46 obserwujących
392 notki
462k odsłony
4558 odsłon

Michalkiewicz i inni

Wykop Skomentuj79

        Lubiłem słuchać i oglądać Stanisława Michalkiewicza w jego internetowym okienku, gdzie ostatnio już niemal codziennie komentuje w kolejnych odsłonach otaczającą nas rzeczywistość. I nie tylko taką, jaką ona jest, ale nawet taką, której nie ma, gdy retuszuje ją barwami najczęściej nienachalnej sensacji, głównie na użytek większej popularności swoich programów. Przy czym nie chodzi o to, jakoby jeden z jego honorable correspondant, jak nazywa współpracujące z nim anonimowo, a przez to nie zawsze wiarygodne osoby, donosił mu, że gdzieś we Francji lub w Jueseju człowiek pogryzł psa, tylko subtelniej - że go jedynie zapchlił i oszczekał.

         Michalkiewicz posiada tę zaletę, rzadką zresztą wśród większości publicystów, że opowiada w sposób odbiegający od sztampowej powagi, nadętej uczoności i nieznoszącego sprzeciwu rzekomego profesjonalizmu tokujących w telewizorniach głów. Jeśli uważa to za stosowne, posługuje się językiem ulicy, nie zawsze wybrednym żartem czy nawet sprośnym skojarzeniem, co nie przeszkadza mu mówić o sprawach naprawdę ważnych dla kraju i zamieszkujących go ludzi. A robi to dlatego, że wie, iż przekaz musi mieć charakter uniwersalny w formie, by trafiał do jak najszerszego kręgu odbiorców. To, że nagrywa w domu, jeszcze bardziej go nam zbliża, albowiem zaczynamy traktować komputerowego gościa niczym sąsiada z przeciwka, utrzymującego dystans swoją pozycją społeczną i wiedzą, a zarazem - gdy przejawia taki kaprys - potrafiącego zniwelować go niemal kumpelskim sposobem bycia. Takim, w którym gadulskość przeplatana jest zabawnymi dykteryjkami i nieznanym nam dotąd oglądem szarej już dla nas, pozbawionej barw i wydawałoby się, że i niespodzianek codzienności.

         No i wszystko było dobrze do momentu, kiedy to na wyborczej scenie pojawiła się Konfederacja - twór łączący w przypadkową całość byty z natury niezależne, wydawałoby się pozbawione głównie z przyczyn charakterologicznych koalicyjnej zdolności, w tym Korwina-Mikkego, Brauna, Liroya lub Winnickiego od narodowców. Co łączy z nimi Michalkiewicza? Dwie kwestie. Pierwsza, to polityczna narracja w sprawach stosunków polsko-żydowskich i de facto – poza Korwinem - nic poza tym. Drugą natomiast stanowi właśnie stara znajomość i w wielu wypadkach jedność politycznych wyznań z byłym szefem Unii Polityki Realnej, której nota bene na zmianę prezesowali.

         Od tego momentu Michalkiewicz z zajadłego, totalnego krytyka ,,obozu zdrady i zaprzaństwa”, jak nazywa PO oraz w miarę łagodnego prześmiewcy ,,płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm”, czyli PiS, przeszedł istną polityczną metamorfozę. Jego głównym i w zasadzie jedynym obiektem ataku stało się ugrupowanie rządzące, które obrzucał tym, co PiS-owi zarzucić można, jak i tym, co było wytworem wyobraźni felietonisty, wymyślonym na okres wyborczy i niejednokrotnie graniczącym z oszczerstwem.

         Powody zaistniałej zmiany są dwa. Pierwszy to nie tyle podejrzenie co otwarty zarzut, choć niepoparty żadnymi dowodami, zdrady interesów Polski, postawiony ugrupowaniu Kaczyńskiego. Zdaniem Michalkiewicza, prezes, a z nim partyjni oficjele, gotowi są oddać kraj w pacht Żydom, za co w zamian utrzymają władzę. Powód drugi jest taki, że naturalnym konkurentem otwarcie wspieranych przez publicystę Konfederatów, w tym głównie Mikkego, była nie Koalicja, tylko Zjednoczona Prawica na czele z PiS. Nikt bowiem ze zwolenników PO, SLD czy Nowoczesnej nie zagłosowałby na blok, który ma w sobie narodowców – woleliby nie pójść na wybory, więc nie ma o kogo tam walczyć. Natomiast pośród stronników PiS-u już tak. Trzeba im tylko podrzucić porcję odpowiednio spreparowanej propagandy i niektórzy uwierzą, że interesy Polski lepiej będą reprezentowane przez prawicowych eurosceptyków, co wystarczy, by ich narodowo-konserwatywny instynkt powędrował za Konfederatami.

        Czyżby, to znaczy czyżby to im właśnie przypadł honor obrony interesów naszego państwa – Liroyowi lub Winnickiemu?

       Temat ustawy 447, nagłośniony w Polsce za sprawą wystąpienia Mike’a Pompeo w lutym tego roku w Warszawie, kiedy okazało się, że to nie przelewki, poza nielicznymi głosami publicystów de facto został pominięty w publicznej debacie. Media rządowe nie podejmowały go, by nie powodować społecznych akcji protestacyjnych, w których ujawniłby się ich antysemicki charakter, co nota bene byłoby całkiem zrozumiałe, choć nie dla świata ogłupionego polityczną poprawnością i zaoranego intelektualnie nową wersją obowiązującej historii. Natomiast media opozycyjne nabrały wody w usta z powodu pochodzenia albo ich założycielskiego kapitału, albo redakcyjnego składu. Ale co ciekawe, nasilenie akcji protestacyjnych narodowców miało miejsce dopiero tuż przed wyborami. Głównie w czasie manifestacji zorganizowanej przez ich środowisko oraz wcześniej, w trakcie konferencji Konfederatów w Sejmie, a poświęconej ujawnieniu przez Michalkiewicza notatki służbowej na temat prowadzonych przez polskich i amerykańskich przedstawicieli rozmów w sprawie roszczeń. Można zatem przyjąć za fakt, że odpór dany żądaniom Żydów przez Konfederatów miał typowo koniunkturalny, powodowany względami wyborczymi wymiar. I tym celom podporządkowany był atak Michalkiewicza na PiS, który, jak podejrzewam. będzie trwał do wyborów parlamentarnych, o ile tylko Konfederacja przetrwa majową klęskę i zechce zaistnieć w batalii o Sejm.

Wykop Skomentuj79
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka