44 obserwujących
389 notek
459k odsłon
7032 odsłony

Dwa dowcipy i morał, czyli miś w pomidorowej

Wykop Skomentuj133

        Dziś zacznę nietypowo i na pewno, sądząc z ostatnich roszczeniowych klimatów, dla wielu Polaków irytująco z uwagi na temat, a mianowicie od starego żydowskiego dowcipu. Oto i on.

        Młody Icek, syn powszechnie szanowanego kupca towarów kolonialnych Mordechaja Goldbluma, miał poślubić równie młodą, a na dodatek nie mniej mądrą Salcze, córkę poczciwego Salomona Zylbersztajna, właściciela kilku okolicznych młynów. Tak postanowili ojcowie przyszłych nowożeńców i odwrotu od tej decyzji nie było. A żeby młodzi się poznali, bo do tej pory los ich nie zetknął, stary Zylbersztajn zaprosił rodzinę Goldblumów na obiad. No i z tym Icek miał właśnie problem. Wiedział, jak i gdzie zamawiać towar, jak najlepiej go sprzedać, ba, nawet to, kiedy, jak, komu i na jaki procent udzielać pożyczki, ale jak i o czym rozmawiać z młodą panną – o tym nie miał zielonego pojęcia. Kolegów nie chciał pytać, bo podejrzewał, że stałby się ofiarą ich złośliwych żartów, ojca też nie, bo jakoś było mu niezręcznie, więc chcąc, nie chcąc, udał się do miejscowego rabina. A ten, już po zapoznaniu się z rozterkami młodego Icka, pogładził w zamyśleniu długą brodę i powiedział tak:

       - Z młodą panną zawsze wypada rozmawiać na trzy neutralne obyczajowo tematy: o rodzinie, o gotowaniu i o filozofii. Zrób, jak ci mówię, a wszystko będzie dobrze, zobaczysz.

         Podziękował rabinowi Icek, choć i tu miał problem, bo ani nie znał rodziny Salcze, ani nigdy nic oprócz jajka na twardo nie ugotował, a i filozofia nie była jego mocną stroną, z wyjątkiem dręczącego go na co dzień hamletowskiego pytania: kupić albo nie kupić? Zresztą i tu zawsze znajdował łatwą, tę samą odpowiedź: potargować warto. Było to już jednak coś i Icek dziękował w duchu rabinowi, że ten dał mu tak cenną wskazówkę.

         W umówiony dzień, zaraz po obiedzie, za namową matek, młodzi wyszli na spacer ciągnącą się przez sad alejką. Początkowo trwało krepujące milczenie, wreszcie Icek, przypominając sobie udzielone mu rabinowe rady, zapytał w kwestii rodzinnej:

     - Czy ty, Salcze, masz może brata?

     - Nie, nie mam, Icek – odpowiedziała krótko panna.

     - Co za pech! - pomyślał Icek, klnąc w duchu nieistniejącego brata przyszłej żony, przez którego tak nieprzewidzianie urwał mu się rodzinny wątek. No ale zostały jeszcze dwa tematy. Odchrząknął i pewnym siebie głosem znów zapytał:

     - A czy ty, Salcze, lubisz pomidorową? – zagaił o przypomnianym sobie gotowaniu.

     - Nie, Icek, nie lubię – znów w czterech słowach skwitowała pytanie Salcze.

     - Czy ona musi być tak wybredna? – pomyślał załamany Icek. – Okaże się jeszcze, że taniej będzie ją ubierać niż żywić – uciekł na moment myślami w przyszłość. Odetchnął jednak, bo przypomniał sobie, że pozostała mu jeszcze filozofia. Tylko o co zapytać, żeby znów nie spalić. Myślał, myślał, aż wymyślił, łącząc w jeden wszystkie trzy tematy:

     - A czy ty, Salcze, sądzisz, że gdybyś miała brata, to on by lubił pomidorową?

        Ten stary szmonces, jeden z moich ulubionych, przypomniał mi się po obejrzeniu kolejnego wideoblogu Stanisława Michalkiewicza. Tak, tak, wiem, pisałem o gościu niedawno, ale co zrobić, skoro pełno go ostatnio w internecie i po wejściu na YouTube człowiek co rusz potyka się wzrokiem o jego pulchną, zarumienioną i zadowoloną z siebie facjatę, ukontentowaną zwłaszcza po tak udanych łowach na darczyńców sponsorujących jego warszawskie mieszkanie.

         Otóż zaraz na wstępie pan Stanisław ujawnił, że dostała mu się od internautów niemała bura za fatalny błąd, jaki popełnił w poprzedniej audycji. Tam, kpiąc sobie w swoim stylu z wizyty prezydenta Dudy w USA, wspomniał, że jeden samolot F 35, jaki Polska chciałaby zakupić w liczbie 32 sztuk, ma nas kosztować 17 miliardów złotych, podczas gdy tyle mają kosztować wszystkie maszyny. A wzięło się to stąd, jak zapewnił autor, że ,,zaufał trochę lekkomyślnie jednemu z portali internetowych i stąd to nieporozumienie”

        I tu przypomina mi się kolejny dowcip, który kiedyś już chyba opowiadałem, ale dla przypomnienia powtórzę, choćby i dlatego, że dobrych rzeczy nigdy za wiele. Tylko tym razem już nieżydowski, aby ktoś nie zarzucił, że podobnie jak Michalkiewiczowi, wszystko kojarzy mi się z Żydami. Otóż pytanie brzmi: jak polujemy na niedźwiedzie? A to zależy na jakie: szare czy brunatne, przy czym od razu podpowiem, że zasada jest ta sama. Na drzewie, które smarujemy miodem, piszemy kredą: 2x2=5. Niedźwiedź szary, który jest bardzo mądry, zwabiony zapachem słodkości przeczyta rachunek i coś mu się nie będzie zgadzać. Zacznie więc tak długo kręcić łbem z powątpiewaniem w słuszność wyniku mnożenia, aż ten wreszcie odpadnie i miś jest nasz. Natomiast brunatny jest bardzo głupi, podejdzie, przeczyta i uwierzy, że jest tak, jak stoi napisane. Czyli co? Ano zrobiliśmy go na szaro, a jak polować na szare to już wiemy.

Wykop Skomentuj133
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura