50 obserwujących
451 notek
516k odsłon
  205   0

Jabber-RAZ-wocky

     W filmowej komedii ,,Jabberwocky”, wyreżyserowanej w roku 1977 przez wywodzącego się z grupy Monty Pythona Terry’ego Gilliama, jest taka prześmiesznie surrealistyczna scenka dziejąca się w scenerii średniowiecza: główny bohater, Dennis Cooper, na co dzień żyjący na bagnach, po raz pierwszy zawitał do miasta i jest z lekka oszołomiony nieznanym mu życiem. W pewnej chwili dostrzega żebraka siedzącego z boku ulicy, przed którym na kawałku białego płótna leży odcięta jego własna prawa stopa i duży rzeźnicki nóż. Z rozmowy obu wynika, iż żebrak sam uciął sobie brudne kopyto, by zainteresować a nawet zaszokować przechodniów, wzbudzić w nich większy żal swoim losem i co za tym idzie – ich hojność. Gdy spotyka nędzarza po raz drugi, oprócz prawej leży ucięta lewa stopa. Ludziom opatrzyła się pojedyncza żebracza ofiara i chcieli więcej, zatem i ich szczodrość przygasła. By ją ponownie pobudzić biedak dokonał kolejnego samookaleczenia. Później przed nędzarzem leżą już dwie stopy i lewe łapsko, a w końcu, gdy Cooper wraca po zabiciu smoka, wśród wiwatującego na jego cześć tłumu dostrzega podrygującego radośnie żebraka – tym razem pozbawionego obu stóp i dłoni.

     Śmieszne? Jeśli w wykonaniu ludzi z kręgu Monty Pythona, to jak najbardziej. Ale nie tylko, bo żebrak, choć krok po kroku zmierzał w stronę zupełnej autodestrukcji, jednak póki co, na bieżąco, wygrywał, zdobywając środki do życia. Co mu z rąk i nóg, gdyby wcześniej umarł z głodu? A tak przedłużał moment odejścia, choć za wysoką cenę. Niby bezwzględna sztuka relacji z otoczeniem i brutalny sposób na życie, jednak przez jakiś czas zadziałały.

     Możemy zatem powiedzieć, że postawa żebraka czyni z niego średniowiecznego specjalistę piarowca na użytek własny, potrafiącego zadbać o ludzkie zainteresowanie, życzliwość, a także, co najważniejsze - wielkoduszność i ofiarność tłumu.

      Oczywiście zyskiwanie społecznej przychylności i zwiększanie zainteresowania swoją lub czyjąś osobą przez nagłaśnianie własnych lub cudzych  nieszczęść znane jest różnej maści cwaniakom od tysiącleci, a najlepszym tego przykładem może służyć rozwój chrześcijaństwa, który nigdy by się nie powiódł bez męczeńskiej śmierci Chrystusa i innych ofiar religijnych prześladowań.

      Teraz zacznę od nowego akapitu, by w jakikolwiek sposób nie łączyć Chrystusa z Leszkiem Millerem, choć w jego przypadku faktem jest, że będąc ofiarą wypadku śmigłowca pokazywaną w telewizji w szpitalnej koszulinie, wzbudzał w Polakach litość i sympatię, co dodawało mu punktów w sondażach. Również chińska zaraza, na którą zapadł Boris Johnson zaraz po tym, jak notowania jego popularności leciały na łeb, na szyję po rozwoju pandemii na Wyspach, przywróciły mu społeczne zaufanie. Aż dwudniowy (sic) pobyt na oddziale intensywnej terapii, po którym wrócił do domu, uratował go politycznie, odbudowując mocno nadwyrężony szacunek motłochu. - Nasz ci jest ten Borysek z ekstrawagancką fryzurką, biedny taki, chory, nasz! – myśleli rozrzewnieni losem premiera brytole. No i udało się.

     Przełożenie osobistych tragedii na polityczna popularność, ba, na popularność w ogóle, o ile tylko komuś na niej zależy, zrozumiał również szybko Donald Tusk, dzieląc szatańską socjotechniką wzbudzania pogardy i wrogości polskie społeczeństwo na dwa wrogie obozy zaraz po katastrofie smoleńskiej, trafniej ocenianej jako smoleński zamach. To, co miało przełożyć się na wzrost notowań Jarosława Kaczyńskiego i PiS, spaliło na panewce rozgrzaniem w części rodaków zwierzęcej nienawiści do prawicy i jej partii, a nawet jej zmarłych przedstawicieli. I co warto zauważyć – vice versa, jako spodziewane następstwo działań nieprzebierającego w środkach premiera.

     Hm, tak sobie pięknie tu dywaguję, a zmobilizował mnie do tych przemyśleń sam wielki RAZ, czyli Rafał Ziemkiewicz. Dlaczego? Ano już mówię.

     Oto zbliżała się zaplanowana na październik premiera kolejnej książki publicysty, zatytułowanej ,,Strollowana rewolucja”, a tu cisza – nikt Ziemkiewicza nie napadł w ciemnym zaułku, nie opluł fizycznie jadem ciężkiej lewackiej flegmy w miejscu publicznym, nie nawyzywał od żydożerców, faszystów i homofobów, nie zamachnął się na jego rodzinę, czyli mówiąc wprost zero promocji kolejnego dzieła popularnego autora. Ostatnio, w przypadku poprzedniej pozycji, a mam na myśli ,,Chama niezbuntowanego”, darmową reklamę książce zrobiły oskarżenia o antysemityzm, zawiadomienia złożone do prokuratury w związku z podejrzeniem o nawoływanie do nienawiści na tle narodowościowym oraz naciski wywierane na Allegro, mające spowodować odwołanie aukcji oferujących pracę autora. Oczywiście sprawcami tych działań były środowiska lewacko-liberalne, które Ziemkiewicza nienawidzą – choć z równie odwzajemnianą pogardą. Faktem jest jednak, że antysemicka mina odpalona pod publicystą miała siłę kapiszona, o czym nie wiedzieli jeszcze nabywcy książki, a antysemityzm pisarza wybrzmiał dostatecznie przekonywująco w jednym, użytym przez niego wcześniej określeniu ,,parchy”, którym potratował Żydów. Po tej ,,uprzejmości” uczynionej wobec narodu wybranego czołowy polski endek nie musi już nic udowadniać pisaniną, nic potwierdzać ani niczemu zaprzeczać. Jak jest każdy kumaty wie. Niemniej nakręcona spirala zainteresowań Ziemkiewiczem i jego książką zadziałała odwrotnie i rzecz stała się bestsellerem. A stała nie tylko za sprawą nazwiska autora, chwytliwego tytułu czy jakiejś powalającej odkrywczością treści, ale w dużej mierze z uwagi na stawiane mu zarzuty antysemityzmu. Ten Polacy lubią sczytywać i zapamiętywać – odwrotnie do tabliczki mnożenia czy nazw państw, ich stolic oraz położenia na globusie – najczęściej zresztą płaskim. Podejrzewam więc, ba, mam niemal pewność, że stało się tak, jak zostało zaplanowane. A w jaki sposób popularny autor sprowokował do tego lewaków i jakim kosztem, by ci bezmyślnie promowali jego publikację, to już tylko oni wiedzą.

Lubię to! Skomentuj13 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale