399 obserwujących
2903 notki
12295k odsłon
  2110   0

Morlokowie znad Wisły


 

Od wczoraj wszyscy ekscytują się tym, że film Holland, choć jeszcze nawet nie został nominowany, ma szansę na Oskara. Piszą wręcz – mamy wreszcie szansę na Oskara. MY?!!! Jacy my?! My tej szansy nie mamy, bo film ten nie opowiada o nas, on opowiada o tym jak postrzegali nas ludzie śmiertelnie przerażeni, którzy siedząc w kanałach oceniali jedynie tę zaciętość w twarzach, tę determinację i wolę, interpretując ją zgoła inaczej niż nam się zdaje dziś i zdawało przez wszystkie powojenne lata. Oni nie widzieli i nie widzą do dziś starań, odwagi, sprytu, poświęcenia, nie widzą, choć mogliby zobaczyć. Nie zobaczą jednak, bo to my przegraliśmy, bo to my jesteśmy słabi. Człowiek zaś potrafi drodzy moi wybaczyć drugiemu wszystko, nawet wymordowanie całej rodziny, nie ma jednak na planecie Ziemia nikogo kto wybaczyłby słabość, lub się choćby nią zainteresował. Tak więc Agnieszka Holland opowiada naszą historię za nas i jeszcze podkreśla, że to MY ją opowiadamy. My, o czym spieszę donieść, mamy do opowiedzenia co innego. Być może zdarzy się jeszcze okazja, a być może nie. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy przyjmować te prezentacje pani Holland za swoje.


 

Porzućmy jednak te rozważania, bo są one dosyć odległe od naszego podwórka, choć stale próbują się tutaj zadomowić. W niechęci do Polski i jej historii ciekawsze są inne elementy, moim zdaniem najciekawsza jest tutaj postawa tak zwanych artystów niezależnych. I tu uwaga! Będziemy skakali po trupach! Zmarł oto Maciej Zembaty idol tylu ludzi, że nie pomieściłbym ich tutaj u siebie na podwórku wszystkich chociaż nie jest to małe podwórko. Tenże Zembaty prowadził bloga, którego nie czytałem, ale czytał go Toyah i pomieścił różne fragmenty u siebie. Oto schyłek życia pana Macieja ubiegł na nieustannym prawie szprycowaniu się narkotykami i dymaniu przywożonych przez kierowców kurew z agencji towarzyskich. W ten sposób bard scen wszelakich, idol starszych i młodszych, autor kilku słabych tekstów i jednego zapomnianego słuchowiska, człowiek dzięki któremu dowiedzieliśmy się jak nędznym i słabym autorem jest Leonard Cohen, żegnał się z tym światem. Kojarzyło się to jemu samemu z wolnością wyborów, ze swobodą i „byciem sobą”, jego znajomym zaś wydawało się to głębokie i tragiczne. W czasie tych żenujących ekscesów wspominał pan Maciej swoją niechęć do Polski i jej historii, szczególnie zaś do Powstania Warszawskiego, które według ludzi takich jak nasz bohater było dobrowolnym, zbiorowym samobójstwem. Zatratą. Co innego ćpanie i dymanie zarażonych jakimś tryprem pań, to nie jest zatracenie tylko triumf indywidualności i wolności nad duchem stada i obrzydłą kulturą przegranego narodu. Bo o to chodziło panu Maciejowi. O to, o co chodzi im wszystkim, oni chcą się po prostu znaleźć po stronie zwycięzców i pozostać tam na zawsze. I Zembatemu wydawało się przez całe życie, że on właśnie tam, jest. Dokonał wszystkich właściwych wyborów, oszukał kogo trzeba i podpisał wszelkie potrzebne dokumenty. Okazało się jednak, że to za mało by oszukać śmierć i za mało, by pozostać w pamięci ludzi dłużej niż dwa dni. Tak się bowiem składa, że pan Maciej, przy całej swojej niechęci do Polski, jej historii i obyczajów był jednak artystą polskim, którego twórczość istnieje tylko w tym języku. Artyści polscy zaś nie mają dziś dobrej prasy, nawet jeśli podpisują co trzeba i deklarują co trzeba. Artyści polscy mają dziś szansę jedynie wtedy gdy nie oszukują swojej publiczności. - Bądźcie sobą – powiedział pan Maciej na odchodnym. Cóż to znaczy według niego? Zagłuszanie strachu chemią i fizjologią? Czytam o tym kabotyństwie i przypomina mi się krwawa śmierć mojego ojca, gwałtowna i samotna. A potem spokojna śmierć mojej matki, którą za pomocą wielkiej ilości globulin uśpił nowotwór. I myślę, że to są wszystko za poważne sprawy, żeby kierować się tutaj radami pana Zembatego, a niechby nawet wydawał się komuś prawdziwy i mądry. To nędza. Nędza i samotność niechwalebna wcale. To pretensjonalność gorsza od rozsypywania prochów nad Himalajami.


 

Nie możemy mieć takich przewodników i takich wieszczów, szczególnie dziś, kiedy zostaliśmy Morlokami, którymi pewnie – dzięki Agnieszce Holland i jej znajomym – pozostaniemy jeszcze długo. Jeśli mogę mieć jakąś sugestię – zajrzyjcie na www.coryllus.pl To co zawarłem w książce „Baśń jak niedźwiedź. Polskie historie” może choć nie musi być jakąś alternatywą. Wkrótce na stronie tej będzie także książka Toyaha, która jest taką alternatywą na pewno. Zapraszam więc serdecznie. Www.coryllus.pl

Lubię to! Skomentuj64 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale