49 obserwujących
415 notek
483k odsłony
808 odsłon

Pięćset złotych przeciw dwudziestu groszom

Wykop Skomentuj16

        Dziś proponuję rozmowę o wszystkim i niczym, choć będzie i o wyborach, bo trudno przecież uciec od tematu, który w telewizji czy w internecie detonuje niczym granat w sławojce, obrzucając nas nieczystościami - tu powiedzmy szczerze - dość prymitywnej propagandy. Zaczniemy może od pytania, którego na co dzień sami sobie nie zadajemy, ale tylko z tego powodu, że odpowiedź jest dla nas oczywista. Oczywista ewentualnie jakby oczywista, co będzie i językowo bardziej nowomodne, i chyba nawet, jak to mawiano, akuratne. Ale nie dlatego, że wskazane dalej kwestie dokładnie przemyśleliśmy, tylko dlatego, że za sprawą pokoleniowych doświadczeń postrzeganie pewnych zagadnień ukształtowało w nas niemal genetycznie przekazywaną wiedzę. A czy sprawy te mają jakikolwiek związek z polityką i walką o prezydenturę w Polsce? Tak, nawet istotny, a na pewno jedna z nich i dlatego właśnie je poruszam, o czym później.

        Dobrze, zatem teraz postawmy to pytanie, które brzmi: czego przeciętny człowiek może oczekiwać po zatrudniającym ich przedsiębiorcy, czuwającym nad jego bezpieczeństwem policjancie i wybranych przez siebie rządzących politykach? No słucham.

        Że czegoś dobrego? Ludzie, chwileczkę, to nie konkurs na politpoprawne androny, ogarnijcie się trochę. Intelektualnie znaczy i to byle jak choćby, ale żeby wstydu nie było. No więc? Aha, ogarnęliście się? Dobra, to słucham jeszcze raz. Czyli co, że niczego nie mogą oczekiwać? Ciepło, ale jeszcze nie gorąco. Tak jest, niczego dobrego - tak właśnie powinna brzmieć prawidłowa odpowiedź. I ten, który to powiedział, otrzyma poza kolejnością członkostwo w Antifie, bon na skradzione buty z ograbionego sklepu w trakcie antyrasistowskich manifestacji i pierwsze miejsce przy linie, którą będzie ściągał z cokołu pomnik Abrahama. Nie, nie tego, który chciał zarżnąć syna, by przypodobać się dobrotliwemu Jahwe, tylko Lincolna, człowieka, dzięki któremu upadło niewolnictwo, choć on sam ustawiając się po stronie abolicjonistów był zarazem czystej (czytaj: białej) krwi rasistą.

        Wróćmy jednak do rzeczy. Tak właśnie podglądamy naszych dobroczyńców z przydziału – jako potencjalne źródło zagrożenia. Po przedsiębiorcy nie spodziewamy się niczego innego, jak tylko wyciśnięcia z nas siódmych potów za jak najniższe wynagrodzenie, po policjancie przyrżnięcia pałą, a po rządzie - polityki dociskania pasa, oczywiście prowadzonej w dobrze rozumianym interesie obywateli. Tak oceniamy nasze relacje z pracodawcą, stróżem prawa i władzą - koniec, kropka. A żeby przełamać wspomniane stereotypy, o ile są to tylko stereotypy, musiałaby nastąpić reorientacja postrzegania pracownika i obywatela ze strony wspomnianych trzech podmiotów – tu ustalmy, że de facto niemożliwa - która gruntownie zmieniłyby opisane relacje. Ale co z nich dziś nadal wynika, bo to jest ciekawe?

        Otóż wynika to, że gdyby ktoś rzeczywiście starał się zmienić istniejące w świadomości społecznej odczucia i emocje, takie jak niechęć, nieufność i stan permanentnego zagrożenia, i to nawet wtedy, gdybyśmy tylko mieli do czynienia z wciąż funkcjonującym w głowach społeczeństwa zasiedziałym uproszczeniem, to nie ma to sensu. Dlaczego? Bo taka jest konstrukcja psychiczna ludu, który z podejrzliwością i niewiarą traktuje wszelkie gesty poczynione na jego rzecz, czyli dla jego dobra, chyba że sam je wywalczy – jeśli nie buntem, to przynajmniej stanem zagrożenia nim, a więc szantażem. Wtedy wszelka władza zwierzchnia, o ile tylko czuje się słabsza, zgadza się albo - gdy czuje się mocniejsza - każe użyć policyjnej pałki. Natomiast wszelkie inne próby odgórnej poprawy losu czy to pracowników, czy obywateli, wraz z chęcią zmian dotychczasowych wzajemnych relacji, będą traktowane nie tylko z podejrzliwością, ale nawet wzrostem wrogości. Bo jeśli pracodawca pomyśli sobie, że dobra koniunktura sprzyja idei dorzucenia pracownikom garści pieniędzy i benefitów, to pierwszą myślą zatrudnionych będzie przejaw zadowolenia, które jednak zaraz ustąpi miejsca podejrzeniom typu: dlaczego tak mało, gdzie ten sk****syn chce nas okpić i co z nas wycisnąć? Coś na zasadzie popartego doświadczeniem niedowierzania dobrym intencjom kapitana galery przez przykutych do ławek wioślarzy, którym ten przyrzekł kiedyś podwójną porcję obiadu, bo miał zamiar popływać na nartach wodnych.

        No dobrze, a dlaczego ludzie tak myślą? To proste. Uważają bowiem, że pracodawca ich okrada, dlatego ma więcej, a oni mniej, przy czym w większości przypadków jest to rzeczywiście niekwestionowanym faktem. Ba, godnym rewolucji nawet. Zatem gdy im doda, z tego wniosek, że sobie musiał ująć, prawda? A czy oni, będąc pracodawcą, chcieliby sami sobie ująć? Za nic w świecie, co za głupi pomysł?! Chyba że… Właśnie, chyba że dając jedną ręką, drugą, gdzie indziej, zabieraliby więcej. No na przykład jak w jueseju, gdzie właściciel firmy dodając robotnikowi pół dolara na godzinę i jednocześnie wykupując gorszy plan ubezpieczeniowy dla załogi, zarabia na tym ruchu całkiem fajne pieniądze, a obdarowany robotnik traci, często wielokrotnie, uzyskaną podwyżkę z powodu opłacania wysokich rachunków za leczenie.

Wykop Skomentuj16
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo