0 obserwujących
22 notki
97k odsłon
314 odsłon

Uniwersytet Potiomkinowski (i obietnice innowacji)

Wykop Skomentuj14

Finansowanie nauki opierało się w Polsce od wczesnych lat 90. na systemie otwartych konkursów o granty. Projekty, składane niezależnie od siebie przez ubiegające się o finansowanie niewielkie zespoły badawcze, były anonimowo recenzowane przez innych naukowców, a te, które uzyskały najlepsze recenzje, otrzymywały finansowanie. Wiele było narzekań na ten system. Na nieuczciwość recenzentów, na popierające się nawzajem kliki. Ale, przynajmniej od strony procedury, przypominało to przyjęte w świecie reguły. Środki przeznaczane na te projekty były niewielkie, ale zdarzało się czasem, że grant dostawali młodzi uczeni nieuczestniczący w żadnych układach i niewikłający się w żadne większe łgarstwa. Mogli w ten sposób częściowo się wyzwolić z więzów feudalnego systemu.


Dziś pieniędzy w polskiej nauce jest nagle bardzo dużo. Ale teraz dzielą je politycy. A każdy polityk w Polsce chce mieć u siebie Dolinę Krzemową i chętnie słucha rad tych spośród naszych uczonych kolegów, którzy mu za pieniądze taką dolinę obiecają. Powstają wielkie i przeraźliwie rozrzutne projekty, warte często wiele milionów złotych: instytuty technologiczne, parki technologiczne i klastry innowacji (cokolwiek to oznacza), hojnie dofinansowywane łatwymi europejskimi pieniędzmi.
Bo pomysł jest europejski -- jak pisze "The Economist" (11 października 2007 r. ) w przeglądowym artykule o innowacyjnej gospodarce: "Niemcy w zasadzie roztrwoniły 20 miliardów dolarów, tworząc klastry biotechnologiczne", podczas gdy "najlepsze, co rządy mogą zrobić, aby promować innowacyjność, to zejść z drogi".

Wobec braku jakichkolwiek merytorycznych procedur władzę nad wielkimi projektami uzyskują naukowcy, którzy opanowali polityczną nowomowę i nie mają skrupułów, aby budować wokół siebie aurę innowatorów. Tak odradza się system kliencki, który zaczął pomału umierać w epoce małych, indywidualnych grantów. Mówi się potocznie, że w polskiej nauce wolność uzyskuje się po habilitacji. Tymczasem jest dokładnie na odwrót. W klienckim systemie jedynie ci, którzy są najniżej, zachowują odrobinę wolności. Kto zaczyna odpowiadać za zespół, instytut, wydział czy uczelnię, musi dziś znów, jak w czasach komunizmu, wikłać się w grę uśmiechów i zależności.

Znamy ludzi stojących w hierarchii rzetelnej nauki znacznie wyżej niż my, którzy powodowani poczuciem odpowiedzialności, pokornie zabiegają o uczestnictwo w tego rodzaju wielkich projektach, mimo że zdają sobie sprawę, iż będą tam służyć najwyżej jako pewien rodzaj liścia figowego. Uważają bowiem, że ich obecność pozwoli ocalić przynajmniej część przeznaczonych na projekt środków przed roztrwonieniem. A jednocześnie widzą w tym uczestnictwie, dla swoich zespołów, szansę dostępu do środków (np. środków na aparaturę), o jakich inaczej mogliby tylko pomarzyć.Bo prawdziwej Doliny Krzemowej w Polsce nie będzie. Nawet jeśli wydamy miliardy na atrapę, która od strony fasady będzie wyglądać dokładnie jak w Ameryce. Nie będzie jej z co najmniej dwóch powodów.

Jeden jest taki sam jak prawie wszędzie w Europie -- nie ma w Polsce anglosaskiej kultury przedsiębiorczości. Jest za to potężna tradycja wyciągania pieniędzy od państwa pod dowolnym pretekstem, w który akurat wierzą politycy. Na przykład pod pretekstem innowacyjnej gospodarki. Tymczasem, jak pokazali światu Brytyjczycy i Amerykanie, jedynym skutecznym sposobem finansowania inwestycji w wysokie technologie jest udział w tym procesie prywatnego kapitału wysokiego ryzyka. To, czego nie rozumieją eurokraci, dobrze wiedzą studenci jednego z nas. Stworzyli, jako swój projekt programistyczny, portal Nasza-Klasa, a następnie wspólnie z takim venture capital zamienili go w żyłę złota. I zupełnie nie przyszło im do głowy, żeby się przy tym próbować podpierać państwowymi lub europejskimi pieniędzmi.

Drugim powodem jest stan polskiej nauki. Oczywiście istnieją w Polsce świetne zespoły naukowe pozostające w ścisłym kontakcie ze światem. Obaj autorzy mieli okazję na swojej drodze spotkać znakomitych starszych kolegów (wśród nich porządnych ludzi, wobec których mamy znaczne długi wdzięczności), pokonujących opór polskiej codzienności i tworzących wokół siebie całkiem dobre szkoły. Ale takie zespoły są, w porównaniu z ogromem współczesnej nauki, tak nieliczne, że prawdopodobnie większość publikacji dotyczących nowoczesnych dziedzin wiedzy nie może w Polsce liczyć na choćby jednego rozumiejącego, o co chodzi, czytelnika.

Codzienność polskiej nauki to trzeciorzędni liderzy, którzy niejednokrotnie przez całe naukowe życie nie wytknęli nosa poza mury jednej uczelni, a nawet jeśli gdzieś wyjechali, to rzadko coś przywieźli z powrotem. Ludzie, których jedynym marzeniem jest dotrwać do emerytury, niczego nie zmieniając i nie ucząc się już nigdy niczego nowego. I ich czwartorzędni uczniowie, kontynuujący anachroniczną tematykę badawczą i feudalny sposób myślenia swoich mistrzów. Budujący polskie "kariery naukowe", tak samo fasadowe jak polska edukacja, bo zamiast na dokonywaniu odkryć polegające na cierpliwym ciułaniu, w oderwaniu od świata, polskich stopni naukowych. Do tego negatywna selekcja: wyjazdy uzdolnionych ludzi za granicę i odchodzenie do przemysłu. Z którego, z powodu sformalizowanego charakteru polskiego awansu naukowego, nie ma właściwie powrotu na uczelnię. Wszystko to razem czyni z polskich instytucji akademickich środowisko modelowo antyinnowacyjne. I żadne większe pieniądze tego nie zmienią.

Polska "knowledge based economy" nieuchronnie okaże się taką samą fikcją jak masowa edukacja. Ale też oczywiście, tak samo jak edukacja, przyniesie wielu obrotnym ludziom całkiem niefikcyjne korzyści. A kiedy "innowacja" przestanie być modnym sloganem, ci sami ludzie przemieszczą się na inne, bardziej zielone pastwiska.


__________________________
Autorzy:

Dr hab. Jerzy Marcinkowski jest profesorem w Instytucie Informatyki Uniwersytetu Wrocławskiego. Był prodziekanem Wydziału Matematyki i Informatyki UWr oraz współtwórcą, dającego studentom bezprecedensową w Polsce możliwość wyboru przedmiotów, programu studiów informatycznych. Jest członkiem Państwowej Komisji Akredytacyjnej. Kamila Kuleszę poznał w University of Cambridge, gdzie był stypendystą The Isaac Newton Institute for Mathematical Sciences.

Dr Kamil Kulesza w pracy badawczej zajmuje się informatyką i zastosowaniami matematyki. Posiada również doświadczenie w konsultingu. Obecnie swój czas dzieli pomiędzy University of Cambridge i Polska Akademię Nauk, gdzie pracuje jako adiunkt. Odpowiada również za działania związane z przenoszeniem do polskich najlepszych brytyjskich wzorców akademi

Tekst ukazał się w Rzeczpospolitej 18 kwietnia. Niektóre fragmenty mogą być znajome bardziej uważnym czytelnikom tego bloga.

Wykop Skomentuj14
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale