49 obserwujących
463 notki
527k odsłon
  212   3

Chciwość

        Rok 2008 nie to nie był dobry rok. I wcale nie dlatego, że rosyjska szarańcza wyroiła się na Dzikich Polach, niszcząc zasiewy, bo to nastąpiło dopiero czternaście lat później, ale dlatego, że ceny ropy poszybowały wtedy wysoko, jak nigdy przedtem.

        W styczniu na nowojorskiej giełdzie towarowej NYMEX baryłka osiągnęła po raz pierwszy w historii pułap 100 dolarów, by w lipcu uzyskać wartość 147,16 dolara. Ot, taki powrót do roku 1973. Rosjanie, którzy zacierali ręce, przeliczając zyski na nowe okręty podwodne, czołgi, samoloty i pociski rakietowe, bo przecież nie na poprawę losu przeciętnych cyrylicznych rabów, ustami szefa Gazpromu Aleksieja Millera przepowiadali nawet szybki skok do 200 dolarów za baryłkę, ale stało się inaczej. Od tamtej pory cena zaczęła sukcesywnie spadać, by w 2016 roku osiągnąć wartość 30 dolarów, co mnie cieszyło podwójnie: raz, w czasie tankowania, a dwa – gdy uświadamiałem sobie smutek na Kremlu spowodowany niedoinwestowaniem resortu agresji. Co, że niby resortu obrony? Wolne żarty!

        Dobrze, to już historia – przeszło, minęło. Niemniej z tamtego okresu zapamiętałem wypowiedź jednego z przedstawicieli spółki paliwowej ExxonMobil, który pod koniec roku 2008, a więc okresu szybowania cen ropy, oświadczył, że jego firma osiągnęła nienotowane przedtem zyski. No właśnie, rzec można, że naftowi spaślacy utuczyli się na ludzkiej krzywdzie jeszcze bardziej, bo to głównie na stacjach paliwowych naliczany był ich zysk. Jednak ani pracownikom ExxonMobil nie polepszyło to bytu proporcjonalnie do skali wzbogacenia się zatrudniającej ich firmy, ani nikt inny nie wpadł na pomysł, by gigant dzielił się z kimś rzekomo niesłusznie uzyskanymi dochodami, a tak można by w roszczeniowym amoku nazwać gigantyczny przychód spółki. Podobnie zresztą jak nikt nie zamierzał wspierać finansowo paliwowego molocha, gdy z kolei ceny opadły do 30 dolarów za baryłkę i zyski – ale wciąż zyski – uległy znacznemu pomniejszeniu. Tak samo zresztą nikomu nie wpadło do głowy, by zażądać od Jeffa Bezosa współudziału w gigantycznych profitach Amazonu, osiągniętych w czasach pandemii, a więc wtedy, gdy świat biedniał, a Bezos – jakby całkiem odwrotnie.

         Okazuje się jednak, że są ludzie, którym nieobce jest rewolucyjne myślenie. A jest to zastanawiające o tyle, iż rzecz dotyczy bankiera, który kiedyś zarabiał miesięcznie niemal sto razy więcej niż jego rodak-przeciętniak. I co ciekawe, ów przeciętniak wcale nie krzyczał pod jego domem: ,,Ej, krezusie, podziel się ze mną swoimi dochodami.” A mógł nazwać go nawet dosadniej, albowiem patrząc przez pryzmat różnicy zawartości portfelów jego i bankiera, miałby pewną rację. Istotną, bo moralną.

         Wspominam o tym, jako że niedawno właśnie ów bankier, a dziś szef polskiego rządu, będąc gościem Ogólnopolskiego Kongresu Dialogu Młodzieżowego, zarzucił Norwegom uzyskanie nadmiarowych zysków ze sprzedaży ropy i gazu, ocenianych na sto miliardów euro. Zdaniem Morawieckiego zysków oczywiście niesłusznych, bo zarobionych żerowaniem na wywołanej przez Putina wojnie. W związku z czym - i tu jest clou kuriozalnej wypowiedzi – Skandynawowie powinni się zyskiem podzielić. Z kim, tego wprost nie powiedział, choć zasugerował Ukrainę. W każdym razie powinni i już, bo dość dziwacznie rozumianej filantropii oczekuje od nich polski Robin Hood. Sęk w tym, że choć Norwegowie odnotowali spowodowane wojną zyski, których nadwyżki trafiają na konto państwowego funduszu emerytalnego, zabezpieczającego byt przyszłych pokoleń, to w tym samych czasie wartość tego funduszu spadła o 54 mld euro, co zostało spowodowane krachem na giełdzie. A krach wojną.

         Wygłup polskiego premiera moglibyśmy pominąć milczeniem, gdyby nie dwie sprawy. Pierwsza, ważniejsza, dotyczy negocjacji z Norwegami w prawie zapełnienia przepustowości Baltic Pipe, co w aktualnej sytuacji gospodarczej kraju jest niezwykle istotne. A zasada jest taka, że partnerów biznesowych nie kopie się po kostkach, prowadząc z nimi jednocześnie pertraktacje odnośnie ilości i cen zakupowanego surowca, gdy na dodatek jest się od nich zależnym. Może Mateusz Morawiecki ma inną wiedzę w tej kwestii, jednak ja przychylałbym się do opinii Piotra Woźniaka, byłego prezesa PGNiG, który twierdzi, że wypowiedź premiera znacznie pogorszyła polską pozycję negocjacyjną w tej kwestii.

        Sprawa druga, która bezpośredniej i namacalnej szkody Polsce niby nie przynosi, za to wizerunkowi premiera dość istotną, to hipokryzja. A skoro jest on polskim premierem, to jednak odpryski jego wizerunku trafiają po wsiech, znaczy rzutują na oceny moralne przypisywane jego rodakom. Zresztą przyjrzyjmy się temu znanemu przecież przypadkowi, który w kontekście zarzucanej Norwegom chciwości nabiera innej wymowy.

        W roku 2002, dzięki uprzejmości kardynała Gulbinowicza, Mateusz Morawiecki wraz z żoną nabyli od Kościoła 15 - hektarową działkę pod Wrocławiem. Powiada się, że wspomniana uprzejmość purpurata musiała być znacząca, bo Morawieccy kupili nieruchomość za 700 tys. złotych, choć jej wartość rynkowa w tym czasie była czterokrotnie wyższa. Nie wiem, może to tylko złośliwe pomówienia, niemniej faktem jest, że w sierpniu roku 2021 żona premiera, na którą ten przepisał swój udział tuż przed zaangażowaniem się w politykę, sprzedała parcelę za 14.9 mln złotych, czyli 21 razy drożej od ceny jej nabycia. No, takiej przebitki to nawet chciwi Norwegowie handlując ropą i gazem nie odnotowali, a mimo to szef polskiego rządu im to wypomina.

        I tu pytanie: czy Morawiecki i jego żona postanowili podzielić się nadmiarowym zyskiem z Kościołem, od którego wspomnianą działkę nabyli? Albo z kimkolwiek, by było sprawiedliwie? Słyszał ktoś coś na ten temat, może mnie oświecić, bym przeprosił polskiego premiera za postawiony mu zarzut stosowania w życiu moralności Kalego?

        Jeśli swoim postępowaniem przeczymy pewnym pryncypiom stanowiącym ogólnoludzkie wartości, nie wypada nam przypominać o nich innym, wymagając zarazem ich realizacji. Rzec można, że z powodu własnej niedoskonałości nie jesteśmy w prawie, by tak postępować. A jeśli komuś wydaje się już nawet, że zasady etyki wcale nie muszą go obciążać, stając się w jego życiu zbędnym balastem ograniczającym zwłaszcza jego wrodzoną przedsiębiorczość, to niech chociaż robi to dyskretniej, aby nie narazić się na zarzut i hipokryzji, i zwykłej głupoty. Zwłaszcza wtedy, gdy na arenie międzynarodowej reprezentuje państwo i swój naród.


Lubię to! Skomentuj6 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale