profesorów politologii, filozofii czy czego tam, nie zdołał ująć tego problemu równie logicznie, jasno i w zgodzie z sensem źródeł oryginalnych, jak właśnie Belloc. Dlatego też tym bardziej warto zapoznać się z tym wykładem. Ta rzeczowa i życzliwa analiza stanowi niewątpliwie doskonałą odtrutkę na tak obecne w polskiej debacie publicznej zideologizowanie i wszelką skrajność poglądów, będącą zawsze rzeczą niebezpieczną -- i po prostu niemądrą.

-- Tłumacz

P.S.

Całą książkę można ściągnąć z mojej strony na archive.org: https://archive.org/details/@msobiech Mam nadzieję, że ludzie pokojarzą, że zdarza się niektórym zmienić w ciągu życia nazwisko i nie będą zaśmiecać komentarzy głupimi "odkryciami"...]

 Hilaire Belloc

Rewolucja Francuska (1911)

Rozdział I -- Polityczna teoria Rewolucji

Teorię polityczną, mocą której dokonała się Rewolucja, wyśmiewano już – i szczególnie w tym kraju – jako lokalną, efemeryczną i błędną. Otóż, jest to teoria uniwersalna, wieczna i prawdziwa.

Można ją krótko sformułować jak następuje: że wspólnota polityczna roszcząca pretensje do suwerenności, do moralnego prawa obrony swojego istnienia wobec innych wspólnot politycznych, czerpie polityczny i doczesny autorytet swych praw nie od tych, którzy nią w danym czasie rządzą, nie od systemu sądownictwa nawet, ale z siebie samej.

Społeczność owa wszakże nie może działać z autorytetem, o ile nie posiada zdolności do inicjatywy zbiorowej; to znaczy, o ile masa jej jednostek składowych nie potrafi współdziałać celem znalezienia wyrazu dla powszechnych nastrojów, nie ma świadomości woli powszechnej, i nie wykazuje tej powszechnej jedności, która sprawia, że jako całość wspólnota owa rzeczywiście jest suwerenna.

Może być i tak, że zdolność do inicjatywy zbiorowej, i wiążącego się z nią wyrazu nastrojów zbiorowych, to rzecz niedostępna rodzajowi ludzkiemu. W takim wypadku coś takiego jak wspólnota suwerenna zwyczajnie nie może istnieć. W takim wypadku „patriotyzm”, „opinia publiczna”, „geniusz ludu” to pojęcia bez treści. Niemniej, rasa ludzka w każdym miejscu i w każdym czasie uznawała zgodnie, że takie pojęcia mają treść, i przekonanie że wspólnota ludzka może właśnie na tych zasadach żyć, kierować sobą i być sobą, pozostaje w zupełnej zgodności z ludzką naturą i ludzkim poczuciem dobra i zła; stanowi ono znacznie bardziej fundamentalny element tej natury niż powszechne wszystkim przypadłości, determinujące ludzkie życie, jak odżywianie, rodzenie i odpoczynek; więcej – znacznie bardziej fundamentalny, niż cokolwiek, co dotyczy ciała.

Niniejsza teoria moralności politycznej, choć w praktyce może degenerować się na nieskończoną ilość sposobów, stanowi punkt odniesienia dla każdego, kto twierdzi, że pojmuje życie państwowe jako kwestię sumienia obywateli. Na niej właśnie opiera się każdy protest przeciwko tyranii, i każde potępienie obcej agresji.

Ten, który w sercu swym pała płomiennym afektem do jakieś konkretnej maszynerii politycznej na rządzenie ludźmi, który uznaje, na przykład, sakramentalną funkcję monarchów dziedzicznych (jak w Rosji), organiczny charakter rodzimej oligarchii (jak w Anglii), mechaniczną instytucję wyborów większościowych, a nawet (w sytuacjach kryzysu) szaloną determinację, a zatem także prawo do szalonych i rozstrzygających działań, wielkich mas ludzkich, za rzecz kluczową dla zachowania bytu państwowego, zawsze – jeśli którekolwiek z tych narzędzi zawiedzie go i nie przyniesie skutków, których pragnął dla swego kraju – powróci ostatecznie do doktryny wspólnoty suwerennej. Będzie udowadniał, że choć jego ideały przepadły w wyborach, to prawdziwie narodowa tradycja i prawdziwie narodowy sentyment są po jego stronie. Jeżeli broni działań rodzimej oligarchii przed atakami trybunów ludu, czyni to zawsze argumentując (mniej lub bardziej otwarcie), że oligarchia ta lepiej wyraża ducha narodu, wspólnoty, niż sztucznie wytworzona opinia powszechna, z demagogami (jak będzie ich nazywał) w charakterze jej tub. Nawet jeśli będzie potępiał kogoś za to, że ten miał czelność skrytykować dziedzicznego monarchę lub ograniczyć jego prerogatywy, potępi go na podstawie przeświadczenia, że taki czyn to rzecz antynarodowa, antywspólnotowa; i, jednym słowem, nikt, kto twierdzi, że jest zdrowy na umyśle, nie może przeciwstawić się w sprawach doczesnych i politycznych ostatecznemu autorytetowi tego, co w powszechnym przekonaniu stanowi (choć jakże trudno to zdefiniować!) ogólne poczucie obywatelskie, z którego bierze się państwo.

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale