46 obserwujących
395 notek
465k odsłon
2976 odsłon

Gdański dryf

Wykop Skomentuj52

        Było to dawno, dawno… Nie, wróć! No więc było to niedawno?... Też wróć! Dobrze, konkretnie rzecz, o której chcę opowiedzieć, miała miejsce w roku 1987, a więc dawno/niedawno – niepotrzebne skreślić, w uroczym polonijnym grajdole o nie wiedzieć czemu angielskiej nazwie New Britain. A napisałem, że nie wiedzieć czemu angielskiej, bo w tamtych czasach, kiedy miasto miało jeszcze status stolicy polskich wakacjuszy, gdzie człowiek kamieniem by rzucił, tam Polaka w głowę trafił lub wybił mu szybę. I zaraz towarzyszył temu wydarzeniu radujący ucho każdego rodaka na obczyźnie okrzyk zapamiętany spod rodzinnej strzechy: ,,Ożeż ty, ku**a!”

        Dziś dawni polonijni wakacjusze zamienili się w europejskich gastarbeiterów, dlatego amerykańskie miasteczko, kiedyś najbogatsze w Jueseju, straciło niemal połowę swych mieszkańców, a pozostali tu mimo horrendalnych podatków Polacy przeszli niemal zupełnie na angielski. Że zupełnie, wiem to stąd, iż dziś trafieni w głowę kamieniem lub pięścią w nos na polonijnej zabawie, wycedzą soczyste ,,F**k you, ty ch**u! …”, a zapytani przez policjanta, kto ich tym kamieniem trafił lub uderzył z piąchy, odpowiedzą honorowo: ,,I don’t know, ja nie wiem…”, podkreślając tym samym swoją chwalebną dwujęzyczność i dumę hołdowania łobuzerskim standardom.

         Dobrze, ale do rzeczy. Działo się to więc trzydzieści dwa lata temu, kiedy Gdańsk już od dawna nie był Wolnym Miastem, ale też jeszcze nie pretendował ponownie do tego miana, co niemal oficjalnie ma miejsce obecnie. Był to dopiero zaczątek tworzenia się trójmiejskiej sieci przestępczej, dziś występującej w osobach czcigodnych biznesmenów współzarządzających nadmorską metropolią, którym status miasta wolnego od centralnych wpływów Warszawy zapewniłby bezkarność samorządowej hucpy, trafniej zwanej mianem korupcji, grabieży i administracyjno-mafijnego zamordyzmu. To w tym celu władze Gdańska, jeszcze pod zarządem zabitego na owsiakowej imprezie prezydenta Adamowicza, który tym jakże dziwnym zbiegiem okoliczności uciekł prokuratorom niczym Christian Föns, w iście marynarskim stylu halsowały pomiędzy współpracą z Niemcami i nawiązywaniem do historycznej przeszłości przedwojennego Wolnego Miasta. W ten sposób zaczęto tworzyć podwaliny faktycznej niezależności i prowadzenia polityki faktów dokonanych, co ułatwiał kompletny brak reakcji za rządów Polską sprawowanych przez wnuczka dziadka z Wehrmachtu, kontynuowany – mimo pomrukiwań niezadowolenia Warszawy - obecnie. A im więcej związków Gdańska z Niemcami, tym mniejsze możliwości oddziaływania polskiego rządu na sytuację w tym mieście. Aż wreszcie któregoś dnia, niekoniecznie pięknego jak to w opowieściach bywa, pod europejskim, czyli pruskim nadzorem, odbędzie się referendum przywracające aglomeracji dawny status, tym razem pod brukselską – czytaj znów pruską - kuratelą. Na przykład z Fransem Timmermansem jako Wysokim Komisarzem, bo czemu by i nie?

         Oczywiście aby się to udało potrzebne będą pieniądze na przekupienie gdańszczan i zapewnienie im zaraz po zmianach lepszego startu, żeby im się w przekupnych łbach nie odmieniło. A z tym problemu nie będzie - Niemcy znów ogryzą z kasy jakichś unijnych patałachów - Greków, Portugalczyków albo Hiszpanów, przerzucając skradziony tym sposobem łup na konto przepastnie pazernego i sprzedajnego Wolnego Miasta. Przy czym fakt, że w większej części podzieli się tym miejscowa mafia, to będzie już wyłącznie przewidywalną ceną dokonanych zmian i tworzenia ,,młodej nadmorskiej demokracji", czyli powtórką z rozrywki, tyle że w mini skali, jaka miała miejsce w całym kraju w latach 90-tych.

         I znów odbiegłem od tematu, przenosząc się w nieodległą przyszłość, przez co mogę spotkać się z zarzutem, jaki sam stawiam pisarzom gatunku science fiction lub fantasy, a mianowicie takim, że nie mając nic konkretnego do powiedzenia, uciekają do przodu lub w baśniowe klimaty. Stawiamy więc kropkę i wracamy do roku 1987, w New Britain, do którego w tym właśnie czasie - konkretnie w marcu, co nie ma znaczenia poza faktem szacunku jaki przejawiam dla ścisłości – zawitał z Gdańska magister inżynier Lesław Ch. Owo Ch źle by się kojarzyło, gdybym C napisał małą literą. I choć powinienem, co udowodniła przyszłość, to nie wypada mi uprzedzać faktów.

        Otóż Lesław, którego poznałem przez wspólnego kolegę, i któremu załatwiłem pracę, dziwnym trafem nie umiał zaskarbić sobie mojej sympatii. Nawet nie dlatego, że był oświeconym akademicko prostakiem, pazerniakiem, który za dolara zjadłby nie tylko własne gówno, zapuszczonym z powodu oszczędności na mydle i proszku flejtuchem, niespotykanym egoistą, i że okazał się małym, nikczemnym oszustem i cwaniaczkiem. Nie, bo podobne zarzuty można było odnieść wtedy do większości polskich wakacjuszy, ochoczo żerujących na znajomościach z zasiedziałymi Polonusami, a w życiu codziennym oszczędzających do granic śmieszności na wszystkim, za co przyszło im płacić - z wyjątkiem chleba, kiełbasy i wódki. Otóż moja niechęć i ostateczne zerwanie i tak już chłodnych relacji nastąpiło wtedy, gdy w trakcie rozmowy o niemieckim zagrożeniu dla tak zwanych Ziem Odzyskanych, Lesław Ch. wyraził myśl, że ,,tak naprawdę nie obchodzi go to, czy Gdańsk będzie polski, czy niemiecki, byle mu się w nim dobrze żyło”.

Wykop Skomentuj52
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka