47 obserwujących
463 notki
527k odsłon
  347   6

Kanapki biedy

        Okazało się, że moje dotychczasowe życie, a w zasadzie postrzeganie go, zrozumienie i ocena, przebiegały pod dyktando chciejstwa, co zostało brutalnie zweryfikowane przeczytanym ostatnio artykułem. W prasie polskiej ma się rozumieć, bo tam tylko pisują autorzy o nietuzinkowym oglądzie rzeczywistości. Oczywiście zaistniała we mnie wolta wiedzy o sobie samym nie dotyczyła mojej całej życiowej aktywności, ale tej, jaka związana jest z wypracowanym majątkowym statusem. A ten sobie jako ja, albo dokładniej – jako rodzina na imigranckiej ziemi razem wyskrobaliśmy, oszacowaliśmy i pogodziliśmy się z nim, uznając, że jest nam z nim dobrze, w miarę fajnie i wystarczająco do twarzy, byle gorzej nie było. Przy czym faktem jest i to, że w naszym wieku i tak już sobie nic nie poprawimy, no chyba że wygramy w totka, za to rządzący, czyli tak zwane elity władzy i owszem - mogą, ale pogorszyć, co próbują od lat, z tym że po trochu i nieźle im to nawet idzie. Póki jednak nie wpadły jeszcze na pomysł jak zdynamizować proces społecznego ubożenia - choć nie jestem pewny czy obecna inflacja nie jest właśnie tym narzędziem - i za jednym zamachem wpuścić ludzi w kanał pokojowo zaakceptowanej przez nich biedy, to da się jakoś żyć. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak chwytać dzień, prosić chwilę, by ta trwała wiecznie i takie podobne rady, zaklęcia i dyrdymały. Plus, rzecz jasna, nieodłącznie towarzysząca maluczkim modlitwa.

         Dobrze, a teraz przechodzę już do wytłumaczenia, dlaczego moje spojrzenia na własną dolę było i jest błędne. Otóż wszystko wzięło się za sprawą kanapek, jakie znalazły się w finale artykułu ,,Idzie bieda”, popełnionego przez Łukasza Zboralskiego w numerze 26 tygodnika ,,Do Rzeczy”. A pisze tam pan Łukasz tak:

         ,,O tym, jak bardzo zaczyna być źle, najlepiej świadczą nieoficjalne informacje od niektórych dyrektorów szkół. Przed końcem roku zauważyli, że znacznie więcej uczniów zamiast gotówki od rodziców na zakup jedzenia zaczęło dostawać z powrotem przegotowywane przez nich kanapki”.

         Otóż w powyższym tekście pewne rzeczy szczypią w pomyślunek. Bo czy słuszne jest opieranie jakieś tezy na nieoficjalnych informacjach, których wartość merytoryczna może być skąpa bądź nawet żadna? Nie wiemy przecież i nie możemy sprawdzić, czy Zboralski zasłyszał o tym w kolejce do kasy w osiedlowym zieleniaku, przysłuchując się rozmowie znanego sobie z widzenia dyrektora szkoły, a później, równie nieoficjalnie, już na potrzeby artykułu, rozmnożył pryncypała liczbą mnogą. Ewentualnie w ogóle nic nie słyszał, tylko stworzył sobie nieoficjalny głos dyrektorski w lewej dziurce nosa, który następnie wydłubał paluchem wraz z gilem i opisał. Po prostu dla czytelnika rzecz jest niesprawdzalna, o ile sam z powodów oszczędnościowych nie zaczął robić kanapek i nie dowiedział się o podobnym trendzie w szkole od dziecka. Należy jednak przyznać, że jako przykład użyty w roli argumentu przemawiającego za tezą sytuacja jest atrakcyjnie przekonująca, choć tylko pozornie. Pozornie, bo gdybym odwołał się jedynie do statystyk spadku ilości osób odwiedzających lokale gastronomiczne dwa lata temu, mógłbym dojść do wniosku, że powodem stało się gwałtowne zubożenie społeczeństwa, uderzonego po kieszeni nagłym gospodarczym kryzysem.

        Rzecz druga to sprowadzenie kanapek do symbolu pogarszającego się poziomu życia, jeśli nawet nie biedy, albowiem tak należy rozumieć słowa Zboralskiego. I tu zaczyna się mój problem, bo jak pamiętam moja córka zawsze nosiła do szkoły lunch box, a w nim kanapkę i owoce, ewentualnie jakąś sałatę lub inny przysmak, który najpierw żona, a później ona sama przygotowywały. Natomiast w szkolnej stołówce miała opłacone tylko dzienne porcje mleka. I teraz nie wiem, jak na tych bieda-kanapkach udało się jej przeżyć i zachować zdrowie? Cud jakiś albo co? Podobne szkolne posiłki jadała moja żona wychowana od czasu gimnazjum w jueseju, i również ja, choć już w peerelowskich warunkach. W każdym razie nikt z nas nie czuł się poszkodowany, umniejszony społecznie, zawstydzony czy zgłodniały wcinaniem w szkole przyrządzanych w domu kanapek. Wręcz przeciwnie, sądziliśmy, że jadamy lepiej już choćby z tej przyczyny, że w ogóle wiemy co jadamy, natomiast fakt przyrządzania posiłków dla dziecka, często z wesołymi karteczkami przyklejonymi do opakowań, zwiększał rodzinną więź.

        No ale pewnie zdaniem Zboralskiego żyliśmy we wstydliwej biedzie, bo po prostu nie było nas stać na wydanie pieniędzy na kupno drugiego śniadania i nigdy nie wdrapaliśmy się na ten poziom zamożności. Ba, mało tego, kierując się podobnym rozumowaniem powinniśmy zafundować córce aparat ortodontyczny, choć go nie potrzebowała, za to każdy jej okropny uśmiech udowadniałby otoczeniu status materialny jej rodziny, jak to w kraju przodków w modzie.

        Zresztą jest i tak, że niekiedy pewne sytuacje mogą być odczytywane mylnie. Ciekawe, czy lata wstecz Zboralski dowiedziawszy się od jakiegoś dyrektora szkoły, że coraz więcej młodzieży zakłada dziurawe lub wręcz podarte dżinsy, nie wpadłby na myśl, że jest to dowodem spadku poziomu życia. Ewentualnie noszenie śmierdzących trampków do garnituru, co zauważyłem przy okazji reportażu z jakieś studniôwki lub w wydaniu redaktora Janeckiego w telewizyjnym studiu,  nie zaświadcza o zaporowym wzroście cen skórzanego obuwia. Bo czasem warto najpierw zastanowić się, czy coś jest efektem biedy, młodzieżowych trendów w modzie czy na przykład nie zostało wymuszone lękiem przed pandemią – taka mała uwaga.

        I jeszcze drobiazg. W USA, w stołówce szkolnej, mogą siedzieć przy wspólnym stole dwaj uczniowie jedzący lunch. Jeden z klasy średniej, a drugi z ubogiej rodziny. I obaj jedzą to samo. Ten pierwszy, bo go stać, a drugi – bo go właśnie nie stać, więc płaci za niego stan. I jak tu się rozeznać, kto jest kim?

        W każdym razie od dziś będę bardzo uważał, by nikt nie dostrzegł, jak poza domem jem kanapkę – na przykład podczas wędkowania albo dłuższej podróży. A już szczególnie symbolicznego kurczaka ze sreberka, zwłaszcza w obecności redaktora Kuźniara. No nie daj Boże, bym miał obnosić się przed światem z własną chudobą, choć to właśnie nie kanapki zaświadczają o biedzie, ale głodne sny o nich, o czym  Zboralskiemu delikatnie przypominam. Głównie po to, by jak zamarzy o kromce chleba z czymś tam, umiał rozpoznać, czy to już głód puka do jego drzwi, czy tylko rozbudzony apetyt.


Lubię to! Skomentuj20 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale