Grzegorz Gozdawa Grzegorz Gozdawa
248
BLOG

Wśród tłuszczy wielkie poruszenie...

Grzegorz Gozdawa Grzegorz Gozdawa Społeczeństwo Obserwuj notkę 39
Reszta to tragiczny zbieg okoliczności. W tym nawet i to, że chłopak sam wybrał wojsko jako kontynuację dorosłego życia, a nie na przykład pozycję wspomnianego tu pomocnika młynarza. Może w młynie lepiej nie płacą, ale jest spokojniej. Przynajmniej póki co.

        Pisali wczoraj w Salonie, że śmierć żołnierza poruszyła Polaków. I kłamali, kłamali w żywe oczy, bezczele, bo gdzie teraz Polaków znajdziesz? Uderzył w nich meteoryt, ale nie ten stamtąd, wschodni albo tunguski, rykoszetem niby – na ten trzeba jeszcze trochę poczekać. I zasłużyć. Ten nasz to obce ciało europeizacji, pedagogiki wstydu, wynaturzenia podniesionego do rangi wzorca zachowań i ogólnego wisimitutostwa sprzedanego pod hasłem: ,,Róbta co chceta”, prowadzącym lud na barykady wstydu. Naród oberwał i już się nie podniesie. No może garstka się znajdzie tych normalnych, jeszcze niewynarodowionych. A ci nie są poruszeni śmiercią żołnierza, tylko zawiedzeni władzą - tą i tamtą, bo myślą propolsko i są po prostu wściekli. Głównie bezsilnością. Natomiast poruszone bywa bydło na medialnych sterydach, przeżywające stadne emocje. Takie, z których nic nie wynika.

        Tak samo jak nie wynika nic ze wspólnego przeżywania śmierci jakiejś osoby, głównie aktora, bo jest znany i oglądany tłumnie. Choćby tej miary słabeusz co Dariusz Gnatowski, czyli Boczek z Kiepskich. Albo ktoś słuchany, jak muzyk czy piosenkarz. Ba, nawet raper, który z muzyką i poezją ma tyle wspólnego, co świnia z operą albo literaturą. Kiedyś doszło w Salonie niemal do szaleństwa, gdy odszedł Robin Williams. Każdy tutejszy wycieruch czuł się w obowiązku RIP-ować i pisać poruszające serca – notabene takich samych jak on idiotów - hymny pochwalne ku czci wielkiego narkomana-samobjcy, który wciągnął nosem więcej kokainy niż pomocnik młynarza mąki – i to przez całe swoje pracowite życie. A alkoholu też sobie nie żałował, bo niby dlaczego? Przecież od macochy nie był.

         Co spowodowało, że nawet przeciętny notkarz czy rozumiejący świat cząstkowo i oddzielnie tutejszy salonowy komentator, poczuwali się do obowiązku wyrażenia swojego żalu? Co amerykańskiemu aktorowi zawdzięczali, ile filmów z nim naprawdę widzieli? A ile zrozumieli? Co łączyło ich z Williamsem: uczucia, interesy, wspólnota duchowa, obowiązki?... Nic, tylko medialna atmosfera sensacji, bo śmierć może być sensacją: albo jako anonimowa, ale szokująca, na przykład okrucieństwem, albo dotykająca poprzez pozorną znajomość zmarłych osób, na ogół publicznych. Kiedyś śmierć małej Madzi z Sosnowca wstrząsnęła motłochem, choć nie odebrała mu chęci pochłaniania ziemniaczanych czipsów i piwa jako bazy dla zasysanych z ekranu wiadomości i ich fragmentarycznych przemyśleń. Później były inne przypadki wzmożeń: śmierć Kamilka z Częstochowy, śmierć Natalki z Andrychowa. Teraz żołnierza. Zawsze coś chamom podrzucą, by ich wzruszało, łapało za gardła, serca, zajmowało na dzień, dwa, może trzy umysły, zabełtało w nich emocje. Odwracało uwagę? Hm…

        Na załączonym zdjęciu widać honorowych gości – w przenośni kruki i wrony rozdziobujące na kilka części wątły już społeczny kapitał politycznego zaufania. Dobrze jest się pokazać, ogrzać w ciepełku wzruszeń, wykreować symbol, dorzucić trochę do pieca sondażowych słupków. No i koniecznie zademonstrować ludziom, że to ONI, nie MY, winni są tej śmierci. A tamci z kolei, że nie, że nie ONI, ale MY właśnie. Szok, zażenowanie... Zdrada? A tak naprawdę nikt nie jest winny śmierci żołnierza poza tym, który rzucił w niego prymitywną dzidą. No i ci, którzy go do tego popchnęli – rzecz jasna, o ile tacy byli. Reszta to tragiczny zbieg okoliczności. W tym nawet i to, że chłopak sam wybrał wojsko jako kontynuację dorosłego życia, a nie na przykład pozycję wspomnianego tu pomocnika młynarza. Może w młynie lepiej nie płacą, ale jest spokojniej. Przynajmniej póki co.

        Dziwne tylko, że tak łatwo poruszony motłoch nie chce myśleć o Polsce, której na jego oczach zakładają chomąto i podczepiają do berlińsko-brukselskiego zaprzęgu. Tu żadnych przemyśleń, żadnych wzruszeń, żadnych reakcji... Polskojęzyczne poczwary niczego się nie nauczyły. Zresztą Niemcy wojnę przegrali – niech oni się uczą. No i Niemcy wzięli to sobie do serca, pilnie odrabiając lekcje. Tym razem błędu nie popełnią.

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo