Grzegorz Gozdawa Grzegorz Gozdawa
144
BLOG

Airhead Gortat - rzecz o zidioceniu

Grzegorz Gozdawa Grzegorz Gozdawa Społeczeństwo Obserwuj notkę 19
Na rynku przeróżnymi wartościami i bezwartościami całkiem niezłe notowania zdobył sobie idiotyzm. Zwłaszcza w handlu komponentami sprawowania politycznego władztwa. Bo z jednej strony idioci przybierający w masie postać motłochu wierzą w wyborczą kiełbasą, z drugiej – już nie w masie tylko jednostkowo - również idioci, ewentualnie kanalie, a niekiedy jedni z domieszką drugich, wspomnianą kiełbasę firmują i serwują tym pierwszym z polecenia swoich dysponentów.

        Zgodnie z mądrością matołów zidiocenie podlega stopniowaniu, w związku z czym uznaje się w tych kręgach dość powszechnie, że można być większym i mniejszym idiotą. Koncepcja spełnia zapewne rolę koła ratunkowego dla tych, którzy podjąwszy pewne przypuszczenie odnośnie własnego skretynienia, klasyfikują je na poziomie stanów niskich, zatem niezauważalnych dla otoczenia i w związku z tym powszechnie uznawanych jako intelektualnie normalne.

        Tyle spekulacja dzielenia włosa na czworo, z zadowoleniem zaakceptowana przez matołów, bo tak naprawdę, to znaczy według mojej teorii, która jako jedynie słuszna (notabene jak zawsze bywają słuszne moje teorie), uznaję, że szarość nie istnieje, a jedynie świat w kolorach czarnych i białych. Nie można być trochę idiotą, trochę kanalią, trochę alkoholikiem czy trochę mordercą. Albo trochę Putinem. Zatem idiota to idiota i tyle. Mały czy duży – wszystko jedno, stanowi podobne zagrożenie dla może nieciekawej i nudnej, jednak normalności.

        Niemniej z uwagi na przewidywane problemy z komunikacją, głównie dla potrzeb prezentowanych tu przemyśleń, zmuszony jestem sprowadzić moje IQ do wspólnego mianownika i uznać, że idioci bywają duzi i mali. Ale… No właśnie, czy chodzi o wzrost, czy o stopień zidiocenia – tego nie da się od razu ustalić? Bo na przykład mówi się: stary a głupi, tak jakby starość wiązana z życiowym doświadczeniem miała stać się odtrutką na idiotyzm. No oczywiście, że nie, prawda? Można się niby spierać, bo wraz z latami rośnie doświadczenie życiowe, niemniej jaki wpływ ma ono na idiotę, skoro jest tylko idiotą i nie wie, jak owo doświadczenie skonsumować w praktyce. Natomiast nie spotkałem się z przypadkiem, by mówiono: duży a głupi, bo wzrost absolutnie nie ma nic do rzeczy, czyli do wrodzonej głupoty. Dlatego bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy na przykład w koszykarzu jest tyle zidiocenia, co w lilipucie, czy raczej tyle, ile w kilku liliputach naraz, i co wciąż pozostaje w sferze domysłów. Oceniając jednak przykładowo gabaryty Marcina Gortata, który jest osobą niezaprzeczalnie wielgachną, nie wiemy jeszcze, ile jest w nim idioty, a nawet czy w ogóle. Dopiero jeśli się wypowie, zwłaszcza w kwestiach politycznych, przekonujemy się, że jest idiotą niezaprzeczalnym, takim od stóp aż po czubek głowy, a że to przypadek szczególny, więc kwestią otwartą pozostaje domysł czy aż po mózg. No i na dodatek podejrzenie podpowiada, że jest idiotą palieznym, znaczy pożytecznym.

        Tu popełnię dygresję i przypomnę, że należę do niepoprawnych optymistów poszukujących sprawiedliwości. Tej społecznej czy w ogóle jakiejkolwiek, bo sprawiedliwość jest dobra i pożądana pod każdą postacią i pod każdą szerokością geograficzną, z wyłączeniem Rosji i Chin oraz ich satelitów. Szukając jej niemal wszędzie, wreszcie natknąłem się na nią w końcówce lat 80-tych ubiegłego wieku w polskich delikatesach w Jueseju, gdzie była sprzedawana na wagę lub paczkowana, w opakowaniach po 25 dekagramów – jak masło albo drożdże i sprowadzana prosto znad Wisły. Szara, o konsystencji smalcu, niczym się nie wyróżniała, choć podobno oddziaływała na otoczenie. Mogę stwierdzić, że wspólnie z żoną staliśmy się dzięki niej sprawiedliwsi, mimo że nie Sprawiedliwi, i nie mamy swojego drzewka, no ale co ma wisieć, nie utonie i nadzieja w nas nie gaśnie. A miało to miejsce w czasach zwycięstwa Solidarności, utożsamianej przecież ze sprawiedliwością, gdy Związek był jeszcze w modzie. I choć tylko werbalnie, ale jednak. To z kolei powodowało, że mimo wydawałoby się agresywnie prowadzonej reklamy faktyczny popyt na sprawiedliwość był niewielki, a i podaż nie za duża, i jeśli już, to trafiała na rynek w charakterze podróbki. Dlatego, choć kongres amerykański witał naszego Bolka niczym bohatera i wzór wszelkich cnót agenturalnych tamtych czasów, to amerykańskie kompanie niechętnie zatrudniały solidarnościowych działaczy, mając ich za potencjalnych zadymiarzy, strajkowiczów i psujów krwi zdrowego kapitalizmu. Znaczy według zasady: ja cię lubię i podziwiam, ale na odległość.

        Okazuje się jednak, że na rynku przeróżnymi wartościami i bezwartościami całkiem niezłe notowania zdobył sobie idiotyzm. Zwłaszcza w handlu komponentami sprawowania politycznego władztwa. Bo z jednej strony idioci przybierający w masie postać motłochu wierzą w wyborczą kiełbasą, z drugiej – już nie w masie tylko jednostkowo - również idioci, ewentualnie kanalie, a niekiedy jedni z domieszką drugich, wspomnianą kiełbasę firmują i serwują tym pierwszym z polecenia swoich dysponentów.

        Może właśnie dlatego do tych tak często obecnie spotykanych – co wiem od znajomych - należy scenka, jaką sam miałem możność zaobserwowania w pewnej znanej handlowej galerii, przy stoisku zaopatrującym partie polityczne. W co? No w zasadzie we wszystko, co potrzebne do prowadzenia działalności, a więc w całe lub na ogół bardziej chodliwe i znacznie tańsze strzępy programów wyborczych, chwytliwe hasła: prawicowe, centrowe i lewackie, bo lewicowe stały się passé, hologramy polityków – tańsze i droższe, w zależności z którego szeregu, żywe autorytety moralne, naukowe i różne inne oraz rozmaite pomoce, jak samouczki, skrypty i gadżety. W takiej oto atmosferze politycznego vademecum, stałem się świadkiem pewnego dialogu:

        - Chciałbym kupić większą ilość idiotyzmu w dowolnej formie, potrzebnego do celów propagandowych – jakoś niepewnie zaczął klient, wypowiadając przy tym dźwięcznie literki r i robiąc dziwne ruchy otwartą dłonią prawej ręki, jakby chciał pociąć coś lub kogoś ciosami karate w cienkie plastry.

        - Aha, rozumiem. - odpowiedział grzecznie sprzedawca. – Na pewno jesteśmy w stanie jak zawsze panu pomóc… - zajął wyczekującą pozycję.

        – No więc macie paczkowany czy na wagę? – nie przestawał ciapać dłonią powietrza klient.

        - Niestety, idiotyzm w tych postaciach skończył się, ale mamy jeszcze sprzedawany na metry.

        - Grube czy cienkie zestawy? – dopytywał klient.

         - No takie sobie, grube raczej. – uściślił ofertę sprzedawca.

        - To poproszę całe dwa metry. – nie przestawał ciapać powietrza klient od zewnątrz do środka, tym razem już na dwie dłonie.

        - Dwa? A mogą być dwa metry i trzynaście centymetrów? – rzucił zachęcająco sprzedawca.

        - No dobra, niech będzie. Ale dlaczego właśnie tyle? – zagadnął podejrzliwie klient, obawiając się zanadto uszczuplić grant wypłacany miesięcznie przez zaprzyjaźnioną stolicę na rzecz jego ugrupowania. Niby nie był to przekazywany mu jurgielt, z którego nie musiał się rozliczać, ale z grantu właśnie musiał i z powodu tych dodatkowych trzynastu centymetrów mógł zostać posądzony o rozrzutność zarządzanymi funduszami. Jednocześnie cały czas starał się powstrzymać lewą ręką wciąż ciapiącą powietrze prawą dłoń, gdy ta niebezpiecznie zbliżyła się do twarzy sprzedawcy.

        - Bo dam panu całego Gortata. – otrzymał odpowiedź. - Przecież mu nie przytnę tych trzynastu centymetrów, bo i skąd: ze stóp, z głowy, z fiuta? Bierz pan całego i tyle. A za te trzynaście centymetrów nie będę liczył - niech będzie moja strata.

        - A może to jakiś wybrakowany idiota, co? – nabrał podejrzeń klient. - Kupiłem tu już niejednego, ale nie wszyscy się sprawdzili. Idioci jacyś… - Co mówiąc, tym razem kciukiem lewej dłoni zaczął ugniatać śródręcze powstrzymanej prawej na wysokości stawu dużego palca.

        - Proszę wyrażać się konkretnie, wskazać nazwiska, bo uznam, że celowo chce pan popsuć renomę naszego sklepu. – oburzył się sprzedawca.

       - Niestety, musi mi pan uwierzyć na słowo. – burknął klient. – Gdybym ujawnił nazwiska, a te przeniknęłyby do mediów, podważyłbym i tak już nie najlepszą opinię powołanych przeze mnie komisji. Więc proszę uwierzyć mi na słowo, że to durnie przerastający moje oczekiwania.

        - No przecież takich pan szukał, głupich, wiernych i na wszystko się zgadzających. – przerwał sprzedawca. – A ten durny, którego panu proponuję, jest na pewno w sam raz na pańskie potrzeby. Mało kuma, ale jak to wielkolud, autorytet będzie miał większy. Wie pan, mówiąc między nami dużo żre, rzekłbym, że proporcjonalnie do wzrostu i w koszty mnie wpędza, więc chętnie się go pozbędę. No co, bierze pan? Dam dobry rabat.

        Tym oto sposobem Marcin Gortat trafił do zasobów propagandowych Koalicji Obywatelskiej jako powszechnie znany autorytet sportowy, robiący tam za pożytecznego idiotę. A to dlatego, że żaden normalny człowiek bzdur takich jak pan Marcin masowemu odbiorcy by nie opowiadał. Do tego trzeba mieć patent idioty. Idioty lub kanalii – inaczej się nie da. Zresztą oto próbka jego przemyśleń:

,,- W Stanach Zjednoczonych wstyd było powiedzieć, że jest się Polakiem - mówił w rozmowie z WP SportowymiFaktami Gortat. - To, co się działo, było przerażające. Przecież to był kurs na Rosję czy Białoruś. Ja się na ten kierunek nie godziłem i dawałem temu wyraz.”

        Hm, wstyd mu było w USA z tego powodu, że był Polakiem, a wszystko za sprawą PiS. No proszę! Wyobrażam sobie jak przychodził na trening, a koledzy z drużyny – wszyscy żywo zainteresowani sprawami jego ojczyzny, o której nie wiedzieli na jakim kontynencie jej szukać, o ile w ogóle byli w stanie je nazwać, nabijali się, pokazując go sobie na dodatek palcami. Oczywiście wtedy, gdy nie mieli zajętych kręceniem na nich piłki, co u Afroamerykanów jest w modzie zamiast kręcenia globusem – jak Charlie Chaplin nie przymierzając. Albo ta wzmianka o skierowaniu Polski przez PiS na Rosję czy Białoruś. O co w niej chodziło koszykarzowi? Czy o to, że rząd PiS obrał kurs na polityczne zbliżenie ze Wschodem, czy o zapożyczanie totalitarnych wzorców zarządzania państwem? A może o jedno i drugie?

        W miarę inteligentny Marsjanin albo nawet jego marsjański pies, po pół roku pobytu w Polsce zorientowaliby się – i słusznie - że rząd PiS robi wszystko, by głównie z pomocą USA - może nawet za zbyt wielką cenę, ale innej opcji nie miał - zabezpieczyć się przed ekspansją ze Wschodu. Że rozpoczął gigantyczne zakupy zbrojeniowe przecież nie w celu ataku z Moskwą i Mińskiem na Zachód, tylko odwrotnie – by zniechęcić cywilizację turańską do napadu na nasze ziemie. Że wspierał wejście Szwecji i Finlandii do NATO, by wzmocnić sojusz, a nie go osłabić i ułatwić zadanie Putinowi. Każdy, kto widzi te sprawy inaczej jest idiotą albo kanalią, ewentualnie prezentuje obie cechy w jednym wydaniu.

        Natomiast jeśli rzecz miała dotyczyć przejmowania wzorców zamordyzmu, to niech Gortat poda przykłady, a konkretnie przykłady osób i organizacji, jakie były szykanowane w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości za prowadzoną działalność, w tym krytykę władzy. Niech wskaże media i dziennikarzy represjonowanych za opozycyjny ton wypowiedzi. Niech poda nazwiska więzionych polityków. Pewnie mu się nie uda, bo takich przypadków nie było. Natomiast wizja rzekomego pisowskiego zamordyzmu żyła w zainspirowanych przez berlińską agenturę wyobrażeniach zidiociałego, mściwego i genealogicznie zakompleksionego motłochu, do którego należy i Marcin Gortat.

        Przy czym, dla równowagi i gwoli wyjaśnienia mitów, którymi żyje polskie prawactwo, również całkiem fajnie ogłupione propagandą, warto wspomnieć, że i poprzednie rządy PO, i sam Tusk byli fałszywie oskarżani przez PiS o promoskiewskie sympatie. Otóż to nie sympatie, bo mimo wszystko trudno posądzić prozachodniego Tuska o sentyment żywiony dla świata prowizorki, tandety, higieny wygódki za chałupą i ogólnego cywilizacyjnego zacofania. Nie, wschodnia polityka Tuska była wynikiem poleceń Berlina, który dla realizacji celów dominacji gospodarczej dążył do poprawy stosunków Unii z Rosją, za rządów Kaczyńskiego blokowanych przez PiS. Jeśli więc szef PO prowadził politykę zbliżenia z Rosjanami, to z polecenia Angeli Merkel, bo był i jest z wyboru wasalem Niemiec, a nie z sympatii do Putina jako jego wasal. Natomiast jeśli jakiś zaczadzony prawacki idiota zrobi tu znaną wrzutkę: ,,A rozmowa na sopockim molo?”, wtedy zapytam idiotę, czy zna jej treść. I tyle.

        Wróćmy jednak na koniec do Marcina Gortata. Twierdzi on, że nie godził się na promoskiewską politykę PiS i dawał temu wyraz, co oznacza, że kompletnie jej nie rozumiejąc występował przeciwko żywotnym interesom Polski, którym właśnie wschodnia polityka PiS służyła. Dlatego lepiej będzie, jeśli zostanie przy piłce, tak jak to koszykarzowi przystało. Podobnie jak aktor przy aktorstwie, a piosenkarz przy śpiewaniu. Tym bardziej że Gortata łączy z piłką nie tylko sport, ale i to, że ma w głowie tyle samo, co ona, czyli powietrze. I tak, jak mówiło się kiedyś Air Jordan, tak teraz można powiedzieć Airhead Gortat. A kogo Amerykanie określają mianem airheada, to pan Marcin już dobrze wie.


Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo