0 obserwujących
144 notki
138k odsłon
  2021   0

Radio Maryja i Gazeta Wyborcza w obronie agentów SB

 

Jakiś czas temu pod wpisem Chinaskiego pozwoliłem sobie na kilka bardzo krytycznych komentarzy pod adresem Radia Maryja. Zaznaczyłem jednak, iż doceniam pozytywną rolę, jaką odgrywa ono na naszym, właściwie już całkowicie jednorodnym, rynku medialnym (o ile o jakimkolwiek rynku czy konkurencji można tu mówić, skoro linia polityczna przytłaczającej większości mediów jest taka sama). Mój główny zarzut pod adresem toruńskiej rozgłośni dotyczył jej postawy wobec agentów peerelowskiej bezpieki. Otóż od lat broni ona ich jak lwica, ręka w rękę z np. Gazetą Wyborczą, tyle że RM broni innych TW (tzw. swoich) niż partia z Czerskiej. Reakcją było parę polemicznych głosów, z którymi dało się dyskutować, jednak najmocniej zaatakował mnie profesor Broda, który zamiast argumentów użył bardzo brzydkich sugestii, np. żelaznego „argumentu” najzagorzalszych wielbicieli ojca Rydzyka, zgodnie z którym każdy, kto krytykuje ich guru, musiał być donosicielem. I, co typowe, przestaje się wtedy liczyć dla nich logika (że o Dekalogu już nie wspomnę). Pan Broda trafił kulą w płot, ponieważ urodziłem się w roku 1973, więc w „przełomowym” roku 1989 miałem lat 16. Wspominam o tym niemiłym, acz błahym, incydencie, bo jest to przykład doskonale ilustrujący mentalność słuchaczy, a tym bardziej, wielu (choć na pewno nie wszystkich) dyżurnych komentatorów RM. Ich postawę można opisać tak: współpracownicy SB są ‘be’, z wyjątkiem tych, którzy są ‘nasi’.

 

Przykłady? Proszę bardzo. Zacznę od mniej znanego: Józefa Szaniawskiego, nadwornego eksperta i historyka RM, szerszej publiczności znanego jako pełnomocnika płk. Ryszarda Kuklińskiego. Najlepiej sylwetkę tego pana przedstawią obszerne cytaty z Waldemara Łysiaka:

 „(…) już w roku 1994 zerwałem z nim[Józefem Szaniawskim] wszelkie kontakty, mówiąc mu wprost, iż się nim brzydzę. Tego (…) obrzydzenia nabrałem wskutek lektury pewnej książki. Książka nosi tytuł „Być szpiegiem” (Warszawa, Wydawnictwo MIK, 1994). Autorzy: Krzysztof Dubiński i Iwona Jurczenko. Treść: sylwetki ludzi skazanych przez sądy PRL-u za szpiegostwo lub za współpracę z radiem Wolna Europa. W rozdziale 32 znajduje się dużo informacji na temat J. Szaniawskiego, opartych m.in. o wypowiedzi jego bliskich znajomych. Dowiadujemy się tam, że Józef Szaniawski był:

  • Nauczycielem pracowników MSW w ramach CKU, twierdzącym, że jest „wykładowcą Akademii MSW” oraz lektorem specjalnego kursu dla kadr MSW (…).
  • „Gorącym przyjacielem Związku Radzieckiego” i nader aktywnym członkiem TPPR (Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej), postulującym m.in., by jedną z warszawskich ulic nazwano ulicą marszałka Rokossowskiego.
  • Częstym gościem w gmachach KC PZPR i MSW, gdzie odwiedzał znajomych i załatwiał ważne interesy.
  • Posiadaczem wydanej przez MSW przepustki do jazdy via zamkniętych dla zwykłych samochodów Nowy Świat, tudzież milicyjnej „R”-ki zwalniającej od kontroli drogowych.
  • Posiadaczem mieszkania zdobytego dzięki MSW.
  • Dobrym znajomym generała MSW Mirosława Milewskiego, którego uważa się za czołowego promotora mordu na księdzu Popiełuszce („Opowiadał, że telefon załatwił mu jego osobisty znajomy, sekretarz Milewski”).
  • Żarliwym obrońcą tezy o słuszności wprowadzenia w 1981 roku stanu wojennego i „zdecydowanym przeciwnikiem wszelkiej opozycji”.
  • Człowiekiem niedwuznacznie i skutecznie utrzymującym wśród wszystkich swoich znajomych przekonanie, że jest wpływowym funkcjonariuszem MSW („Dawał wprost do zrozumienia, że jest oficerem MSW”; „W Zarządzie Głównym TPPR uchodził za majora MSW”; itp.).

 Nie wiem czy powyższe informacje są prawdziwe. Ale wiem, że jeśli tylko drobna ich liczba jest prawdziwa, to już by starczyło na czepiec hańby kompromitujący dożywotnio. Jeśli zaś całość jest kłamstwem, to obowiązkiem człowieka tak mocno szkalowanego jest publicznie (krzykiem!) zdementować kłamstwa, jak również przywlec szkalujących do sądu, by ten wlepił im karę. Tymczasem J. Szaniawski nie wytoczył procesu autorom książki, i co gorsza – nigdy, nawet jednym słowem nie zaprzeczył informacjom szerzonym przez tę publikację.

Konsekwentne a osobliwe milczenie, które J. Szaniawski kultywuje, udając, że nie dostrzega czynionych mu zarzutów, potwierdziła rok temu głęboka cisza, z jaką został on usunięty ze składu „Gazet Polskiej”. Tę dymisję zawdzięcza Łysiakowi, a dokładniej fragmentowi książki „Łysiak na łamach 5 – Old-fashion man”, gdzie podczas wywiadu-rzeki jednym zdaniem stwierdziłem, iż „śmieszy mnie, że w zespole redakcyjnym gazety grającej forpocztę antykomunizmu pracuje heros, co za komuny był aktywnym członkiem Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, współautorem biuletynu <<ZSRR – fakty, liczby, opinie>>, pedagogiem pracowników MSW, deklarującym ustnie i pisemnie swą wrogość do << Solidarności>> i do antykomunizmu”. Pierwszy rzut nakładu mojej książki został przywieziony z łódzkiej drukarni do Warszawy o 9.30 rano w poniedziałek 14 kwietnia 1997 roku i tegoż dnia około południa był już w stołecznych księgarniach. Dwa dni później w kioskach „Ruchu” ukazał się numer 196 „Gazety Polskiej”, a tzw. stopka redakcyjna wymieniała jeszcze nazwisko Szaniawskiego jako członka redakcji – zwyczajnie, nie zdążono tego nazwiska usunąć. Lecz od następnego numeru (197) zniknęło ono ze stopki bezpowrotnie. Przy całkowitym milczeniu co do przyczyn.” („Piórem i mieczem”, EX LIBRIS, Warszawa 2001)

 

O innych zarzutach stanowiących „czepiec hańby kompromitujący Szaniawskiego i innego herosa RM dożywotnio” oraz o tym, jak to medium i jego zwolennicy traktują osoby mówiące prawdę o PRL-owskich kolaborantach, napiszę w następnej notce…

Lubię to! Skomentuj25 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale