Empereur
"Polska jest nieśmiertelna. Wyzwolimy ją z pęt niewoli odbudujemy z gruzów. Tak nam dopomóż Bóg! (...) Nie zginie Polska! Nie zginie! Lecz żyć będzie po wieki wieków, w potędze i chwale. Dla was, dla nas i dla całej ludzkości." - Ignacy Jan Paderewski
11 obserwujących
99 notek
85k odsłon
3380 odsłon

Lista sędziów do czystki OKO.press - nie tędy droga

Wykop Skomentuj168

Jacek Saryusz-Wolski powiedział kiedyś, że wysiadł z przystaniu PO na przystaniu Polska. Abstrahując od oceny tego konkretnego aktu, który Saryusz-Wolski uzasadnił akurat kompletnie absurdalnymi - i jak można podejrzewać, fałszywymi - motywami, stwierdzeniu temu nie sposób odmówić głębszej słuszności. Nikomu, kto uważa się za patriotę, lojalność partyjna, czy sympatie i antypatie polityczne, nie mogą przysłaniać interesu i dobra narodu. W ramach tego interesu i dobra leży także to, by państwo, w którym naród ten żyje, było państwem praworządnym i realizującym określone standardy cywilizacyjne. Z tego powodu jestem zdania, że dawno już zwolennicy PiS powinni wysiąść z pociągu PiS na przystanku Polska. Niestety, chorobą elektoratu tej partii - i nie tylko jej - jest przekonanie, że interes Polski i interes partii to jedno i to samo, a jeżeli nawet partia postępuje w sposób bandycki, to sprzeciwianie się bandytyzmowi jest niepatriotyczne. 

Opozycja, opozycyjni komentatorzy i media, również powinni sobie to wziąć do serca - i czasem wysiąść z przystanku antypis na przystanku Polska, albo chociaż na przystanku praworządność i zdrowy rozsądek - te bowiem by się Polsce, niewątpliwie, przysłużyły. Choroby elektoratu PiS są bowiem nieobce i opozycji - takie jak na przykład, ocenianie działań danej partii czy danego rządu, jako słusznych lub niesłusznych, nie przez pryzmat ich rzeczywistych skutków, tylko tego, kto się tych działań dopuszcza. Kilkukrotnie już ze strony opozycyjnych komentatorów dochodziły głosy, że pisowski zamach stanu nazywany "reformą sądownictwa" i pisowskie gwałcenie prawa, będzie należało naprawić dopuszczając się... kolejnego zamachu stanu i kolejnych aktów gwałcenia prawa, które teraz nazwiemy naprawieniem sądownictwa po demolce dokonanej przez PiS. Tyle, że ten zamach ten i gwałt już będzie słuszny, bo przeprowadzą go "właściwi" ludzie w imię "właściwej" idei. 

Portal OKO.press opublikował niedawno listę ponad 500 sędziów, którzy zostali nominowani przez neo-KRS wybraną przez PiS i powołani przez Prezydenta Andrzeja Dudę. W artykule stwierdza, że wyroki wydawane przez tych sędziów mogą być w przyszłości podważane, w szczególności, jeżeli Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej uzna tryb wyboru neo-KRS za niezgodny z prawem unijnym. Już wcześniej m.in. prof. Andrzej Zoll i prof. Adam Strzembosz - co było bardzo rozczarowujące, biorąc pod uwagę ich wysoki autorytet jako prawników - twierdzili, że uchwały neo-KRS będą nieważne, a powołania sędziów z jej udziałem będą musiały zostać "co najmniej zweryfikowane". Roman Giertych sędziów nominowanych z udziałem neo-KRS nazywał "rzekomymi sędziami". 

Wypowiedzi opozycyjnych komentatorów na temat sędziów mianowanych przez neo-KRS nierzadko nacechowane są skrajnym odwetyzmem i nawoływaniem do absurdalnego ostracyzmu wobec ludzi, którym przyszło wykonywać zawód w takich, a nie innych realiach politycznych. Koncepcja uznania, że powołania sędziów z udziałem neo-KRS są nieważne, jest po prostu niesłuszna, niesprawiedliwa i nie do pogodzenia z postulatem praworządności, w obronie którego komentatorzy ci chcieliby występować. 

Z punktu widzenia prawa, co dla osób rozumujących w zerojedynkowych kategoriach jest kompletnie nieuchwytne, osoby te przeszły procedurę powołania na urząd zgodnie z obowiązującymi przepisami. Chyba oczywiście, że na którymś etapie przepisy te naruszono - ale to jest osobna kwestia i o tym już ani OKO.press ani inni rewanżyści nie wspominają. Fakt, że przepisy dotyczące powoływania składu organu, biorącego udział w tej procedurze, były niezgodne z Konstytucją RP, jest wobec tego kwestią wtórną i w rzeczywistości pozbawioną istotnego znaczenia. Nawet fakt, że organ ten proceduje w sposób kompletnie niepoważny, pytając kandydatów na sędziów o ich poglądy polityczne, nie delegitymizuje całego procesu powołania sędziego. Neo-KRS - niestety - pełni obecnie obowiązki KRS. Sami członkowie neo-KRS również zostali powołani na podstawie obowiązujących przepisów prawa, jakkolwiek wadliwe by te przepisy nie były. Uznanie, że neo-KRS pozbawiona jest kompetencji do nominowania sędziów, doprowadziłoby do absurdalnej sytuacji, w której takiej kompetencji nie miałby nikt, a w rezultacie wakatów na stanowiskach sędziowskich nie dałoby się obsadzić. 

Stwierdzenie z kolei, że osoby nominowane przez neo-KRS na urzędy sędziowskie nie są sędziami, a wyroki wydawane z ich udziałem są nieważne, doprowadziłoby do skrajnego chaosu prawnego i byłoby niesprawiedliwe i krzywdzące wobec osób, których sprawy zostały tymi wyrokami rozstrzygnięte. Warto sobie przypomnieć, że gdy PiS wprowadzał instytucję skargi nadzwyczajnej do Sądu Najwyższego, podniósł się - całkiem słuszny - protest, że przewidziana w ustawie możliwość podważania wyroków sprzed 20 lat jest zagrożeniem dla stabilności sytuacji prawnej osób, których prawa i obowiązki zostały uregulowane tymi wyrokami. Uznanie za nieważne orzeczeń wydawanych przez sędziów nominowanych przez neo-KRS jest tym samym, tylko że na znacznie większą skalę: skargę nadzwyczajną rozpatrzono jak dotąd, jedną, a w ogóle wpłynęło ich do Sądu Najwyższego dziesięć. Unieważnienie wyroków sędziów nominowanych przez neo-KRS dotyczyłoby setek, jeżeli nie tysięcy orzeczeń. Warto też wskazać na to, że neo-KRS nominuje również asesorów i w 2019 r. nominacji takich było 60. Lista OKO.press ich nie obejmuje, tymczasem unieważnienie wszystkich nominacji neo-KRS musiałoby dotyczyć również asesorów i wydawanych przez nich orzeczeń. 

Postulat antypisu jest także zwyczajnie niesprawiedliwy wobec samych sędziów i asesorów nominowanych przez neo-KRS. Nie ma bowiem żadnych podstaw by przypuszczać, że wszyscy oni, ani nawet większość, jest jakimiś tajnymi współpracownikami reżimu spod ciemnej gwiazdy. Prawie 200 osób z listy opublikowanej przez OKO.press to sędziowie sądów rejonowych, spośród których znaczna część, jak można sądzić, objęła urząd sędziego po raz pierwszy, najprawdopodobniej w wyniku tego, że po prostu ukończyli przygotowanie do zawodu - tj. aplikację i wymagany okres przepracowany na stanowisku asesora lub referendarza - i staranie się o stanowisko sędziowskie było dla nich naturalnym kolejnym krokiem. Podważanie nominacji tych sędziów byłoby po prostu polityczną zemstą za to, że swoje stanowisko uzyskali przy takiej, a nie innej sytuacji politycznej w kraju. Nawet w Sądzie Najwyższym udało się neo-KRS obsadzić jednak parę osób, które na to prawdopodobnie zasługiwały, choć lepiej dla wszystkich byłoby, żeby znalazły się tam w innych okolicznościach. 

Żądanie usunięcia tych wszystkich sędziów i asesorów jest szaleństwem nieporównywalnie większym od pisowskiego. Przypomina raczej postulat fanatyków pokoju Cejrowskiego, którego recepta na sądownictwo w Polsce brzmiała "wszystkich won". Jest to propozycja systemowej czystki niewyobrażalnej w cywilizowanym państwie. Warto przypomnieć o tym, że takiej czystki nie przeprowadzono w Polsce nawet po roku 1989, a wszelkie sugestie - płynące chociażby ze strony PiS - dotyczące usunięcia z zawodu "postkomunistycznych sędziów", którzy orzekali w PRL, spotykają się ze sprzeciwem opozycji. Ze sprzeciwem tym można i należy się zgodzić, gdyż sam fakt orzekania w PRL nie powinien nikogo dyskwalifikować - pomijając już nawet natłok kłamstw, jakie propaganda pisowska rozsiewała na temat zakresu tego zjawiska i tych sędziów (w rzeczywistości zdecydowana większość sędziów obecnie orzekających w Polsce, PRL pamięta co najwyżej z czasów szkolnych). Problem w tym, że jeżeli ktoś sugeruje, jak OKO.press, Giertych, czy inni podobnie myślący, że sędziowie mianowani przez neo-KRS nie są sędziami, a ich wyroki powinny być unieważnione, to prowadzi do skrajnie absurdalnego wniosku, że kryteria niezależności lepiej od pisowskiej neo-KRS spełniała Rada Państwa PRL, a sędziowie przez nią mianowani byli bardziej niezawiśli od tych nominowanych przez neo-KRS.

Trzeba podkreślić, że Radzie Państwa PRL, będącej w gruncie rzeczy organem reżimu marionetkowego wobec okupacyjnego mocarstwa - podobnie jak i Sejm PRL, który wybierał jej członków - można postawić zarzut nielegalności o wiele silniejszy, niż pisowskiej neo-KRS. Gdyby rozumowanie proponowane przez OKO.press przeforsować po 1989 r., "trzecia" Rzeczpospolita Polska musiałaby zacząć swój byt jako kraj całkowitej anarchii i bezprawia. Należałoby wszak unieważnić nominacje wszystkich orzekających sędziów, jako powołanych przez organ niespełniający wymogów niezależności. Unieważnione byłyby wszystkie ich wyroki. Nieważne stałyby się wszystkie wpisy do ksiąg wieczystych - właściciele domów, lokali, gospodarstw rolnych nagle straciliby swoje majątki. Wszystkich przestępców trzeba by wypuścić z więzień. To nie wszystko: w ogóle jakiekolwiek prawo przestałoby obowiązywać. Sejm PRL również był przecież organem nielegalnym i niespełniającym demokratycznych standardów, wszystkie uchwalone przez niego ustawy, włącznie z kodeksem cywilnym, kodeksem karnym i wszystkimi procedurami, należałoby więc uznać za nieważne. Niemożliwej do zliczenia liczbie ludzi należałoby wyrzucić z ich mieszkań, bo prawa, jakie sobie do nich rościli, wynikały z nieważnych przepisów. Niemożliwej do zliczenia liczbie ludzi należałoby zakazać wykonywania zawodów (np. lekarzy, adwokatów, nauczycieli, wykładowców uniwersyteckich i wielu innych), do których uprawnienia zdobyli na podstawie nieważnych przepisów. Chaos, do jakiego doprowadziłaby realizacja takiego programu, jest po prostu niewyobrażalny.

Na szczęście nic takiego się nie stało. Prawo odziedziczone po PRL powoli zmieniano. Nikomu, nawet Jarosławowi Kaczyńskiemu, nie przyszło do głowy powiedzieć wtedy, że ono po prostu nie obowiązuje, ani że akty prawne, wyroki sądów i decyzje organów wydawane w PRL nie wywołują żadnych skutków. Nawet wyroki sądów stalinowskich nie zostały automatycznie unieważnione. Jest skrajnie nieodpowiedzialnym, absurdalnym szaleństwem sugerowanie, że miałyby zostać automatycznie unieważnione wyroki wydawane przez sędziów nominowanych przez pisowską neo-KRS.

Wszystkim po stronie anty-pis, którzy popierają takie wariackie pomysły, powiedzieć trzeba stanowczo, że nie tędy droga. To nie byłoby odbudowanie praworządności, to byłoby posunięcie się w jej niszczeniu o wiele dalej, niż ośmielił się to zrobić PiS. 

Przynajmniej dotychczas. Bo trzeba też zauważyć, że w podobne tony uderzył ostatnio Kamil Zaradkiewicz, były pracownik Trybunały Konstytucyjnego, "nawrócony" na współpracę z PiS i obecnie spijający z tego profity jako sędzia Sądu Najwyższego z mianowania neo-KRS. Zaradkiewicz, jako sędzia SN, zadał TK pytania prawne, które wprost zmierzają do uznania za nieważne nominacji wszystkich sędziów w Polsce nominowanych przez KRS na podstawie przepisów uchylonych przez PiS. "To jest bardzo chory człowiek", jak kiedyś powiedział o Zaradkiewiczu jego były szef, Andrzej Rzepliński. Pytanie, co zrobi z tym Trybunał - czy też raczej, jakie dostanie instrukcje od komitetu centralnego.  

Co natomiast należy zrobić z neo-KRS i nominowanymi przez nią sędziami, w tym sędziami Sądu Najwyższego? Z sędziami nie należy robić nic. Usunięcie ich z urzędu byłoby rażącym naruszeniem konstytucyjnej zasady nieusuwalności sędziów. Należy zatem ich na urzędzie pozostawić, a jedynie w razie stwierdzenia sprzeniewierzenia się przez nich obowiązkom służbowym, w tym niezależności, niezawisłości, czy też ulegania wpływom politycznym lub po prostu niekompetencji - podejmować kroki dyscyplinarne, o zastosowaniu których powinny decydować niezależne organy i niezawiśli sędziowie, a nie politycy. W przypadku asesorów sprawa jest już zupełnie prosta - po trzech latach sprawowania urzędu, składają oni wniosek o powołanie na stanowisko sędziego, co poprzedzone jest oceną ich dotychczasowej pracy. Ewentualne uchybienia w sprawowaniu urzędu powinny więc znaleźć odzwierciedlenie w tej ocenie, co może zaowocować niepowołaniem asesora na stanowisko sędziowskie. Przyczyną takiego niepowołania w żadnym razie nie powinien być jednak sam fakt, że asesor został na stanowisko mianowany przy udziale neo-KRS.

Rzecz jest bardziej skomplikowana z samą neo-KRS. Niewątpliwie należałoby przywrócić zasadę wyboru sędziów do KRS przez samorząd sędziowski. Jej obecny skład będzie jednak problemem, z którego nie ma dobrego wyjścia. Skrócenie kadencji neo-KRS byłoby bowiem takim złamaniem Konstytucji (art. 187 ust. 3) i zmianą reguł w trakcie gry, takim samym, jakim było skrócenie poprzedniej kadencji KRS przez PiS. Groziłoby ponadto utrwaleniem pisowskiej praktyki, że zwycięzca bierze wszystko, każda nowa większość parlamentarna wymienia sobie skład osobowy konstytucyjnych organów państwa, a ich kadencje zapisane w Konstytucji nic nie znaczą. Wydaje się, że w dłuższej perspektywie mniejszym złem byłoby pozwolenie neo-KRS na dokończenie jej kadencji i zmiana jej składu dopiero z jej upływem, a nie zniżanie się do powtarzania pisowskich praktyk łamania prawa, które PiS też tłumaczył wyborcom i samemu sobie potrzebą zaprowadzenia, fałszywie definiowanej, praworządności - zwłaszcza po ustawce z wyrokiem TK, uznającym niekonstytucyjność dotychczasowego trybu obsadzania stanowisk.

To niestety tylko w teorii, gdyż problem neo-KRS ma niestety też swój wymiar międzynarodowy. Gdyby miało się okazać, że - np. w wyniku wyroku TSUE - wyroki polskich sądów miałyby nie być respektowane za granicą, to neo-KRS będzie trzeba poświęcić. Towarzyszyć temu winno jednak wpisanie do Konstytucji bezpośredniego stwierdzenia, że sędziów do KRS wybierają sędziowie - by uniknąć kolejnego odwracania kota ogonem przez wybiórczą interpretację przepisów i kolejnej masowej wymiany kadr po ewentualnej zmianie władzy. 

Pocieszeniem jest fakt, że postulat usunięcia sędziów nominowanych przez neo-KRS i unieważnienia ich wyroków nie został, na szczęście, oficjalnie wygłoszony przez rzeczywiste siły polityczne - a jedynie pojedyncze osoby, opowiadające się po stronie "antypisu", ale niemające rzeczywistych politycznych wpływów. Niemniej jednak budzi niesmak, że taki sposób rozumowania występuje po stronie tych, którzy mienią się obrońcami praworządności. Pozostaje mieć nadzieję, że ten koncept nie przeniknie do programu wyborczego partii opozycyjnych. 

Chociaż, swoją drogą, byłoby to naprawdę zabawną ironią losu, gdyby po przejęciu władzy przez obecną opozycję, rzeczywiście usunięto całą neo-KRS i wszystkich nominowanych przez nią sędziów, a PiS ze zwolennikami wyszedłby na ulice demonstrować w obronie niezależności sądownictwa. Bo ze sporym prawdopodobieństwem możemy zakładać, że tak właśnie by się stało. 


Wykop Skomentuj168
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo