13 obserwujących
146 notek
62k odsłony
60 odsłon

Czy Hitler był „bombowym terrorystą”?

Wykop Skomentuj1

O niektórych interesujących faktach związanych m.in. z atakiem Luftwaffe na Warszawę można przeczytać w książce The Bombing War, brytyjskiego znanego historyka Richarda Overy.

Prasa brytyjska już podczas II WŚ. twierdziła, że ​​bombardowanie Warszawy przeprowadzone przez Luftwaffe we wrześniu 1939 r. było aktem terrorystycznym, który naruszył reguły wojny i dlatego Churchill w odwecie nakazał bombardować cywilów w niemieckich miastach.

Po otoczeniu stolicy Polski przez wojska niemieckie, około 100 000 polskich żołnierzy wycofało się lub przedarło do miasta. Rozpoczęto budowanie szeregu koncentrycznych linii obronnych skierowanych w głąb miasta. Bezpośredni atak na miasto kosztował niemiecką 4 Dywizję Pancerną 57 czołgów. Lekcja dla Niemców była bolesna, uznali, że ​​ich wojska na ulicach miasta mogły być narażone na dużo większe straty.
 

Richard Overy pisze:

„Chociaż na Zachodzie panował powszechny pogląd, że niemieckie bombardowania były prawie jak z definicji „terrorystyczne”, Hitler wyjątkowo powstrzymywał się od nich. W pierwszych latach wojny odmówił sankcjonowania „bombardowań terrorystycznych” i odrzucał prośby niemieckiego sztabu lotnictwa o ich zainicjowanie, chociaż taki odwet był nawet wymagany. Dopiero po uderzeniach pociskami V w czerwcu 1944 r, aprobował całkowity masowy atak na brytyjskie cele[4].

Od Warszawy do Paryża

W pierwszym roku wojny niemieckie siły powietrzne przeprowadziły tak zwaną Operacyjną wojnę powietrzną, jak to określono w „Wytycznych prowadzenia wojny powietrznej”, opracowanych przez siły niemieckie w 1935 r. i wydanych w nieco zmienionej wersji w 1940 r. Chociaż dowództwo sił powietrznych ze względu na ich wyjątkową mobilność, elastyczność i siłę uderzenia nalegało na oddzielenie strategii lotnictwa od strategii armii lądowej i marynarki wojennej, w praktyce strategia ta była ściśle związana z kampanią lądową. Lotnictwo miało pokonać siły powietrzne wroga oraz jego źródła operacyjne i zaopatrzenia; zapewnić bezpośrednie wsparcie dla armii na polu bitwy przeciwko siłom naziemnym wroga lub marynarki wojennej; oraz atakować bardziej odległe cele, kilkaset kilometrów od linii frontu, które służyły siłom powietrznym wroga. Cele te obejmowały dostawców energii, produkcję wojenną, dostawy żywności, import, sieć transportową, bazy wojskowe oraz centra rządowe i administracyjne.

Lista nie obejmowała ataków na "morale" wroga ani cywilną zabudowę mieszkalną, którą siły powietrzne uważały za stratę wysiłku strategicznego, ale zawierała postanowienia dotyczące ataków z zemsty, jeśliby wróg bombardował niemieckich cywilów. Wszystkie operacje, z wyjątkiem tych ostatnich, miały na celu osłabienie zdolności wroga do utrzymania oporu na linii frontu. "Operacyjna wojna powietrzna" miała przyczynić się do głównego celu tj. zmuszenia sił zbrojnych wroga do rezygnacji z walki[5].

W praktyce ograniczenia niemieckiej technologii lotniczej, której ciężki wielosilnikowy bombowiec znajdował się jeszcze na wczesnym etapie rozwoju, oznaczały, że siły powietrzne były postrzegane głównie jako narzędzie do rozrywania linii frontu i poprzez użycie myśliwców do niszczenia jego sił powietrznych - natomiast średnie bombowce, ciężkie myśliwce i bombowce nurkowe atakowały formacje polowe wroga oraz bardziej odległe cele gospodarcze i wojskowe. Instrukcje dotyczące wsparcia powietrznego armii, wydane w lipcu 1939 r., potwierdzają, że siła lotnictwa mogła być wykorzystywana pośrednio w celu wsparcia armii, osłabiając zaopatrzenie i produkcję wroga oraz zmniejszając gotowość do wojny wrogiego narodu. Podkreślono jednak, że siły powietrzne będą potrzebne przede wszystkim w celu przyspieszenia ruchu armii poprzez atakowanie dużej liczby celów, stałych lub poruszających się, na froncie bitwy lub tuż za nim, które mogły stanowić przeszkodę dla ruchu armii[6]. Decyzja, aby zorganizować siły powietrzne w zintegrowane floty powietrzne, z których każda ma własny komponent bombowców, myśliwców, bombowców nurkowych i samolotów rozpoznawczych, i każda z nich jest przydzielona do określonej grupy armii, wzmocnił elastyczny, wielozadaniowy charakter działań lotniczych, ale także związał siły powietrzne z kampanią lądową. Krytycznym elementem współpracy sił powietrznych, jak słusznie postrzegano, była skuteczna łączność powietrze-ziemia, a dyrektywy dotyczące lotnictwa w 1939 i 1940 r. stanowiły "fetysz" precyzyjnie opisanych sposobów łączenia przez radio, system znaków lub oficera łącznikowego.[7]

Ten wspólny wysiłek stanowił trzon czegoś, co później nazwano „Blitzkrieg”, który przyniósł druzgocący efekt we wszystkich niemieckich operacjach lądowych w pierwszych dwóch latach wojny (i byłby wykorzystany również w południowej Anglii, gdyby niemieckie siły wylądowały na jesieni 1940 r.). Trudno jednak pogodzić ideę niemieckiego lotnictwa związanego elastycznie, ale pewnie, z kampanią lądową z popularnym rozpamiętywaniem niemieckiego bombardowania Warszawy we wrześniu 1939 r. i Rotterdamu osiem miesięcy później.

Na długo przed nadejściem „Blitzu” świat zachodni zaczął zakładać, że niemieckie lotnictwo, mimo ewidentnego wspomagania armii, było narzędziem do przeprowadzania powietrznego terroru, jak powszechnie uważano w Guernice w kwietniu 1937 r. podczas hiszpańskiej wojny domowej. W brytyjskich relacjach prasowych już podczas wojny utrzymywano, że ​te wczesne bombardowania przeprowadzone przez Niemców przeszły do historii „jako wybitny przykład zdeprawowanego zachowania… morderstwa na skalę, jakiej chrześcijaństwo nigdy wcześniej nie doświadczyło” [8]. Tak silny jest ten konwencjonalny pogląd na niemieckie okrucieństwo bombowe (które pomogło uzasadnić ciężkie bombardowania niemieckich miast w późniejszym okresie wojny), że warto bardziej szczegółowo przyjrzeć się historii niemieckich bombardowań miast przed rozpoczęciem kampanii przeciwko Wielkiej Brytanii we wrześniu 1940 r.

Niemiecka agresja na Polskę, która rozpoczęła się 1 września 1939 r., była modelowym przykładem sprawdzenia nowoczesnych sił powietrznych w walce. Tego dnia 397 samolotów polskich sił powietrznych, w tym 154 głównie przestarzałych bombowców i 159 myśliwców, zmierzyło się z dwoma niemieckimi flotami powietrznymi, Pierwszą (Air Fleet 1) pod dowództwem generała Alberta Kesselringa i Czwartą (Air Fleet 4) pod dowództwem generała Aleksandra Löhra, liczącymi w sumie 1581 samolotów w tym 897 bombowców i 439 myśliwców i myśliwców bombowych. Przewaga Niemców wynosiła ponad cztery do jednego. Podczas pierwszych trzech dni kampanii kolejne fale niemieckich bombowców i bombowców nurkujących atakowały lotniska, centra kolejowe, składy wojskowe i stacje radiowe. Siły powietrzne polskie zostały szybko przytłoczone, tak, że opór prawie całkowicie zaniknął. Połowa samolotów została zniszczona w walce, a te, które pozostały odleciały 17 września do baz w Rumunii, zamiast ryzykować zniszczenie lub schwytanie.

Od 4 września niemieckie siły powietrzne były w stanie skoncentrować ataki na drogach komunikacyjnych w celu spowolnienia polskiej armii, która próbowała się zreorganizować w głębi kraju. W dniach 6–13 września ataki powietrzne rozprzestrzeniły się dalej na wschód w kierunku Wisły i celów na Pradze, części Warszawy na drugim brzegu rzeki. Opór był niewielki, ale cele wojskowe, w które miały uderzyć niemieckie samoloty, były zasłonięte dymem i mgłą i niewiele ucierpiały podczas wstępnych ataków. Gdy armie niemieckie zamknęły pierścień wokół Warszawy i pobliskiej fortecy w Modlinie, siłom powietrznym nakazano bombardowanie koncentracji wojsk nieprzyjacielskich w mieście i wokół niego, ale nie atakowanie „strumieni kolumn uchodźców” na drogach opuszczających polską stolicę .[9]

16 września polski dowódca w Warszawie otrzymał ultimatum sześciu godzin na poddanie się. Odmówił, uznając stolicę za „specjalną strefę wojskową”, w wyniku czego niemieckie samoloty zrzuciły ulotki ostrzegające i nawołując ludność  do opuszczenia stolicy. Ponieważ Warszawa stała się miastem bronionym, niemieckie siły powietrzne miały prawo przyłączenia się do artylerii niemieckiej podczas oblężenia.

22 września Hitler zarządził ostateczną likwidację polskiego oporu w Warszawie, w tym naloty na ważne cele wojskowe, gospodarcze, a także budynki mieszczące władze wojskowe i polityczne[10]. Ministerstwo Spraw Zagranicznych zażądało, żeby siły powietrzne dołożyły wszelkich starań, aby uniknąć zniszczenia pałacu Belwederskiego. Hitler nakazał zachowanie szczególnej ostrożności względem sowieckich dyplomatów opuszczających miasto po ich inwazji na wschodnią Polskę 17 września. [11]

25 września doszło do rozległego bombardowania z użyciem bomb zapalających i w wyniku tego do wyrządzenia ciężkich szkód w centrum Warszawy. Zrzucono ok. 632 ton bomb, co było największym atakiem lotniczym przeprowadzonym do tej pory przez siły powietrzne. Przypadkowo trafione zostały oddziały 3 Armii Niemieckiej, gdy samoloty zboczyły zbyt daleko na obszary już zajęte przez siły niemieckie. 26 września wszystkie bombardowania ustały. Następnego dnia Warszawa się poddała. [12]

Ataki powietrzne na Warszawę miały na celu przyspieszenie kapitulacji sił zbrojnych broniących miasta, ale nic ponadto. Kiedy pułkownik Wolfram von Richthofen, mianowany „dowódcą lotnictwa do zadań specjalnych” (Fliegerführer zur besonderen Verfügung) i weteran bombardowania Guerniki, formalnie zawnioskował o zniszczenie całego obszaru miejskiego, szef sztabu lotnictwa niemieckiego, generał pułkownik Hans Jeschonnek, odmówił. Niemniej jednak wrażenie, jakie odniosła ludność polska i pechowi cudzoziemcy, którzy znaleźli się tam w trakcie bombardowania, było takie, że był to z premedytacją dokonany atak. Polski lekarz Zygmunt Klukowski jechał 4 września przez Lublin, zobaczył pierwszy dowód bombardowania: „trzy całkowicie zniszczone budynki mieszkalne. Wiele budynków miało wybite okna i zawalone dachy. ” Pięć dni później przeżył osiem nalotów na Lublin w ciągu jednego dnia: „Praktycznie wszyscy się modlili ”, napisał w pamiętniku. „Niektórzy cywile trzęśli się ze strachu.” Klukowski zauważył, że nie doświadczył niczego takiego w pierwszej wojnie światowej. [14] Chaim Kaplan opisał w swoim dzienniku piekło w Warszawie, gorsze niż „opis piekła Dantego”; wszyscy biegli, by schronić się w „ciemnych dziurach”, pełnych histerycznych kobiet[15]. 2 września niefortunna  bomba uderzyła w rezydencję ambasadora USA pod Warszawą. [16]

Luki między rozkazami sił powietrznych, które określały cele gospodarcze, wojskowe i administracyjne, a rzeczywistością w terenie, ukazywały ogromną przewagę powietrzną, którą niemieckie lotnictwo było w stanie osiągnąć, ale przede wszystkim problemy, które napotkano w celu osiągnięcia wysokiego stopnia celności nawet podczas bombardowania nurkowego z małej wysokości, problem, który charakteryzował prawie wszystkie operacje bombardowania podczas wojny.

Niemieckie badania pooperacyjne wykazały, że dwie fabryki samolotów w Mielcu i Lublinie, zgłoszone przez pilotów bombardujących je jako zniszczone, pozostały nietknięte. Pociągi "pod parą" stojące na torach opisywane były przez pilotów jako „rozbite”[17]. Ocena pooperacyjna dokonana przez generała Hansa Speidel w listopadzie podkreśliła szczególne znaczenie, jakie przywiązywano do niszczenia źródeł energii (elektryczności, gazu), ale ponieważ wiele z tych instalacji było zlokalizowanych w pobliżu stref mieszkalnych, naloty nieuchronnie pociągały za sobą straty wśród ludności cywilnej [18].

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale