Empereur
"Polska jest nieśmiertelna. Wyzwolimy ją z pęt niewoli odbudujemy z gruzów. Tak nam dopomóż Bóg! (...) Nie zginie Polska! Nie zginie! Lecz żyć będzie po wieki wieków, w potędze i chwale. Dla was, dla nas i dla całej ludzkości." - Ignacy Jan Paderewski
12 obserwujących
109 notek
95k odsłon
  747   1

Jak rozwiązać problem kredytów hipotecznych

Od 2015 r. stopy procentowe w Polsce były na bardzo niskim poziomie. Prezes Narodowego Banku Polskiego zapowiadał, że nie ma perspektywy, by stopy te miały wzrosnąć. W marcu 2020 r. przyszła pandemia i w kolejnym miesiącu stopy procentowe zostały jeszcze bardziej obniżone, w tym stopa referencyjna do ekstremalnego poziomu 0,1%. Kredyty hipoteczne stały się tym samym rekordowo tanie. Sytuacja zaczęła ulegać zmianie w październiku 2021 r., kiedy to szalejąca inflacja skłoniła w końcu Radę Polityki Pieniężnej do stopniowego podnoszenia stóp procentowych. Początkowo nieznacznie, jednak z czasem niemal każdy kolejny miesiąc przynosił podwyżkę. Na dzień pisania tych słów stopa referencyjna NBP wynosi 4,5%, a eksperci zapowiadają kolejne podwyżki, nawet do 10%. 

Dotychczasowe podwyżki spowodowały już radykalny wzrost rat kredytów hipotecznych zawieranych w okresie ostatnich kilku lat, a w szczególności w okresie rekordowo niskiego oprocentowania, tj. w szczególności w 2020 i 2021 r. W zależności od kwoty kredytu i okresu kredytowania, raty te już teraz są nawet dwukrotnie, albo jeszcze wyższe niż zaraz po zawarciu umowy, a gdyby spełniła się prognoza podwyżki stopy referencyjnej do dwucyfrowego poziomu, różnica ta będzie trzykrotna, albo jeszcze większa. 

Rata kredytu hipotecznego stanowi istotną pozycję w budżetach tysięcy Polaków, którzy postanowili kupić własne mieszkanie. Radykalny wzrost kosztów kredytu powoduje więc nieśmiałe protesty, nieśmiałe postulaty niektórych polityków, by jakoś kredytobiorcom ulżyć i równie nieśmiałe zapowiedzi rządzących, że jakieś rozwiązania dla kredytobiorców wprowadzą. Sytuacja niechybnie przywodzi na myśl losy kredytobiorców, którzy zaciągali kredyty we frankach szwajcarskich, których raty również radykalnie wzrosły w wyniku zmiany waluty. 

Najprostszą odpowiedzią, jakiej można by udzielić na pytanie, co z tym problemem zrobić, byłoby: nic. Kredytobiorcy dobrowolnie braki kredyty, gdy były one tanie, zdając sobie sprawę z ryzyka zmiany stóp procentowych, o którym banki były zobowiązane ich poinformować przed zawarciem umowy. Wiedzieli w co się pakują, to niech teraz płacą. 

Odpowiedź taka jest rozsądna pod wieloma względami. Zwraca jednak na siebie uwagę inny problem. Polski (i nie tylko polski) system prawny zawiera multum przepisów, chroniących konsumentów przed zawieraniem niekorzystnych dla nich umów. Przepisy stanowią o szczególnych uprawnieniach konsumentów przy umowach zawieranych z przedsiębiorcami, zawierają przykładową listę klauzul uznawanych za niedozwolone w umowach z konsumentami, jak również zawierają generalną zasadę, że postanowienia umowne kształtujące prawa i obowiązki konsumenta w sposób niezgodny z dobrymi obyczajami i nieuzgodnione z nim indywidualnie, konsumenta po prostu nie wiążą. W założeniu rozwiązania te mają zapewnić, że konsument zawierając umowę z przedsiębiorcą musi być o wszystkim należycie poinformowany, doskonale zna swoje zobowiązania, a jego pozycja kontraktowa powinna być maksymalnie wyrównana z pozycją przedsiębiorcy. Przepisy stanowią podstawę procesów, które bankom wytaczają ich klienci spłacający kredyty we frankach. 

Pomijając kwestię słuszności całego tego systemu ochrony konsumentów, to jedno wypada w obecnej sytuacji zauważyć. Już na gruncie obecnie obowiązujących przepisów o ochronie konsumentów i hucznie podkreślanych wartości równości stron umowy i ekwiwalentności świadczeń - to, że w ogóle zawarcie przez bank z kredytobiorcą umowy, w której świadczenie banku jest jednoznacznie określone (np. 400 tys. zł kredytu), natomiast całkowita wysokość świadczenia konsumenta (kwota do spłaty) pozostaje nieznana aż do końca spłaty kredytu i jest uzależniona od zjawisk zupełnie niezależnych od stron umowy - jest czymś zupełnie absurdalnym. Kredytobiorca zawierając umowę o kredyt ze zmiennym oprocentowaniem nie wie, ile będzie musiał spłacić nawet przez kolejne 30 lat. Jego świadczenie może wzrosnąć choćby dwukrotnie, przy czym bank niczego dodatkowego świadczyć nie musi. 

Oczywiście, wydawałoby się, w wolnorynkowej rzeczywistości panuje zasada swobody umów i jeżeli ktoś się godzi na zawarcie umowy nieekwiwalentnej, czy wręcz nieuczciwej, to jego sprawa. Teoretycznie, słusznie. Tyle , że zasada swobody umów doznaje w obecnie obowiązującym systemie prawnym tylu ograniczeń, że dopuszczalność modnych dotąd kredytów ze zmiennym oprocentowaniem, w których całe ryzyko zmiany oprocentowania przerzucone jest na kredytobiorcę, stanowi pewne kuriozum. To trochę tak, jakby kupić samochód za określoną cenę, ale z zastrzeżeniem, że trzy lata później sprzedawca może przyjść żądając dopłaty w bliżej nieokreślonej wysokości. 

Wobec czego, istnieją dwie możliwe odpowiedzi na pytanie, co zrobić z sytuacją kredytobiorców. Pierwsza - nie robić nic. Zastosować zasadę liberalną - sami brali, to niech sami sobie radzą. 

Istnieje oczywiście druga możliwość, czyli pomoc kredytobiorcom. Przy czym należy wyraźnie podkreślić, że sposoby pomocy o których się dotąd publicznie mówi, nie rozwiązują problemu w żadnym stopniu. Dopłaty do rat kredytu byłyby kolejny, bezsensownym rozdawnictwem, prowadzącym tylko do pogłębienia istniejącego kryzysu. Jedyną sensowną opcją jest uderzenie w same umowy kredytowe - przerzucenie ryzyka zmiany oprocentowania na kredytobiorcę na dotychczasowych zasadach należy po prostu uznać za klauzulę niedozwoloną, a umowy kredytowe powinny być skonstruowane tak, żeby kredytobiorca wiedział, jaką kwotę będzie musiał spłacić i ile będzie wynosiła jego rata, lub chociaż ile będzie wynosiła maksymalnie, w przypadku zmiany oprocentowania.

Łatwo wskazać na negatywne strony takich rozwiązań - ograniczenie swobody banków w kształtowaniu umów kredytów i przerzucenie większego ryzyka na banki, spowodowałoby poważne utrudnienie konsumentom dostępu do kredytów hipotecznych. Niemniej rozwiązania takie dość spójnie wpisywałyby się w system wartości propagowany przez obowiązujące już przepisy o ochronie konsumentów, na tle których kredyty ze zmiennym oprocentowaniem w obecnym kształcie, są co najmniej dziwolągami.


Lubię to! Skomentuj14 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka