Empereur
"Polska jest nieśmiertelna. Wyzwolimy ją z pęt niewoli odbudujemy z gruzów. Tak nam dopomóż Bóg! (...) Nie zginie Polska! Nie zginie! Lecz żyć będzie po wieki wieków, w potędze i chwale. Dla was, dla nas i dla całej ludzkości." - Ignacy Jan Paderewski
12 obserwujących
109 notek
95k odsłon
  398   0

Koronahisteria i koronafaszyzm

Po krótkiej, czerwcowej odwilży, epidemiczne szaleństwo powraca pełną parą. Media znów codziennie trąbią o "liczbie zakażonych" koronawirusem. Politycy zapowiadają kolejne "obostrzenia". Różnej maści "eksperci" od epidemii zachęcają rząd do wprowadzania "obostrzeń" i krytykują ich zbyt szybkie zniesienie. Policja zaczyna coraz surowiej kontrolować przestrzeganie obowiązku noszenia maseczek na zakupach w Biedronce. Zwykli ludzie, zastraszeni przez medialny przekaz, zaczynają atakować ostracyzmem tych, którzy nie noszą maseczek i krytykują politykę "zostawania w domu". 

Od jakiegoś czasu zwraca się uwagę na to, że w czerwcu i lipcu bardzo wielu ludzi po prostu przestało przestrzegać obostrzeń, nawet tych, które pozostały po poluzowaniu. Przestali nosić maseczki, w komunikacji miejskiej siadają jak chcą, na weselach, plażach, czy innych zgromadzeniach nie zachowują żadnych wymaganych odległości. Wirusowi alarmiści oskarżają takich ludzi o lekkomyślność i ignorowanie zagrożenia. W rzeczywistości jednak ludzie zauważyli po prostu, że te wszystkie wymogi i obostrzenia zwyczajnie... nie są do niczego potrzebne. Na przełomie marca i kwietnia wykreowano w medialnym przekazie i rządowej propagandzie taki obraz rzeczywistości, jakby praktycznie każde wyjście z domu i każdy potencjalny kontakt z innym człowiekiem, był walką o życie. Kazano dezynfekować ręce na każdym kroku, zalecano nie podawać nikomu ręki, zachowywać dystans, zasłaniać twarz, w sklepach zakładać rękawiczki, z domu nie wychodzić w ogóle. Gdy atmosfera nieco zelżała i zniesiono najsurowsze obostrzenia, takie jak niesławny zakaz wychodzenia z domu, ludzie po prostu zaczęli wracać do normalnego życia i zobaczyli, że pomimo tego całego epidemicznego szumu, zwyczajnie nic złego się nie dzieje. Chodzą do pracy, chodzą po zakupy, chodzą na wesela, spotykają się z innymi ludźmi, chodzą do parku i na plażę - i nikt od tego nie umiera, nikomu się nie dzieje żadna krzywda. Przekaz o konieczności zostawania z domu i zachowania społecznego dystansu, propaganda przekonująca o tym, że trzeba zatrzymać funkcjonowanie społeczeństwa, bo każde wyjście z domu jest zagrożeniem życia własnego i innych, okazały się zwyczajnie fałszywe.

Dziś sytuacja wygląda tak samo. Pomimo mediów grzmiących o rosnącej liczbie zakażeń, zdecydowana większość społeczeństwa funkcjonuje zupełnie normalnie, a ich codzienne życie niewiele różni się od życia sprzed pandemii. I nadal, zdecydowanej większości ludzi nic złego w związku z tym się nie dzieje. Chodzą do pracy, po zakupy, do parku, na plażę, między ludzi, na wesela, do kościoła, jeżdżą komunikacją miejską, nie zachowują żadnego dystansu, nie noszą maseczek i... nic. Jedynie panikarze w mediach społecznościowych wykrzykują klątwy i oskarżenia o bezmyślność i nieodpowiedzialność, a w rzeczywistości nie dzieje się zupełnie nic nadzwyczajnego. 

Media jednakże grzmią o rosnącej liczbie przypadków i budzi się alarmizm. Gdy czyta się panikarskie artykuły o potrzebie powrotu do obostrzeń, czy słucha ludzi którzy te artykuły łykają, można odnieść wrażenie, że na ulicach w Polsce walają się zwłoki ofiar koronawirusa, zbierane do masowych grobów przez służby sanitarne, a po ulicach grasują hordy żywych trupów. Wyjście po zwykłe zakupy całkowicie jednak zaprzecza temu obrazowi. Poza okazyjnymi kolejkami w niektórych sklepach, codzienne sprawy mają się raczej normalnie. Nie zmieniają tego żadne alarmistyczne brednie o "chorych bezobjawowo", którzy jakoby mają się czaić na każdym kroku i zarażać kolejne osoby, które również będą "chore bezobjawowo", w związku z czym korona-panikarze za chorych chcieliby uznać praktycznie wszystkich i oskarżają o zarażanie każdego, kto chodzi po ulicy bez maseczki. Jest to zupełne szaleństwo. 

Epidemia Covid-19, jakkolwiek realna lub nie, stała się w praktyce tematem zastępczym dla o wiele poważniejszego problemu, który zresztą zaistniał na fali tej epidemii. Rządy całej Europy, z polskim włącznie, przyznały sobie pod pozorem walki z epidemią niewyobrażalną władzę. Rządy wielu krajów Europy, z polskim włącznie, dopuściły się na fali koronawirusa masowego gwałtu na wolnościach i prawach podległych im obywateli, jakich Europa nie widziała co najmniej od czasów upadku bloku sowieckiego. Dopuściły się ich, co więcej, w znacznym stopniu nielegalnie. Niesławny "zakaz przemieszczania się", czy całkowity zakaz funkcjonowania niektórych zakładów usługowych (np. fryzjerskich), zostały wprowadzone przez polski rząd w kwietniu z ewidentnym przekroczeniem jego ustawowych uprawnień. Przez parę tygodni mieliśmy w Polsce państwo policyjne, w którym obywatele musieli się tłumaczyć policji z tego, dlaczego w ogóle znajdują się poza domem. Nawet w stanie wojennym takie sceny miały miejsce dopiero po godzinie dwudziestej drugiej. W stanie epidemii roku pańskiego 2020 - przez całą dobę. Członkowie rady ministrów odpowiedzialni za ten gwałt na wolnościach obywateli powinni stanąć przed Trybunałem Stanu i raz na zawsze zniknąć z polskiej polityki. 

Nie tylko jednak nic takiego się nie dzieje, ale nawet prawie nikt się tego nie domaga. Zamachowi na elementarne wolności towarzyszy bowiem również niespotykane od dziesięcioleci wypranie mózgu społeczeństwu.

Media wspierające opozycję czasami nieśmiało przebąkiwały coś o wątpliwej legalności wprowadzanych obostrzeń, ale jednocześnie, w duchu walki z wirusem... krytykowały ich nieprzestrzeganie i rzekomo przedwczesne luzowanie. Po tym, co zrobił rząd w kwietniu, na Alejach Ujazdowskich powinna czekać na niego wielotysięczna demonstracja, gotowa wywieźć całą radę ministrów na taczkach z gnojem. Nic takiego się jednak nie dzieje. Rzekomi obrońcy wolności i praworządności są skłonni twierdzić, że Andrzej Duda został wybrany na drugą kadencję legalnie oraz nielegalnie jednocześnie, ale jakoś nie protestują, gdy rząd dopuszcza się najbardziej rażącego, masowego łamania praw obywatelskich, jakie Polska widziała od kilkudziesięciu lat. Ta bierność jest niewyobrażalną kompromitacją po stronie polskich środowisk opozycyjnych.

Epidemia empirycznie wykazała, że od niemalże totalitarnego systemu państwa policyjnego dzieli nas tylko dawka odpowiednio dobranej propagandy. Wystarczy społeczeństwo nieco zastraszyć, a nie tylko się podporządkuje, ale nawet samo będzie ostracyzować tych, którzy się nie podporządkują. Można ludziom zakazać wszystkiego i prawie nikt nie będzie protestował.

Jest to perspektywa o wiele bardziej przerażająca, niż jakiekolwiek informacje o nowym dobowym rekordzie zakażeń koronawirusem.

Lubię to! Skomentuj18 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości