55 obserwujących
61 notek
142k odsłony
  7977   0

PIOTR BEDNARZ, PAMIĘTAM. OFIAROM STANU WOJENNEGO

Piotr wyszedł już ze szpitala. Spotkaliśmy się we Wrocławiu. Zorientowałam się, że nie ma środków utrzymania. Nie mógł pracować. Był  bardzo słaby i ciągle dochodził do siebie po więziennych przejściach. Zamieszkał w rodzinnym domu na wsi w Jeleniach. Zaczynam chodzić po kościołach, prosić znanych działaczy solidarnościowych o finansową pomoc. Praktycznie bez powodzenia. Barbara Labuda z zaciśnietymi ustami powiedziała mi, że „tchórzom się nie pomaga”. Razem z jednym z ukrywających się  działaczy związanych z SW, z którym blisko współpracowałam organizujemy pomoc, w którą zaangażowali się nasi znajomi oferując comiesięczne datki. Dyskretnie, gdyż Piotr powiedział mi bardzo wyraźnie, że „nie chce jałmużny”. Nie czuje się dobrze  na wsi u rodziców, niezrozumiany, odizolowany od swojego środowiska, gdzie jest pod ciagłą obserwacją SB. Decydujemy więc, że wyciągniemy go na odpoczynek tak aby poczuł się chociaż trochę wolny. Nie było to łatwym zadaniem. Najpierw trzeba było zorganizować bezpieczne miejsce gdzie nikt go nie zna i nie obawia się go gościć, co prezentowało znaczne trudności, a poźniej wywieźć ze wsi od rodziców tak aby nie zorientowali się obserwujący ich dom funkcjonariusze SB. Wybór padł na zaprzyjaźnionego księdza na parafi w górach. Początkowo się zgodził lecz w ostatniej chwili obleciał go strach i się wycofał. Z pomocą zaufanego działacza z Solidarności Wiejskiej wynajmujemy drewniany dom na letnisku w Osoli koło Wrocławia. Aby zmylić czujność funkcjonariuszy SB poleciłam Piotrowi aby przez conajmniej dwa tygodnie codziennie pod wieczór o tej samej porze chodził na spacer pod las. I do tego lasu pewnego wieczoru podjechaliśmy samochodem i niezauważeni przez nikogo wywieźliśmy go do Osoli. Była wczesna wiosna, przed sezonem. Ośrodek nie był jeszcze czynny, tak więc nie było w około żywej duszy. Spędziłam tam sama z Piotrem grubo ponad tydzień.

Piotr nocami nie mógł spać. Kładł się dopiero nad świtem. Siedziałam więc z nim do białego rana. Po paru takich nieprzespanych nocach nie dawałam już rady. Były to ciężkie noce.  Dużo rozmawialiśmy ale to już nie był ten sam Piotr, którego znałam wcześniej. Jego oczy były nieobecne, puste. Potrafił siedzieć godzinami wpatrzony w przestrzeń tak jakbym była nieobecna. Ale nie chciał abym wyszła. Bał się nocy, bał się że jak zaśnie to już się nie obudzi. Powiedziałam mu, że boję się pustki, którą widzę w jego oczach. „Jestem Łazarzem, który był TAM i wrócił. W jakiś sposób nie przynależę już do tego świata” - odpowiedział. Poprosiłam go aby jednak spróbował zasnąć. Była już późna noc. Posłałam mu łóżko i skierowałam się do drzwi. Piotr zapytał czy wychodzę bo boję się zobaczyć jego blizny. Nie, nie bałam się. Nie chciałam jednak powiedzieć, że te nieprzespane noce, które z nim przesiedziałam czekając świtu już mnie wyczerpały i marzyłam tylko o tym aby się porządnie wyspać. Nie byłam jednak przygotowana na to co zobaczyłam.  Brzuch pokryty koszmarną blizną. Skóra przezroczysta tak, że prawie widać było wnętrzności. Czuł się kaleką. Bał się, że gdy się pochyli cieńka jak pergamin skóra pęknie. Zapytał czy i ja wierzę w to, że w więzieniu próbował się zabić.  Zmieszałam się. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Zaczął opowiadać. Musiałam jednak przysiąc na wszystko co najświętsze , że tak długo jak on żyje nie upublicznię tej historii. SB zagroziło mu śmiercią najbliższych gdyby prawda ujrzała światło dzienne. To, że przeżył było wynikiem zbiegu okoliczności, których funkcjonariusze nie przewidzieli.

Bednarz traktowany był w więzieniu z wyjątkową brutalnością w celu wymuszenia współpracy. Opowiadał mi między innymi o tym jak zimą zamykali go nocą nagiego w celi z otwartmi oknami. W młodości chorował na gruźlicę o czym funkcjonariusze dobrze wiedzieli. Grożono zabiciem Frasyniuka, jeżeli nie zacznie współpracować, bito, izolowano. W nocy z 12 na 13 maja  otworzyły się drzwi celi. Ktoś wszedł. Zanim się zorientował poczuł w brzuchu tępe ostrze poczym się osunął. Z ciężką raną trafił do więziennego szpitala gdzie przez pierwsze dni czuwał przy nim Patryk Kosmowski. Wspominał też Kropiwnickiego, który pochylał się nad nim i namawiał do jedzenia. Odmawiał jednak przyjmowania pokarmów. Wtedy bowiem już nie chciał żyć, gdyż jak mówił stracił zupełnie wiarę w człowieka. I to uratowało mu życie. Operując go w Barczewie więzienny lekarz zaszył go pozostawiając otwartą uszkodzoną otrzewną. Przyjęcie jakiegokolwiek pokarmu spowodowałoby śmierć. Następna operacja w Olsztynie. Wieść o tym co spotkało Piotra zaczęła sie szybko rozchodzić i nie sposób było tego dłużej ukrywać. W krótkim czasie Jan Paweł II dowiedział się o sytuacji Piotra i zorganizował dla niego pomoc. Po interwencji episkopatu przewieziono go do Warszawy do szpitala na Banacha. Gdyby jeszcze czekano trochę dłużej nie przeżyłby. Chociaż operacja się udała Piotr nie dochodził do zdrowia. Utracił wszelką wolę życia. Cierpiał ogromnie i podawano mu silne środki uśmierzające ból. Opinia lekarzy była zgodna. Totalna depresja. Brak woli życia.

Lubię to! Skomentuj120 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale