130 obserwujących
53 notki
306k odsłon
177 odsłon

Rozdział Szesnasty

Wykop Skomentuj11

    –Jesion, Bolek Jesion. Mówi panu coś to nazwisko? – Return miał kłopot, żeby sobie przypomnieć. Myślami był gdzie indziej. Przygotowywał kolejny program, dla którego punktem odbicia było Powstanie Warszawskie. Bogatyrowicz wezwał go tydzień temu. Spotkali się w pubie na Koszykowej.
To był dobry program – powiedział Bogatyrowicz, kiedy po raz pierwszy stuknęli się szklankami piwa. – Przygwoździłeś tych prostaków od polityki historycznej, od muzeum. Do muzeum z nimi – zaśmiał się.
    Pochwały od Bogatyrowicza miały dla Returna znaczenie najwyższe, choć zdawał sobie sprawę, że redaktor używa ich bardzo świadomie i rzadko kiedy są tylko efektem spontanicznego podziwu. Może zresztą spontaniczny podziw Bogatyrowicza wzbudzały wyłącznie zjawiska, które były zgodne z jego szerszymi projektami? Jak by nie było, pochwała od niego smakowała jak najlepszy trunek i Return poczuł gęsią skórkę na ciele.
    Z programu był zresztą zadowolony. Na początku dał się wygadać dwóm młodym entuzjastom. Jeden był współtwórcą muzeum Powstania Warszawskiego, drugi – publicystą wspierającym go żarliwie. Opowiadali o heroizmie i pamięci, na której Polacy mogą budować swoją tożsamość. Return wypytywał naiwnie czy tak wielka zbiorowa tragedia może być traktowana apologetycznie. Odpowiadali, że postawa powstańców jak najbardziej, a pamięci nie można podporządkowywać kryterium sukcesu, bo sama pamięć jest już zwycięstwem. Po jakimś czasie, kiedy młodzi zaczęli czuć się coraz pewniej, Return przerwał im i ceremonialnie zaprosił świadków historii: kulawą kobietę, która oprócz nogi straciła wówczas całą rodzinę i do teraz nie mogła podnieść się z traumy tamtych wydarzeń, i uczestnika powstania, który namiętnie, chrypliwym głosem domagał się sądu nad jego organizatorami i przywódcami. Kobieta wtórowała mu. Świadków wprowadzał dokument pokazujący ich losy, a na czas ich wystąpienia ściany zmieniły się w ekrany, na których przesuwały się zdjęcia obrazujące koszmar powstania.
Muzeum? Jakie muzeum?! Chcecie znowu oszukiwać ludzi! Wmawiać im dyrdymały! Sąd się należy! Sąd! Skazać tych, którzy wymordowali pokolenie! Powierzono im ludzi, a oni ich zabili! To ich zbrodnia, ich głupota – na śmierć, wysłała na śmierć! – krzyczał Rafalski. Pani Jagoda płakała. Jej rozpacz i gniew Rafalskiego unieważnił argumenty młodych, rozbroił ich i speszył, zwłaszcza że Return wraz z ekipą zadbali o dobór innych uczestników historii, którzy na ekranach na tle płonącej Warszawy i stosów trupów opowiadali o cierpieniu, zniszczeniu i śmierci. Młodzi, którzy deklarowali szacunek do powstańców, sami odebrali sobie możność polemiki. Jakie zresztą argumenty przeciwstawić można bólowi, rozpaczy i uzasadnionemu gniewowi?
Ale nie możesz na tym poprzestać – wywodził Bogatyrowicz, teraz już nad szklaneczką Black Label Johny Walker w swoim zawalonym książkami mieszkaniu. – Musisz iść za ciosem! Mam pomysł. Pokaż, że istnieją różne pamięci. Znajdź takich warszawiaków, a w każdym razie znajdź świadectwa o takich, którzy chcieli spokojnie przeżyć wojnę. Powstańcy zburzyli ich życie i faktycznie pozabijali ich. Przecież nie mieli do tego prawa! Trzeba to pokazać. Trzeba rozpierdolić to martyrologiczne spoiwo! Ludzie mają prawo do zwykłego życia, no nie?! Do życia, a nie do śmierci! No nie, panie redaktor? – Bogatyrowicz klepnął w kolano Returna, który zapalił się do pomysłu.
Bolek Jesion. Tak się przedstawił – powtórzyła pani Hania, asystentka Returna. Tak, to był facet z ich grupy. Ostatni raz spotkał go na jakimś zjeździe Solidarności. Umawiali się, że zrobią spotkanie ich towarzystwa, tych, którzy zostali z grupki zaczynającej opozycję jeszcze przed osiemdziesiątym. Nie zeszli się jednak nigdy. Return był zadowolony. Wybieram przyszłość – pomyślał rozbawiony.
Czego chce? – zapytał niechętnie.
Prosił o pana telefon. Jakiś wasz wspólny znajomy się powiesił. Jak on się nazywał? Struna czy jakoś podobnie?
    Tak musiało się to skończyć, tak musiało się skończyć, kołatało w głowie Returna. Ta kołatka odzywała się od miesięcy. Od kiedy spotkali się na rynku w Krakowie, pół roku temu. Nie była za głośna, ale uporczywa i męcząca. Odzywały się w niej niezrozumiałe słowa Struny i odpowiedzi Returna, dźwięk głosu, niejasny wyrzut... Kołatka niekiedy zaczynała stukać przed zaśnięciem, a potem tłukła się w snach. Czasami Return budził się z nią i kwaśnym smakiem sennych majaków w ustach. Umrzyj wreszcie, daj spokój sobie i innym – powtarzał w kierunku niknącej twarzy Struny, powtarzało coś w nim wtedy właśnie z pasją, z nienawiścią do tego kloszarda, degenerata, który tak uporczywie trzymał się życia. Bo przecież nie Return był winny tego, co spotkało jego byłego przyjaciela, nie Return, nikt nie był winny, chyba że on sam, sam Struna pieszcząc swoje rany... Tylko on, bo nie odpowiadamy za innych, jeśli nawet za siebie nie możemy wziąć odpowiedzialności, nikt nie jest winny, bo nie ma winy, jest tylko cierpienie, od którego powinniśmy się uwolnić, które człowiek rozumny potrafi przezwyciężyć, bo wie jak niewiele zależy od niego, jak blisko jest od heroizmu do podłości, od zdrady do poświęcenia, od miłości do nienawiści. Zbieg okoliczności wyznacza nasze role i jedyne, co potrafimy, to pogodzić się z tym, przyjąć nasze przeznaczenie. On, Return, był rozumny i dlatego kołatka w jego głowie stukała nie za głośno choć uporczywie. Chociaż odzywała się niespodziewanie, co jakiś czas i nie dawała zapomnieć. Myślał nawet, że powinien jakoś pomóc Danielowi, lecz wiedział, że jego byłemu przyjacielowi nie pomoże już nic i jedynie śmierć zgasi jego rozpacz. W sumie dobrze więc, że skończył się ten koszmar; dobrze dla Daniela; dla wszystkich, dla Returna też, bo może wreszcie ucichnie ta natrętna kołatka? Dawny przyjaciel przestał się przecież męczyć.
    Jakiś tydzień temu na adres telewizyjnej redakcji Returna przyszła przesyłka od Struny. Z rozrywanej koperty wyfrunęła ręcznie zapisana kartka:

„Jednak wyszło ich więcej. Dopisałem trochę. Teraz jest ich sto czterdzieści dziewięć. Zrobił się niezły tomik. I chyba są niezłe. Wiersze. Tylko po co komu wiersze? Nie zbawią narodu ani człowieka. Oceń. Może jednak... Jesteś ostatnim człowiekiem, do którego mogę mieć zaufanie. Jedynym, bo do siebie mieć go nie mogę. Inni mogą być mili, ale nie potrafią nic zrozumieć. No, jest jeszcze Jola, ale jej nie ma. Nie wiadomo, co się z nią dzieje i czy w ogóle żyje. Tak chciałbym się czegoś o niej dowiedzieć. Może powiesz jej coś o mnie. Gdyby udało Ci się ją znaleźć. Zresztą, przecież to niemożliwe. Zostają tylko te wiersze, listy do nieznanego adresata. Zdecyduj, co z nimi. To ostatnia rzecz, o którą Cię proszę. Zamykam rachunki. Daniel”

    Był zajęty, nieuważnie przerzucił więc tylko parę stroniczek. Dziś nie pamiętał z nich nic. Zirytował go zresztą afektowany ton listu. Pękatą kopertę rzucił na stos korespondencji. Uświadamia sobie, że musi przekopać go. Wyłowić kopertę od Daniela.
    Teraz Return chce zapomnieć o obrazie byłego przyjaciela i o spotkaniu na krakowskim rynku pół roku wcześniej. Pomimo prób nie potrafi jednak powrócić do projektu programu, nie może przestać widzieć zniszczonej twarzy naprzeciw siebie w kawiarni „Redolfi”; słyszy pojedyncze słowa bełkotliwego wyznania, brudny strumień świadomości zatruwa słuchacza. Ta postać nie chce zniknąć z jego życia, choć udaje, że oddala się, odchodzi niekonsekwentnie, w przedłużającą się agonię, która wprawdzie kończy się groteskowym tańcem na stryczku, bo chwilami Return z pasją usiłuje przywołać, wyobrazić sobie śmieszne, ostatnie podrygi, ale postać trwa swoim utajonym istnieniem, jej cień snuje się wśród książek jego biblioteki.
    Return patrzy na ich grzbiety układające się szeregami, nieme znaki obcych doświadczeń. Tu były kiedyś okna, ale teraz nie ma ich, pozostały książki. Musi przejść przez pokój, kolejny i z korytarza wejść do sypialni, aby popatrzeć na ciemność za oknem. Papieros nie pomaga i musi otworzyć okno, zaciągnąć się wilgotnym powietrzem. Wychyla się w ciemność między drzewami, które tłumią hałas miasta. Wilgoć, spaliny, kwaskowy smak wieczoru. Ognik papierosa zatacza łuk w ciemności, pogrąża się w niej, ginie na bruku.
    Dziś nie zrobi już nic. Telefonuje do sekretarki programu. Tym razem zapisuje numer Jesiona.
    Nierozpoznawalny głos po drugiej stronie. Dużo słów.
Taka tragedia! – Powtarza się co jakiś czas. – Kto mógł przypuścić. Nie widywał się prawie z nikim. Nawet Witeccy, u których mieszkał, widywali go coraz rzadziej. Coraz bardziej sam... Zresztą, zawsze był sam. Od kiedy wyszedł z więzienia. Pamiętasz? – Jakby mógł nie pamiętać. – Więzienie go zmieniło. Ale... Powiesił się. Był sam. No i wiesz... Alkohol... Bez pieniędzy, pracy... Mieszkał u Witeckich. Pamiętasz Józka? Ożenił się z Karoliną Jaskier. To Karola go znalazła, znaczy Daniela, znaczy po śmierci, no, wiesz... Jest w szoku. Rozmawiałem z nimi. Właściwie, gdyby zebrało się wystarczająco dużo osób, nie byłoby tak drogo, ale nie ma czasu, bo trzeba zapłacić już... My wyłożymy trochę. To znaczy większość. Głównie Witeccy. Mają tę firmę, ale coś ostatnio cienko przędą. Potrzebny jest jakiś tysiąc... Właściwie dziewięćset wystarczyłoby... My wykładamy ponad dwa patyki...
    Return zawahał się tylko na moment.
W porządku. Wyłożę tyle. Mam nadzieję, że jak będzie zbiórka, to trochę mi zwrócicie – mruknął nie do końca serio do słuchawki.
Spróbuję znaleźć innych. Zapytam. Na pewno się dołożą.
Mam nadzieję, mam nadzieję – powtórzył Return. Potem było jeszcze parę spraw organizacyjnych. Termin pogrzebu.
    Noc za oknem. To był także wieczór nadchodzącej jesieni, choć innej epoki, kiedy do zwykle zatłoczonego, choć tym razem w miarę pustego pokoju w akademiku przyszedł Struna. Byli przyjaciółmi, więc Return nie zdziwił się nawet, kiedy przybyły zaproponował mu spacer, pomimo że w pokoju byli tylko: Mirek męczący się nad jakąś książką i kłócący się namiętnie Staszek i Leszek. Nie uzgadniając niczego od bramy akademika skierowali się w prawo na Błonia. Chodzili w mroku. Z ziemi podnosił się zapach gnijących liści. Struna mówił jak zwykle namiętnie, porywał tym słuchaczy, wywołując u Returna fascynację i zawiść. Tym razem przypominał mu wspólny wstyd, gdy trzy miesiące wcześniej oglądali w telewizji wiece w zakładach pracy, przez ulice strugami zlewające się na stadiony, aby potępić warchołów, którzy tydzień wcześniej w imieniu tych obecnych odważyli się zbuntować. Na ekranach nie pokazywano potępianych, których szpalerami pałek pędzono do więzień. My wiedzieliśmy. Wszyscy wiedzieli. Strach i upokorzenie wypełniały czerwiec.
Są ludzie, którzy odważyli się – krztusił się dymem i słowami Struna idąc coraz szybciej, tak że Return musiał biec nieomal, aby nadążyć za nim. – Podpisali się, ujawnili. KOR, Komitet Obrony Robotników. Wierzą, że coś można. Wolna Europa trąbi o tym od kilku dni na okrągło. Możemy coś zrobić. Zacznijmy od zbiórki pieniędzy... Przekażemy je KOR-owi...

 


Wykop Skomentuj11
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale