48 obserwujących
465 notek
528k odsłon
  350   3

Magia kina od strony kuchni

Amber Heard
Amber Heard

        Kiedyś, gdy byłem jeszcze uczniem podstawówki…Zaraz, przecież to smutne, że już nie jestem, ale trudno – stało się, przy czym zapewniam, iż mojej winy trudno byłoby się tu doszukiwać, bo ani na proces dorastania, ani późniejszego starzenia się żadnego wpływu nie miałem. Po prostu tak jakoś wyszło i już – niektórym to się przytrafia. To znaczy jest niby jeszcze szansa, żebym zdziecinniał, niemniej nawet wtedy do czasów szkolnych nie wrócę – no chyba że wspomnieniami. Po prostu nie i już – taki to feler boskiego aktu stworzenia.

         Przejdźmy jednak do rzeczy. No więc gdy byłem jeszcze chłopakiem, takim z podstawówki, to niektóre z moich koleżanek przejawiały dziwne hobby. Otóż w dużych zeszytach, zwanych wtedy akademickimi, w takich z twardymi okładkami, wklejały zdjęcia znanych aktorek i aktorów, przy czym głównie młodych. No chyba że był to ktoś tak słynny i wciąż męski, jak na przykład siwy już Jean Gabin czy mocno szpakowaty Cary Grant - wtedy i oni trafiali na strony powstającego albumu.

        Zdjęcia aktorów, a czasem i piosenkarzy pojawiały się tam z tej prostej przyczyny, że dziewczynom się podobali, tak mniej więcej jak książęta z bajek, tyle że ci dziwnym trafem zręcznie unikali fleszy, więc i wkleić się ich nie dało. Natomiast fotki aktorek dlatego, że podfruwajkom marzyło się wyglądać kiedyś tak jak one. I nic w tym złego nie było, bo ów zeszyt stawał się niczym innym jak próbą zgrupowania, a czasem i posegregowania na kartkach własnych marzeń związanych z pewnymi osobami. Ewentualnie z sobą w ich roli. A ponieważ zawsze spoczywał niemal pod gdzieś ręką, wystarczało otwarcie go na dowolnej stronie, by uruchomić dziecięce fascynacje i fantazje. Choć, niestety, bez możliwości ich urzeczywistnienia. Cóż, jak pech to pech.

        W każdym razie lepiej się z tymi marzeniami obcowało, gdy raz na jakiś czas spojrzało się na zdjęcie… No na przykład takiego Alaina Delona, ewentualnie na kieckę Claudii Cardinale, gdy ta niemal lewitowała ponad czerwienią schodów wiodących do słynnego pałacu festiwalowego w Cannes.

        Z tego okresu sam osobiście zapamiętałem jedną fotografię z zeszytu koleżanki, wyciętą z tygodnika ,,Ekran”, to znaczy z jego ostatniej, nieco plotkarskiej strony, ukazującą ubranych w wieczorowe stroje producenta Carlo Pontiego z jego żoną Sophią Loren – dziś żywą skamienielinę lat świetności włoskiej kinematografii. A oboje uchwyceni zostali na balu wiosennym w Monte Carlo. Czym był ten bal tego nie wiedziałem, ale skoro zaszczycali go swoją obecnością tak znamienici goście, musiało być to coś, coś… No na pewno coś ekstraordynaryjnego i trzeba było być naprawdę kimś, by uzyskać na wspomnianą imprezę zaproszenie. Od tamtej pory chęć uczestnictwa w tym właśnie balu, nie żadnym innym, stała się jednym z moich głównych chłopięcych marzeń, ba! - niemal idée fixe, której przyszła realizacja miałaby się stać dowodem społecznego awansu – tak to sobie wtedy wyobrażałem. I choć później, w trakcie spędzonych wakacji w Prowansji byłem i w Monte Carlo - i to późną wiosną - to jednak nie na balu, przy czym już dawno zrozumiałem, że nie samo zaproszenie jest wstępem do procesu nobilitacji, tylko jej następstwem, a w ogóle to są w życiu nieco ważniejsze rzeczy od takich dupereli.

        Ale ad rem, Grzesiu, ad rem! Zaraz, o czym to ja?... Aha! No więc czerwone dywany, olśniewająca biżuteria, kreacje zatykające dech w piersiach, misternie splecione fryzury, lśniące implantami i porcelanowymi licówkami uśmiechy starych gwiazd płci obojga, o ile w ogóle wypada jeszcze tak o płci napisać, zapominając o pozostałych sześćdziesięciu coś tam. No i nieodłączne błyski fleszy, tłumy gapiów i reporterów, krzyki i gwizdy gawiedzi fetującej swoich idoli - oto atmosfera tego typu imprez, atmosfera współczesnych zeszyto-albumów, o ile takie jeszcze ktoś wykleja.

        Czołowych artystów można podziwiać w różnych miejscach świata: w Los Angeles, Cannes, Berlinie, Wenecji, Gdyni (?), choć w tym ostatnim przypadku wiadomo, że wedle stawu grobla, ale jednak. Gwiazdy stają się żyjącymi markami i znakami jakości przemysłu filmowego, napędzającymi do kin i przed telewizory miliardy widzów przynoszących producentom równie miliardowe zyski. Dlatego należy o nie dbać, chuchać na nie i w ramach powszechnej celebry nie dać o nich zapomnieć, co groziłoby utratą kasowych wpływów. A przede wszystkim podtrzymywać ich mit wyjątkowości – tak w zakresie talentu, jak i urody, bo bez tego przestaną świecić.

        Oczywiście w dzisiejszych czasach, gdy jakość rozmieniono na ilość, ludziom występującym w roli widzów, tyle że coraz mniej myślących i intelektualnie ambitnych, można podrzucić wszystko. I tak oto Scarlett Johansson jako rzadko spotykaną piękność, choć jej aparycja pasuje jak ulał do atmosfery białoruskiego kołchozu. A modnego ostatnio Toma Hollanda upycha się w co bardziej kasowych filmach jako nową gwiazdę, mimo że gość posiadł dziwną i irytującą widza zdolność nieporuszania górną wargą w trakcie wypowiadanych kwestii. Natomiast znanego choć nie wybitnego przecież aktora obdarza się statuetką Oscara za to głównie, że wyróżnia się pigmentalnie. No a gdyby Akademia postąpiła inaczej – co Boże uchowaj! - mogłyby w głosie sprzeciwu zapłonąć miasta. Bo kto wie, złe przecież nie śpi, tym bardziej że noc jest porą łowów, których główną zwierzyną bywa sprzęt elektroniczny i inne drogie dobra ze sklepowych wystaw

Lubię to! Skomentuj8 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale