613 obserwujących
1599 notek
9312k odsłon
13319 odsłon

Plan doskonały a zdarzenia "przed czasem"

Wykop Skomentuj332

7-23

Ciekawie też wygląda sytuacja z pos. Macierewiczem, który na Cmentarzu w Katyniu w porannych godzinach owego tragicznego dnia, spacerując w zadumie, dzieli się, a to z pos. A. Górskim, a to z pos. J. Szczypińską, uzyskaną telefonicznie niesamowitą informacją, że „spadł samolot z prezydentem”, a nie biegnie, dajmy na to, do dziennikarzy, dość licznie wszak stacjonujących w Lesie Katyńskim, by choćby zweryfikować tę przerażającą wiadomość. Ale Macierewicz nie podaje też wtedy, o który samolot chodzi – a chyba nie o „prezydenckiego jaka”, wszak ten ostatni ma jedynie – wedle relacji Sasina – „zjechać z pasa”. Zjechanie z pasa, jeśli już, to zachodzi zwykle po wylądowaniu i nie wygląda jak upadek samolotu, który, jeśli już, lądowaniem nie jest. Zostawiamy na razie AM, aczkolwiek wrócimy do niego za chwilę, analizując wraz z nim kwestię przedczasu[14].

 

Czyżby więc ruski plan doskonały na 10-04 polegał na tym, że jest jeden samolot („prezydencki tupolew” z „wszystkimi”), który „ma spaść” w pewnym momencie (i na którego „czeka” przy Siewiernym polanka samosiejek usłana zawczasu lotniczym złomem ucharakteryzowanym na szczątki polskiego statku powietrznego)? A jeśliby „wszyscy” zostali jednak rozdzieleni na „prezydenckiego jaka” i „prezydenckiego tupolewa”, które w miałyby przylecieć tak w okolice Smoleńska, by ich (przewidywane, zaznaczam) lądowania dzieliła niewielka różnica czasu, np. parunastu minut[15]? Ba, a jeśliby nie wszyscy (z „listy” czy z „książeczki MSZ-u” wydrukowanej ponoć na dzień przed) polecieli? Wtedy to dopiero byłaby katastrofa – zwłaszcza gdyby na pokładach obu „prezydenckich” samolotów znajdowali się pasażerowie, że się tak wyrażę, spoza „szeroko krążącej” przed 10-04 „listy pasażerów”[16] – i nie mam na myśli „japońskich dziennikarzy”[17].

 

Przed wieloma laty, tj. w czasach, kiedy zimna wojna osiągała swoje apogeum, a więc za R. Reagana, był głośny film The Day After przedstawiający apokaliptyczny świat po III wojnie światowej i zagładzie nuklearnej. Czy 10 Kwietnia byli ludzie „oczyma duszy” wyglądający (może niekoniecznie nuklearnej, ale na pewno trzeciej) wojny? Musieli być, wszak wyznaczenie na cele (zamachu) osób z polskiej prezydenckiej delegacji – zarówno wysokich urzędników państwowych, jak i najwyższych oficerów wojska – musiało się wiązać z planami wojennymi. Czemu w takim razie do wojny nie doszło? Otóż zapewne dlatego, że pewne wydarzenia pojawiły się… przed czasem. Tak, to warto podkreślić, przed czasem.

kadr z filmu Sępa

Zjawisko przedczasu – jak sygnalizowałem już w jednym z przypisów niniejszej notki, lecz teraz  rozwinę – ujawnia się w historii 10-04 dwojako. Jest to po pierwsze: przedwiedza rozmaitych osób o tym, co się „ma stać”, a się jeszcze nie stało, która swoistym falstartem (w stosunku do „katastrofy smoleńskiej” usytuowanej zrazu o 8:56, potem o 8:50, 8:40 etc.) ujawnia się owego tragicznego dnia przy różnych okazjach. Po drugie zaś, jest to uprzedzające jakieś działania zachowanie, które w pewien sposób komplikuje przebieg owych (zaplanowanych w taki czy inny sposób) działań. Najprościej odwołać się do przykładów. Co do „przedwiedzy”, to np. red. W. Bater dostać ma telefon „o nieszczęściu” o 8:40, co pozwala mu zrazu usytuować czasowo „katastrofę” o 8:36[18]. Z kolei Gazeta.pl już o 8:38 zamieszcza informację o „dekapitacji”, okraszając ją zdjęciem Kaczorowskiego[19]. Pos. J. Wiśniewska (dziwiąc się „godzinie katastrofy 8:56”) informuje na posiedzeniu sejmu (kwiecień 2010), że już „około 8:40” zaobserwować można było wielkie poruszenie wśród borowców w Katyniu[20]. To zaledwie garść przykładów przedwiedzy, którą łatwiej pojąć, jeśli się przyjmie, iż najpierw dochodzi do „wypadku” (czy na lotnisku Jużnyj?) „prezydenckiego jaka”, następnie zaś dopiero ma dojść do „upadku tupolewa” – z czasem zaś w przekazie medialnym zostanie zatarta ta istotna różnica, gdy ogłosi się „katastrofę smoleńską” pokazując wideo Wiśniewskiego.

wóz strażacki

No i właśnie do montażysty katastrofy należy koniecznie wrócić, wszak ZP poświęcił jego pracy długie lutowe (2011) posiedzenie, choć nie przyniosło ono przełomowych ustaleń, mimo że już wtedy można było wywnioskować z relacji i zachowań, jak i z samych - przedziwnych - materiałów SW, że coś jest nie tak z… realnością smoleńskiej katastrofy. Jak pamiętamy, mający filmować podchodzenie do lądowania „prezydenckiego tupolewa” i czający się od paru godzin w hotelowym pokoju moonwalker, ma wyznać z ubolewaniem przed parlamentarzystami, że „dwie minuty przed czasem” wyłączył na parapecie kamerę[21]. To odkrycie, tzn. że - mimo wiedzy szefa ZP o filmie z upadkiem samolotu[22] - nie nagrał się we mgle moment zachodzenia „smoleńskiej katastrofy”, pojawia się podczas sejmowej emisji mgielnego sitcomu (a więc „rejestracji mgły” SW). Na szczęście jednak dla wnikliwych badaczy z ZP, SW wprawdzie przed czasem wyłącza kamerę, nie nagrywając katastrofy, ale za to można by rzec „na czas” pojawia się na polance samosiejek, by sfilmować „miejsce upadku tupolewa”, które to miejsce tak zdumiewa przewodniczącego ZP (niemogącego znaleźć „leja po upadku”[23]). Ale niestety i tu, tj. z owym wideo z „wrakowiska”, pojawia się pewien drobny problem, tzn. jakby i tym razem coś się działo przed czasem. Otóż szef ZP pod koniec posiedzenia wyciąga dane z raportu MAK, gdzie jak byk stoi, iż dopiero o 8:55 pol. czasu miało być pojawienie się wozu pierwszej straży na pobojowisku, zaś na moonfilmie już od 8:49 widać krzątaninę strażaków.

Wykop Skomentuj332
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale