Blog Gościnny
„Zacząłże on/Uderzać w ton?…/Czy taki Mistrz!… że gra… choć odpycha?…” C.K.Norwid, Fortepian Chopina
0 obserwujących
33 notki
29k odsłon
  305   1

Pożądanie władzy: Donald Tusk, czyli lis w kurniku.

Kiedy Donald Tusk odchodził z polskiej polityki na rzecz stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej, pogratulował mu nawet Jarosław Kaczyński, choć powściągliwie, mając być może nikłą nadzieję, że to może się jakoś przysłużyć Polsce i jej obywatelom, albo po prostu podpowiedziano mu, iż milczenie w tym przypadku mogłoby zostać odczytane przez wielu Polaków, na których ten europejski awans rodzimego polityka zrobił niejakie wrażenie, jako nieumiejętność wzniesienia się ponad osobiste emocje.

W dużym stopniu niewątpliwie Jarosław Kaczyński i wielu innych musiało odetchnąć z ulgą sądząc, że pozbyli się w ten sposób Donalda Tuska z krajowej polityki, nie da się bowiem być przewodniczącym RE i jednocześnie aktywnie angażować w swoim kraju w życie polityczne. Tu potrzeba zachować dystans, potwierdzić zaufanie dane przez przedstawicieli wielu krajów, stanąć na wysokości powierzonego zadania łączenia interesów wszystkich krajów w ramach Unii i samej Unii jako całości.

Sam Donald Tusk zresztą wyrażał nie raz opinię, że po zakończeniu swojej kadencji przewodniczącego RE uda się na zasłużoną (kwestia oczywiście dyskusyjna) emeryturę... cóż bowiem więcej mógłby jeszcze osiągnąć jako europejski polityk? Okrągły Stół poszedł już na przemiał, podobnie jak cały ten mit solidarnościowy. Pokojowego Nobla ;) zgarnął już jego mentor, Lech Wałęsa, więc co mu jeszcze pozostało?  Wielu mu nawet uwierzyło a i pewnie on sam przez jakiś czas w to wierzył być może naiwnie sądząc, że po kilku latach rządów PiS Polacy sami przegnają na bory i lasy Jarosława Kaczyńskiego a jemu przyjdzie już tylko rola Ojca Chrzestnego przyszłego liberalnego, wolnościowego rządu na modłę tych jakie panowały wówczas (i póki co nadal panują) w większości krajów zachodniej Europy... której Donald Tusk bez wątpienia czuł się spadkobiercą i orędownikiem na naszym rodzimym podwórku.

Niestety obie strony przeliczyły się w swoich oczekiwaniach i nadziejach. Lider PO przeliczył się co do upadku poparcia społeczeństwa dla partii rządzącej a druga strona co do siły jego postanowienia przejścia na polityczną emeryturę. W międzyczasie obóz rządzący zdołał jeszcze przed zakończeniem jego kadencji przewodniczącego RE zohydzić do siebie niemal wszystkie rządy unijne, no może z wyjątkiem rządu Orbana na Węgrzech, z którym wiele zdawało się go łączyć. Nieliczna reszta była, jeśli nawet nie niechętna, to przynajmniej obojętna. W tej obustronnej niechęci rzecz jasna pierwsze miejsce miały Niemcy, i wciąż mają nawet po odejściu głównej mentorki Donalda Tuska w UE, Angeli Merkel, której sympatię Donald zaskarbił sobie głównie wpisywaniem się w jej politykę wobec Rosji. To, że korzystały na niej głównie Niemcy, o ile nie jedynie, z jakichś powodów nie robiło zbytnio wrażenia na pochodzącym z zazwyczaj pozytywnie nastawionej do Niemiec społeczności kaszubskiej liderze PO. Teraz to się niestety (czy stety) na nim mści.

Czemu Donald Tusk tak bardzo zaufał polityce Angeli Merkel wobec Rosji Putina? Czy nigdy nie przyszło mu na myśl, że to wszystko idzie nieco za daleko w jednym kierunku? Jakie ostatecznie korzyści miałyby wynikać z tego dla Polski? Nord Stream raczej nie służył trójstronnym interesom, a teraz to już tylko dziurawa rura na środku Bałtyku. Nie służyła im również agresywna i wykluczająca polityka Rosji wobec Ukrainy. Na co Donaldowi Tuskowi był ten cały mariaż z Putinem jeszcze przed wyniesieniem go, głównie dzięki właśnie takiej polityce, na fotel przewodniczącego RE? Przecież nie mógł się spodziewać takiego awansu jeszcze kilka lat wcześniej. Natomiast mógł się już spodziewać tego, że ta polityka wobec Rosji Putina może skończyć się dla wszystkich źle. Czyżby była w tym jakaś polityczna ślepota, krótkowzroczność, naiwność... a może po prostu - tak jak wieloma innymi - kierowało nim zwyczajne pragnienie liczenia się, chociaż przez moment, na szerszej niż rodzima scenie politycznej, pragnienie osiągnięcia czegoś co - trzeba tu przyznać - rzadko udawało się któremuś z polskich polityków, czyli stanięcia w jednym rzędzie z tymi największymi. Nie byłoby to jednak zbyt korzystne dla niego wyjaśnienie. Z drugiej strony to chyba najkorzystniejsze na jakie może tu liczyć.

Cóż z tego, że najwyraźniej pomylił stanie w jednym rzędzie na zdjęciu z rzeczywistą siłą przebicia i argumentu, które można zyskać tylko i wyłącznie, jeśli ma się za sobą silne, samodzielne, dbające głównie o własne interesy państwo, którego przede wszystkim jest się liderem i przedstawicielem. To było siłą Angeli Merkel i to było siłą Władimira Putina. Nic dziwnego, że ostatecznie Donald Tusk stał się w tym trójkącie jedynie czymś w rodzaju chłopca na posyłki, którego się co najwyżej poklepuje po plecach albo daje mu zupełnie nie istotne, symboliczne stanowiska.

Lubię to! Skomentuj6 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka