50 obserwujących
461 notek
526k odsłon
  509   1

Propaganda niedostrzegalna, czyli Makiem PiSana

        Niejaki Jan Mak, macher pisowskiej propagandy z wyższej półki, starannie spreparował wczoraj notkę zatytułowaną ,,Jak Tusk gra na Ziobrę”. A w niej tłumaczył starannie właśnie… Ba, nawet bardzo starannie i to chyba po to głównie, by przekonać samego siebie, dlaczego Ziobro błądzi, będąc tym samym be. Natomiast PiS odwrotnie. Jego unijna polityka - jak zawsze oparta choć na niewesołych jednak realiach – jest dokładnie przemyślana, wyważona i calutka lśni się cacy. Przy czym powodu działań rządu w tej jego lepszej, premierowsko-prezesowskiej odsłonie, a nie ziobrowsko-warcholskiej, należy poszukiwać w postawie społeczeństwa podzielonego wraz z politykami na – tu Mak zaczerpnął ze skarbnicy połyskliwych myśli Dmowskiego - Polaków i Półpolaków. A to z kolei powoduje, że w interesie Niemiec jest przejęcie steru władzy w Warszawie przez tych drugich.

        Wiadomo, co pół Polaka, to nie cały, choć jeśli pije lub gada bzdury, a to drugie zdarza mu się często, czego Salon dowodem, wtedy lepsze byłoby pół, czyniąc problem mniejszym – o połowę właśnie. Natomiast w kwestiach politycznych i obywatelskich odwrotnie – cały Polak zdecydowanie góruje nad przyciętą połówką. Dlatego Berlin będzie miał mniejszy problem, wysługując się Półpolakami w zarządzaniu naszym państwem, co pójdzie mu gładko, mniej więcej tak, jak za PRL władzy centralnej kierowanie województwem. A ponieważ nastroje społeczne są prounijne, czyli niestety półpolskie, zatem rozwiązania proponowane przez Zbigniewa Ziobrę, które Mak określa mianem ,,pójścia na rympał”, doprowadziłyby do utraty władzy przez Zjednoczoną Prawicę w najbliższych zmaganiach o miejsca w parlamencie. - Byłoby coraz gorzej, a wtedy wynik wyborów jest łatwy do przewidzenia - pisze autor.

        Czyli jasne, w całej grze prowadzonej przez ,,lepszą część” Zjednoczonej Prawicy z Unią chodzi o stołki. No cóż, interesujący wniosek. W grze, przypominam, polegającej na połowicznych i chyba sugestywnie udawanych próbach oporu wobec polityki Brukseli (czytaj: Berlina), inscenizowanych propagandowo przed własnym, twardym i wciąż patriotycznym elektoratem. Przy czym gra na tym się nie kończy, bo prowadzona jest przy jednoczesnym stałym wyrażaniu zgody na kolejne pomysły rodzące się w głowach brukselskich kacyków, a zagrażające nie tylko politycznemu istnieniu naszego państwa, ale i materialnym podstawom bytu obywateli. A w tym całym misternie spreparowanym spektaklu chodzi jedynie o władzę, to znaczy jej utrzymanie. Mam rację? No mam - przecież sam guru prawicowej propagandy, czyli Jan Mak to przyznał, a ja nie śmiem mu zaprzeczyć.

        Ale dlaczego? Co skłania tak bardzo prawicę do kontynuowania rządów w sytuacji, gdy jej kolejne próby oporu wobec zarządzeń Unii kończą się niepowodzeniem? W praktyce  nie byłoby znaczenia, czy rządzi PiS, czy KO, skoro efekt rozgrywek z Brukselą byłby ten sam. Rząd nie jest już w stanie niezależnie stanowić prawa, zarządzać własną energetyką, a nawet wyciąć drzewa we własnej puszczy. Co więc dobra zmianą powoduje? Może władza, może apanaże albo możliwości kombinowania i zagarniania na co dzień tego, co duże i cieszy, znaczy lepszych kąsków, ewentualnie rozbudzony rządzeniem nepotyzm? Albo się mylę i powodem są jednak szczere uczucia patriotyczne, kto wie?... No nie, tylko żartowałem - szczery patriota nie nakładałby państwu unijnego stryczka na szyję, tłumacząc, że robi to samo, co robiłby Tusk, ale po pisowsku, więc lepiej dla Polski, ładniej, no i w ogóle.

        Wiadomo, dzisiejszy naród (czytaj: motłoch) w większej części nie poprze pomysłu polexitu, bo chce tych pieniędzy na paletach zalegających równiuśko Stadion Narodowy, z których, jak to sobie wyobraża, coś kapnie do jego kieszeni. Chce zapewnienia tym dwóm milionom mężów, braci i synów, a czasem i fedrującym na rogach ulic zachodnich miast córom przysyłającym gastarbeiterski urobek pod strzechy, że będzie tak jak było – by dalej pracowali i dalej fedrowały. I dlatego ma gdzieś jakieś narodowe imponderabilia.

        - Da się je smacznie zeżreć, przewieźć nimi wygodnie dupę, niczym jaką beemwuchą albo pojechać za nie, po przeliczeniu kursu, do resortu w Egipcie? - zapyta motłoch, nie wiedząc, jak ugryźć temat. - Nie? No to bierz se te imponderbilia i spier*alaj! - odpowie usatysfakcjonowany, że nie dał się okpić jakimś patriotom.

        A ponieważ tak właśnie jest, pisowski rząd zawsze powie, że stan umysłów Polaków wiąże mu ręce i nie pozostaje nic innego, jak, tu cytuję Maka: ,,gra dyplomatyczna, odwoływanie się do dawnych łagodnych idei europejskich i okazywanie dobrej woli". A przy okazji zatwierdzanie kolejnych pomysłów narzucanych z Belgii.

        No w porządku, rozumiemy, tylko jak długo, bo upływ czas jest w tym wypadku głównym faktorem stopniowej utraty suwerenności? Ktoś odpowie, może nawet Mak, że do momentu zaistnienia zmian świadomościowych w polskim społeczeństwie, co należy rozumieć jako upowszechnienie niechęci do Unii. Tylko niby jak miałoby się to ziścić, skoro tylu ludzi jest od niej zależnych – od pracy na zmywakach, od dopłat dla rolników, od współfinansowania inwestycji w infrastrukturze i zapewnienia miejsc pracy, a kończąc na złodziejskich korzyściach zagarnianych z kontraktów z europejskich funduszy? Ten pieniądz korumpuje politycznie bardziej i skuteczniej od ,,pińćset plus”. I niby dlaczego nie miałby skorumpować maluczkich, skoro pruski czy ruski jurgielt korumpuje nawet polityków, czyniąc z nich wspomnianych przez autora Półpolaków?

        Czekać na powstanie w polskich łbach zalążków narodowej świadomości, rywalizującej z powszechną demoralizacją i wynarodowieniem, panie Mak, to możesz Pan sobie do… No wie Pan do kiedy, prawda? I rząd też to wie. A póki co, niby z oporami, jednak podpisuje każdy nowy traktat i każde nowe prawo, które ograniczają suwerenność Polski i pauperyzują jej mieszkańców.

        Znaczy, Panie Mak, dzień po dniu i miesiąc po miesiącu dobra zmiana, choć oficjalnie oburzona działaniami Unii, mimo wszystko ogłupia i zniewala własny elektorat. A nazywając rzecz słowami autora: ,,grając dyplomatycznie, odwołując się do dawnych łagodnych idei europejskich i okazując dobra wolę”, systematycznie podsuwa polskie cielątko pod brukselko-berliński rzeźnicki nóż. Czyli robi to, czego z obawy o reakcje społeczne nie mogłaby przeprowadzić dzisiejsza opozycja rządząca państwem, bo napotkałaby zdecydowany opór prawicowego elektoratu. Ten opór, który dziś tak zręcznie pacyfikuje prawica, pozorując się na patriotyczną.

        A zatem wracając do pytania, dlaczego, no to właśnie dlatego, co było do udowodnienia, choć dałbym sobie uciąć rękę, żeby się mylić. Bo inaczej w co mam wierzyć, w Boga? Bez sensu…


Lubię to! Skomentuj18 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale