Zapiski zagubionego
"To see a world in a grain of sand/ And a heaven in a wild flower". -- William Blake
16 obserwujących
70 notek
54k odsłony
  168   2

Kilka zalet doktryny reinkarnacji

Copyrighted to Himalayan Academy Publications, Kapaa, Kauai, Hawaii. Licensed for Wikipedia under Creative Commons
Copyrighted to Himalayan Academy Publications, Kapaa, Kauai, Hawaii. Licensed for Wikipedia under Creative Commons

Dzisiaj trochę na innym temat, niż zazwyczaj. Nie lubię pisać (za bardzo) o sprawach związanych z duchowością, bo -- no cóż, jest taka mądra przypowieść o perłach i świniach. Znaczy: świniach; świnia to piękne i mądre zwierzę i generalnie sprzeciwiam się jej postponowaniu, tak rozpowszechnionemu w naszej kulturze. No, to powiedzmy: takich średnio mądrych. A widzieliśmy już nieraz, jak wiele średniej mądrości potrafi ujawnić się przy okazji komentowania internetowej notatki. Tym niemniej, coś mnie tknęło i jednak chciałem dzisiaj napisać kilka słów o prastarej doktrynie reinkarnacji.

Doktryna reinkarnacji bardzo długo mi się nie podobała. Ba, jako onegdaj bardzo zaangażowany katolik-ortodoksa, czynnie ją nawet zwalczałem i oskarżałem o różne niestworzone rzeczy i na (dosłownie) najgłupsze możliwe sposoby. Jednakże, lata upłynęły, dokonał się czas przemian i naporu, i teraz coraz bardziej zaczyna mi się ta koncepcja podobać. Dlaczego? Wymienię tutaj, bardzo skrótowo, kilka jej największych, moim zdaniem, zalet.

Po pierwsze, zatem, wiara w reinkarnację jest po prostu ciekawa. Przedstawia ona bowiem życie ludzkie jako niekończącą się niemal przygodę, trwającą od początku istnienia wszechświata aż do jego końca -- a może i dalej. Wiele powiedziało się już w literaturze o egzystencjalnej wartości motywu wędrówki -- a nie ma przecież nic bardziej fascynującego, niż wędrówka dusz!

Po drugie, wprowadzając ten właśnie rozległy kontekst czasowy, doktryna metempsychozy daje -- spokój. Dość niesamowity. A wynikający z przeświadczenia, że właściwie nie da się w życiu z niczym "nie zdążyć". To, co dla nas korzystne, słuszne z punktu widzenia duchowego rozwoju, zawsze nas spotka, jeśli nie teraz, to w następnych wcieleniach. Z drugiej strony (i na tej samej zasadzie) -- w optyce reinkarnacyjnej nie ma błędów niemożliwych do naprawienia. Każdy "dług karmiczny" można (a właściwie: trzeba) wyrównać, każdą zbrodnię odpokutować, każdą szkodę naprawić. Szczególną konsekwencją tej koncepcji jest niezwykły spokój wobec trudności życiowych, ponieważ ich źródłem w ostatecznym rozrachunku okazujemy się... my sami -- albo ze względu właśnie na "złą karmę" zebraną w przeszłych wcieleniach, albo na świadomą zgodę, wyrażoną w stanie międzywcieleniowym, na nie jako na narzędzia duchowego wzrostu. Perspektywa taka, uwalnia właściwie od jakichkolwiek pretensji -- czy to wobec losu, czy innych, czy Boga (charakterystyczne dla niespokojnego ducha zachodu pytanie: "Czemu Bóg na to pozwala?" zupełnie traci sens, bo to nie kwestia Bożego przyzwolenia, ale naszych uczynków), a także daje jakieś przedziwne zgoła zupełnie poczucie sprawczości, intuicję-emocję, że oto ja, no: może nie ten empiryczny ja, ale ja, jakim jestem naprawdę, pozostaję (istotnie) kowalem własnego losu.

Po trzecie, koncepcja metempsychozy nadaje nową dynamikę relacjom międzyludzkim. Według niej bowiem, wszyscy już kiedyś się spotkaliśmy -- i nasze spotkania w tym akurat wcieleniu też nie są przypadkowe. Zazwyczaj one również stanowią efekt tzw. "karmy", służą temu, aby coś "wyrównać" czy zrealizować, niby przypadkowe, wiodą nas w określonym kierunku. Więcej nawet: często ci, którzy odgrywają w naszym życiu najważniejszą rolę, odgrywali ją już jakoś wcześniej: jako członkowie naszej rodziny, kochankowie, przyjaciele, czy -- przeciwnie -- adwersarze. W każdej naszej znajomości przejawia się historia, wykraczająca daleko poza nasze osobiste uwarunkowania. Nieczęsto zdarza się człowiekowi zyskać wystarczającą świeżość myśli, aby patrzeć na innych w ten sposób -- są jednak owe rzadkie momenty olśnień, w których to się udaje. Tych zaś, nie da się porównać chyba z niczym innym.

Ostatnią, największą wszakże zaletą doktryny reinkarnacji, wydaje mi się absolutna rewolucja, jaką przynosi ona w kwestii tożsamości mnie jako osoby. Jeżeli bowiem przemyśleć ją do końca, niewątpliwie okaże się, że według niej, każdy z nas był już kiedyś prawdopodobnie każdym: kobietą, mężczyzną, biednym, bogatym, mędrcem, głupkiem, no a według wschodnich jej wersji: także zwierzęciem i dewą. To, kim jesteśmy obecnie, to ledwie maleńki element tego, kim jesteśmy naprawdę, śladowy "odprysk" naszej wyższej tożsamości, przekraczającej przestrzeń, czas i wszelkie materialne uwarunkowania. Nasze prawdziwe ja przekracza każde "ja" cząstkowe. Duchem jesteśmy więksi nad wszystko: naszą historię, wspólnotę, a nawet epokę.

Nie trzeba chyba tłumaczyć, jak daleko idą konsekwencje takiego postawienia sprawy. Najlepiej chyba ujął to niezawodny Steiner, przez katolskie prawactwo (względnie prawackie katolstwo) oskarżany często o narodowy szowinizm i "związki z nazizmem". Otóż w jednym z wykładów poświęconych temu, co nazywał "epoką michaelicką" w historii ludzkości, powiedział coś takiego: że człowiek nie powinien być dumny ze swojej rodziny czy narodowości, które są ledwie przejściowym etapem w dziejach świata, ale raczej z tego, że żył w czasach, a być może nawet był świadkiem, Misterium Golgoty. W optyce reinkarnacyjnej, każdy z nas jest przede wszystkim człowiekiem (względnie istotą żywą, ale akurat koncepcja wschodnia mniej do mnie przemawia), dopiero w drugim kimkolwiek innym. Tym samym zatem, przyjęcie jej stanowi doskonałą, najlepszą chyba, podstawę metafizyczną wszelkich postaw moralnych typu humanistycznego, humanitarnego, solidarnościowego -- a także wszelkiej polityki opartej o myślenie w kategoriach uniwersalistycznych i globalnych (jak i również, dodajmy, najlepszą odtrutkę na wszelkie szowinizmy, czy to natury religijnej, czy kulturowej, czy narodowej, czy rasowej, czy jakiejkolwiek innej). Nie jest zresztą przypadkiem, że -- przynajmniej w naszym kręgu kulturowym -- religie uznające doktrynę reinkarnacji -- manicheizm i kataryzm -- odznaczały się również niespotykaną jak na ich czasy pokojowością i tolerancją. Oczywiście, nieco inaczej ta sprawa wygląda w hinduizmie, gdzie reinkarnację wykorzystuje się, przynajmniej bardzo często, do czegoś wręcz przeciwnego, czyli do usprawiedliwiania systemu kastowego. Tym niemniej, należy zwrócić uwagę, że -- po pierwsze -- w buddyzmie sprawa przedstawia się już zgoła inaczej (przynajmniej teoretycznie), a po drugie: nie rozmawiamy tutaj o historycznym kształcie różnych koncepcji metempsychozy, ale o jej treści logicznej i wnioskach, które należy z niej wyciągnąć, jeżeli myśli się poprawnie. Te zaś, jak napisałem, moim zdaniem są zupełnie jednoznaczne.

Podsumowując: tak właśnie, moim zdaniem, przedstawiają się najważniejsze zalety doktryny reinkarnacji. I ze względu na nie właśnie, jak napisałem, tak bardzo mi się ona podoba. Daje ona człowiekowi wielkie oparcie życiowe, zmienia sposób patrzenia na siebie i innych, zamienia życie w wielką przygodę oraz sprzyja postępowym i godnym człowieka postawom moralnych tudzież politycznym. Dlatego też aż chciałoby się, aby była prawdziwa.

Czy jednak jest?

Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć. No i w tym cały problem. Zauważył przecież bowiem na pewno czytelnik, że cały czas piszę z perspektywy pragmatycznej: pokazuję, jakie skutki ma przyjęcie doktryny reinkarnacji w praktyce i stwierdzam, że mi się podobają. Ale stąd o określenia kwestii jej prawdziwości bądź nieprawdziwości jeszcze bardzo daleka droga. Fortunnie, tak to chyba powinno wyglądać. Jak pisał Steiner: w metempsychozę się nie wierzy, metempsychozę można sprawdzić. A sprawdza się tak właśnie, że człowiek wpierw bawi się myślą o niej w pewnych ćwiczeniach duchowych. Te ćwiczenia to interesujący temat, który można by opisać -- ale już w innej notce. W każdym razie: jestem optymistą. Coś mi się na pewno na ten temat w końcu uda ustalić. A tak czy inaczej, niezależnie od wyników tego ustalania, na pewno pozostaje reinkarnacja przynajmniej fascynującą hipotezą -- i jestem absolutnie przekonany, że gdyby większa liczba z nas przynajmniej czasami "bawiła się" myślą o niej, świat wyglądałby zupełnie inaczej.

Maciej Sobiech

Lubię to! Skomentuj24 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości